Psychosomatic Self-Mutilation – „The Apex Of Selective Extinguishment” (2016)

Mats Funderud  (żeby nie było nieścisłości, chodzi o tego żyjącego bliźniaka) to człowiek który albo nie ma co w życiu robić, albo jest współczesnym Syzyfem, a szatan nakazał mu nagrywać w kółko to samo. Opisywany dziś krążek to bodajże ósmy czy dziewiąty już projekt tego gościa. I tak, znowu wyszło identycznie. Co zresztą nawet po nazwie łatwo poznać.

The Apex Of Selective Extinguishment zawiera sześć numerów wyjątkowo generycznego slamu. Dwadzieścia minut słyszanej po raz tysięczny (przynajmniej przeze mnie) sieki. Każdy, kto potrafi przypisać nazwisko głównego sprawcy do dźwięków, na pewno wie czego się spodziewać. I muzycznie, i produkcyjnie. Wydane toto zostało przez Rotten Music, i gdyby nie podesłana promka, w życiu bym się na Psychosomatic Self-Mutilation nie zabrał.

Prawdę mówiąc, nie wiem nawet jak opisać tą płytę. Przyznaję, lubię i często wracam do Kraanium i Diphenylchloroarsine, a to przecież inne wytwory Matsa. Problem polega na tym, że wspomniane projekty są szczytem jego zdolności kompozycyjnych, oba są też dość charakterystyczne, natomiast wszystko spod innych szyldów to powtarzalna i przewidywalna płyta, wydawana tylko z innymi okładkami i delikatnymi zmianami w liście płac. Pewnie już zgadłeś, że intrem jest wycinek z jakiegoś horroru (i dungeon synth w tle, cholera wie, po co), że najkrótszy Psychosomatic Self-Mutilation to też sampel i jedna zagrywka w tle, a cała reszta jest mieszaniną bujających motywów średniego tempa i blastujących przerywników. Tym samym odebrałeś mi możliwości opisu. The Apex Of Selective Extinguishment jest jedną z najbardziej wtórnych płyt w jednej z najbardziej wtórnych muzycznych nisz. Nie ma tu niczego specjalnego albo wyjątkowo dobrego, a groove’owe motywy, których na płycie jest całkiem sporo, szybko okazują się być identyczne jak dowolnej innej slamowej płycie. Tylko przez redaktorski obowiązek napiszę, że tytułowy The Apex Of Selective Extinguishment wydaje się być najlepiej sklejony. Chociaż, ponownie, ciężko tu znaleźć różnice nie tylko między tą załogą a resztą sceny, ale też poszczególnymi numerami. Sytuację nieco ratuje brzmienie płyty, idealne do tego rodzaju hałasu. Jest ciężko i nisko w opór, wyjątkowo też perkusja schodzi na dalszy plan, więc standardowa kurwica od werbla tym razem mnie ominęła. Niemniej to jedyna zaleta krążka. Nie chcę się bardziej rozpisywać, gdyż byłoby to zbędne lanie wody. Posłuchaj lepiej Kraanium.

Ocena: 5/10

 

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , .