Red Scalp – „Lost Ghosts” (2017)

Niektóre z plemion rdzennych mieszkańców różnych kontynentów (początkowo napisałem, że Ameryki Północnej, ale potem przypomniało mi się, że nie tylko) stosowały rytualne łaźnie parowe. Zazwyczaj był to po prostu niewielki szałas przykryty skórami. W środku, w niewielkim zagłębieniu, kładziono rozżarzone do czerwoności kamienie, które kropiono wodą. Rzucano na nie także odpowiednio dobrane zioła, w różnych zresztą celach. Czasami chodziło o pewien rytuał oczyszczenia, bo przecież sauna oczyszcza organizm z toksyn. Stosowano go w momentach ważnych dla społeczności, jak choćby przy zmianach pór roku, kiedy przychodził pierwszy wiosenny deszcz lub zaczynała się jesień. Ale niektóre ludy szły dalej. Do szałasu potu w ramach rytuału przejścia wysyłały na przykład młodzieńców stojących u progu dorosłości. Ci musieli w środku wysiedzieć swoje i chłonąć opary ziół, które powodowały u nich narkotyczne wizje. Dzięki nim mogli łączyć się z duchami i bogami, a ci dawali im różne wskazówki, ale także zadania do wypełnienia. Osiągnięty dzięki oparom kontakt z innymi bytami, obecnymi tak samo jak członkowie tych ludów na ziemi, ale jednocześnie niewidocznymi dla zwykłych śmiertelników lub funkcjonujących w postaci elementów natury, był ważnym składnikiem wierzeń ludów pierwotnych. Czasami to właśnie ci bogowie i duchy przodków kierowali poczynaniami tychże ludów za pośrednictwem szamanów i wodzów.

I tutaj na scenę wchodzą stonerowcy z Red Scalp.

Czasem, kiedy zespół ma na siebie jakiś fajny, świeży pomysł, szybko się on nudzi. Red Scalp od początku mieli na siebie plan, realizują go, dobrze się z nim czują, no i – co z mojej perspektywy jest najważniejsze – mi on też pasuje i nie chce się znudzić. Ten ich stonerowo-psychodeliczno-mantrowy hołd dla Indian Ameryki Północnej działał na mnie już od czasu pierwszej epki, longplej Rituals tylko tę sympatię pogłębił. A teraz panowie z Pleszewa, odpowiedzialni za Red Smoke Festival, wrócili ze znakomitym krążkiem Lost Ghosts. I co to ma wspólnego z szałasem potu? Ano to, że ten album jest jego XXI-wiecznym odpowiednikiem, tylko bez pocenia się. Wystarczy zgasić światło, rozsiąść się wygodnie, założyć słuchawki i odpalić dzieło Red Scalp, żeby w narkotycznej wizji pojawiły się zagubione duchy przeszłości.

Lost Ghosts od samego początku wciąga mantrowością i spokojem jak ruchome piaski, ale odcięcie słuchacza od świata rekompensuje mu naprawdę fajnie. Płyta rozkręca się i buduje napięcie niespiesznie razem z Portal, ale kiedy już rozprostuje się i stanie na nogi, dostarcza pierwszorzędnej jakości muzyki. Red Scalp tym razem w większym stopniu eksplorują pustynie i sprawdzają, jakie emocje u słuchacza wywołują kolejne patenty, ale nie ograniczają się do prostych, stricto rytmicznych zagrywek. W długie utwory, których aranżacji nic nie krępuje (ale których aranżacje nie są też przesadnie złożone), powkładane są smaczki – czy to ciekawe harmoniczne gitary w odpływającym w kosmos Faces, fantastycznie wkomponowane w tytułowego kolosa oraz w With the Wind solówki saksofonowe, czy indiańskie śpiewy i pokrzykiwania w dynamicznym Mantra Bufala. Oczywiście zespół nie odchodzi daleko od klasyki gatunku, powolnych i nieskomplikowanych riffów oraz repetytywności, ale rozwija je w swoim stylu. Red Scalp mają własną, rozpoznawalną sygnaturę i są po prostu świadomym muzycznie zespołem złożonym ze sprawnych instrumentalistów. Partie są do siebie dopasowane idealnie, nic nie zgrzyta, nic nie odstaje, a wokale zaaranżowane są tak, że od razu wiadomo, że mamy do czynienia z tym, a nie innym zespołem. Płyta jest świetnie wyważona. Nie jest ani zbyt ciężka, ani przesadnie lekka, brzmieniowo cyzeluje w sam środeczek. Fragmenty łatwiejsze w spożyciu (głównie te, gdzie pojawiają się wokale lub wokalizy, jak w Mantra Bufala) skonfrontowane są z rozlazłymi, leniwymi pasażami, które rozlewają się w uszach. Nie ma może na niej takiego przebojowego momentu, jaki trafił się zespołowi w numerze Tatanka na poprzednim krążku (choć wspomniany Mantra Bufala jest niezłą próbą), ale może przez to Lost Ghosts bardziej trzyma w napięciu. Słuchasz, bo ujmuje cię brzmienie, a jednocześnie nigdy nie wiesz, co się trafi, więc podczas seansu z płytą nerwy masz jak postronki, a zarazem, co zaskakujące, jesteś zrelaksowany, jakbyś się nawdychał ziół. Nawet kiedy zespół w nieskończoność eksploatuje jeden patent, robi to tak, że nie męczy i nie nudzi, urozmaicając go na różne sposoby, chlapiąc wodą na gorący kamień by utrzymać temperaturę i dorzucając kolejne liście jak wytrawny opiekun ognia.

Wszystko to sprawia, że muzyka na Lost Ghosts naprawdę angażuje nie tylko umysł, ale też serducho. Dlatego album ten, odpowiednio użyty, może stać się dla słuchacza bramą do świata duchów i bóstw. Taki sposób lektury najnowszego dzieła Red Scalp polecam. Pleszewianie znaleźli złoty środek na 2017 rok, bo przecież do czasu kolejnej płyty zdąży się on przesunąć. Lost Ghosts to dla mnie jeden z jaśniejszych i bardziej przekonujących momentów stonerów w 2017 roku, jednocześnie zdecydowanie najspójniejsza płyta Red Scalp, za którą stoi realizowany konsekwentnie plan. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy.

10/10

 

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Latest posts by Jakub Milszewski (see all)

Tagi: , .