Robert Plant – „Carry Fire” (2017)

Złoty Lew powraca po trzech latach z nowym wydawnictwem pod tytułem Carry Fire. Legendarny Robert Plant, bo o nim tu mowa, po raz kolejny sięga do korzeni bluesa, folku i country. Udowadnia też, że gdy Jimmy Page podpisywał rzekomy pakt z Diabłem, to znalazła się tam adnotacja dotycząca nieśmiertelności jego potężnego wokalu. Artysta za rok znajdzie się w gronie siedemdziesięciolatków, ale na muzyczną emeryturę chyba nie wybiera się zbyt prędko.

I bardzo słusznie. Fanatycy wszechstronnego rockowo-metalowego brzmienia Led Zeppelin zdążyli raczej przyzwyczaić się do tego, że Plant już dawno spuścił z tonu i nie goni ani za duchami z przeszłości, ani za bieżącymi trendami. Nie powinno to przeszkadzać tej części fanów Zeppsów, którzy uważają ich III za najlepszy krążek. Brytyjczyk w swojej karierze solowej zgłębia bowiem folkowe tradycje, zostawiając hard rockowy styl daleko w tyle. O ile jego albumy z lat osiemdziesiątych wpisywały się w charakter tej dekady, przynajmniej jeśli chodziło o bardziej popowy wizerunek dawnych rockowych rozbójników, tak począwszy od 1993 roku jego twórczość zaczęła zwalniać tempo.

Album Carry Fire to drugie wydawnictwo Planta wspieranego przez kolektyw The Sensational Space Shifters, choć tym razem nazwa ta nie została wymieniona na okładce płyty. Grupa eksploruje tereny znane z poprzedniego krążka Lullaby and the Ceaseless Roar, podążając szlakami wyznaczonymi przez bogate i różnorodne instrumentarium. Usłyszeć tu można inspiracje tradycyjną muzyką brytyjską, ale też klimatami bliskowschodnimi, do których wielokrotnie powracał Plant (również w towarzystwie Page’a) już po rozpadzie Led Zeppelin. Historia styka się tu jednak ze współczesnością, czego najlepszym przykładem jest tytułowy utwór Carry Fire, w którym muzyka arabska spotyka delikatne syntezatory. Znaleźć tu można kompozycje szybsze i weselsze, jak chociażby Bones of Saints, ale też melancholijne ballady – Season’s Song czy Dance With You Tonight. Oficjalny singiel promujący najnowsze wydawnictwo Złotego Lwa, Bluebirds Over the Mountain to numer odbiegający od pozostałych swoim dynamizmem i eksperymentowaniem z klawiszami i samplami. To zdecydowanie jeden z ciekawszych momentów na tym krążku, tym bardziej że gościnnie występuje w nim wspaniała Chrissie Hynde, znana z buntowniczego zespołu The Pretenders, który swoje lata świetności miał w latach osiemdziesiątych. Najnowsze dzieło Planta i spółki zawiera też motywy inspirowane brzmieniem Zeppelinów, które przejawiają się przede wszystkim w kompozycjach The May Queen (przypominającej stary numer Friends ze wspomnianej III), a także New World… (tu brzmienie gitary odsyła słuchacza do czasów Physical Graffiti). Całość zwieńcza utwór Heaven Sent, silnie, moim zdaniem, inspirowany powojennym amerykańskim jazzem.

Nowe dziecię Roberta Planta to bardzo szeroki przekrój gatunkowy. Może nie jest to wiekopomne dzieło, nie zapisze się w historii muzyki jako odkrywczy album. Nie o to tutaj chodzi. Dojrzali artyści z takim statusem mogą przecież pozwolić sobie na zgłębianie tego, co im naprawdę w danym momencie w duszy gra. Nie można wymagać od Planta kolejnego ciosu, jak jego słynne wejście podczas Immigrant Song. Uważam się za fanboja Zeppsów i z uwagą śledzę to, co dzieje się w obozach trójki muzyków, którzy w ciągu trzynastoletniej historii grupy przetarli szlaki nowych gatunków, tworząc z bluesa podwaliny heavy metalu. Nie czekam jednak na ich reunion, choć wspaniale byłoby zobaczyć ich jeszcze raz na scenie. Dobrze, że po śmierci Johna Bonhama ani Plant, ani Page, ani też Jones nie złożyli broni i każdy dalej gra to, co czuje. Akurat ten pierwszy najlepiej czuje się w klimatach okołofolkowych, a skoro wychodzi mu to bardzo składnie, to czemu miałby światu udowadniać, że jest inaczej? Carry Fire można kupować w ciemno. Rewelacyjna odskocznia od ciężkiego brzmienia. Dojrzały i wysublimowany album.

Ocena: 9/10

Vladymir

Vladymir

Now I am become Death, the destroyer of worlds.
Vladymir

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .