Royal Thunder – „WICK” (2017)

Skłamałbym, gdybym napisał, że ten album zachwycił mnie od pierwszego przesłuchania. Czekałem niecierpliwie na następcę świetnego Crooked Doors, a wiadomo – im bardziej się czeka, tym więcej się wymaga. I tak teraz sobie myślę, że to całkiem zabawne: z początku uważałem WICK za przyjemnego średniaka, a obecnie rozkłada mnie on emocjonalnie na części pierwsze.

Nowe dzieło Royal Thunder jest logiczną kontynuacją i potwierdzeniem kierunku, w którym formacja zdaje się zmierzać. Od intrygującego, debiutanckiego CVI przeładowanego gęstym stonerem przeszli do świetnego Crooked Doors, gdzie złagodzili nieco brzmienie i wyeksponowali wokale. Na WICK jeszcze więcej miejsca dla swojego głosu dostała wokalistka i basistka Mlny Parsonz i chociaż trochę może brakować kosmicznych zagrywek z poprzedniego albumu, to jednak nie był to chybiony pomysł. To jest nadal Royal Thunder, bez dwóch zdań, ale w nieco odmienionym wydaniu.

Decyzja o tym, by utwory podporządkować wokalowi Mlny, jest dla mnie zdecydowanie sensowna – ta kobieta potrafi swoim głosem wyrwać serce. I nie, nie mam na myśli „skraść”, ale właśnie „wyrwać”. Dokładnie tak będziecie się czuć po balladowym Plans, niby najłagodniejszym utworze na płycie, ale niewiarygodnie przejmującym i klimatycznie ciężkim. Gitarzysta Josh Weaver ma niewątpliwy talent do nośnych riffów oraz fantazyjnych solówek i może stanowić mózg grupy, ale jej dusza to Mlny. A dodatkowo to jeden z ciekawszych żeńskich głosów na rockowej scenie obecnie.

No dobrze, pozachwycałem się, ale wypadałoby sypnąć w końcu jakimiś konkretami. Chociaż WICK to niezwykle energetyczna płyta, to dominuje tu jednak smutek. Tyle że raczej nie jest to melancholia kiwającego się nad barem pijaczka, a smutek, który przemienia się w desperację i – co tu dużo mówić – wkurw. Wystarczy posłuchać świetnego, pełnego złości i ognia singlowego The Sinking Chair, albo szybkiego Turnaround z żarliwym wokalem Parsonz. Nawet w wolniejszym utworze tytułowym, bardziej dostojnym i z ciekawie przesterowaną gitarą Weavera, czuć przebijającą się w refrenach frustrację.

Mimo że Mlny ma potężny głos i potrafi się porządnie wydrzeć, to znajdziemy tu też momenty wokalnie spokojne i zwyczajnie piękne. Wzruszający The Well pokazuje, jak powinien wyglądać utwór o tęsknocie, bez popadania w sztampowość rockowej ballady. Albo poruszający i najeżony kontrastami Push ze świetną, nagłą zmianą tempa i dyskretnym pianinem.

Chociaż jest na WICK dużo goryczy i bólu, to są i jaśniejsze akcenty. Przede wszystkim fenomenalny Anchor, z potężnie nośnym riffem i równie ujmującym refrenem – zaskakujący zastrzyk pozytywnej energii. Ostatecznie zaś światełkiem na końcu tunelu jest zakończenie ostatniego na płycie We Never Fell Asleep, utrzymane w konwencji…gospel. I brzmi to naprawdę doskonale.

Gdybym miał się czegoś czepiać, to dwóch rzeczy. Mimo wszystko WICK trochę za wolno się rozkręca – otwierający album Burning Tree, to jedyny utwór, który mnie w ogóle nie przekonał, odrobinę odstaje również Tied. Druga sprawa to brzmienie, któremu jakby brakuje soczystości, lub prościej mówiąc – pierdolnięcia.

Podsumowując, Royal Thunder nadal stanowi jasne światełko szczerości i pasji na rockowym firmamencie nijakości i powtarzalności. Słuchając WICK serce może i krwawi, ale uszy z pewnością nie.

Ocena: 8,5/10

Tagi: , , , , , , .