Sanctus Hexe – “The Abyss of Ancient Forest” (2017)

Swoje pierwsze spotkanie z black metalem pamiętam jakby to było wczoraj. Mój sąsiad, opętany przez niestrawne wtedy dla moich uszu Napalm Deathy, Deathy i Morbid Angele przyniósł mi, zwolennikowi Helloween, WASP i Manowar kasetę. Z racji gustownych rozbieżności sceptycznie spojrzałem w jego rozpalone oczy, ale klasyczne „musisz tego posłuchać” zabrzmiało wtedy inaczej.

Tą kasetą była przegrana od kogoś płyta Hvis lyset tar oss Burzum, a przegrałem ją sobie chyba jeszcze tego samego dnia. Takie to było niesamowite. A potem ten sam kolega przyniósł jeszcze jedną kasetę. Jeszcze lepszą. I to był debiut Emperora.

Tak oto zostałem fanem black metalu. I choć od tego czasu przesłuchałem ładnych kilka tysięcy płyt, to ten klasyczny trzon pozostaje w moim życiu na miejscu szczególnym. Miejscu, które spokojnie można nazwać piedestałem.

Pewnie właśnie dlatego debiut warmińskiego Sanctus Hexe wszedł mi tak instynktownie. Już w trakcie pierwszego odsłuchu praktycznie przy każdym kawałku mówiłem sobie: tak, to jest to.

Prawie pięćdziesiąt minut klasycznego melodyjnego black metalu nie mogło się nie spodobać. Wyłączając klimatyczne kawałki instrumentalne (The Oath, Until the Last Breath), które na myśl przywodzą Hades Almighty (w tamtych czasach, a dla mnie do dziś, po prostu Hades) oraz The Ritual Of Ressurection z gościnnym wokalem Cezara z Christ Agony i partiami smyczkowymi troszkę jak z My Dying Bride, cała reszta to przepiękna powtórka z black metalu z lat 90. I to właśnie tego, który lubię najbardziej. Z prędką i niezbyt połamaną linią melodyczną, rytmiczną perkusją utrzymaną w szybkich tempach, melodyjną gitarą i jadowitym, śmierdzącym siarką wokalem. A wszystko utrzymane w minorowych nastrojach i przesycone agresją.

Sanctus Hexe to twór bardzo młody. Na swoim koncie Panowie mają jedynie demówkę wydaną w roku 2015, zawierającą jeden tylko utwór Embraced by the Winter Moon, który zamyka zresztą The Abyss of Ancient Forest. Ich debiut wydany został przez równie mało znaną wytwórnię BlackTeamMedia i wydawać by się mogło, że w natłoku dopieszczonych superprodukcji sygnowanych przez zespoły znane nawet przedszkolakom i wydawanych przez wytwórnie z budżetem dziewięciocyfrowym, Sanctus Hexe zginie gdzieś z głodu pod warmińskim płotem.

A ta płyta jest genialna. Cała. Od pierwszego do ostatniego kawałka bez wskazywania, który z nich jest najlepszy. Na tej płycie wszystko jest najlepsze. Nawet okładka.

Ocena 9,0/10,0.

 

Tagi: , , , , , , .