Satyricon – „Deep Calleth Upon Deep” (2017)

Po upublicznieniu informacji o zdiagnozowaniu guza mózgu u Satyra dwa lata temu świat metalowy zastygł na chwilę w obawie przed tragedią, a co za tym idzie rychłym rozwiązaniem zespołu Satyricon. Na szczęście dla wszystkich fanów, a przede wszystkim dla samego chorego, lekarzom udało się zastosować na tyle skuteczne leczenie, by Satyricon mógł funkcjonować w pełnym składzie. Nie dziwi fakt, że cała sytuacja odcisnęła swoje piętno na najnowszym albumie Norwegów Deep Calleth Upon Deep. Już sama okładka będąca grafiką Edvarda Muncha doskonale oddaje klimat wydawnictwa. Czarno-biały rysunek przedstawia trupią czaszkę całującą postać, co można zinterpretować jako zagrożenie śmiercią, która zaznacza swoją obecność i być może na chwilę odejdzie w cień, czekając aż nadejdzie jej czas. Popieram wybór takiej sugestywnej oprawy graficznej, która jak się okazuje idealnie koresponduje z muzyką. Chociaż przyznam też szczerze, że moja początkowa reakcja była zgoła inna, co tylko oznacza, jak bardzo ten właśnie album staje się wyjątkowy, wymagający od słuchacza skupienia. Czasami trzeba dać sobie chwilę na refleksję, by zrozumieć ideę zespołu całościowo, kompletując wszystkie elementy wydawnictwa w konkretny przekaz.
A muzyka zawarta na „Deep Calleth Upon Deep” jest cholernie emocjonalna i mroczna. Nie sposób uświadczyć w niej dużej ilości blastów, zdawałoby się tak charakterystycznych dla black metalu. Warto więc szukać odpowiedzi u samych twórców – Frost opowiedział w jednym z wywiadów, że świadomie zrezygnowano z agresji na poczet klimatu ze względu na ostatnie wydarzenia w zespole. Satyr z kolei uwydatnia znaczenie tytułu albumu jako bezpośrednie odniesienie do ich własnych doświadczeń, z których wypływają emocje zamknięte w dźwiękach i oddziałują następnie na odbiorców. Muzyka jest więc tu potraktowana jako swoisty łącznik dusz: twórcy i odbiorcy. Utwory są jakby bardziej osadzone, podniosłe, mające za zadanie dotrzeć głębiej. Uważam, że wybór „Deep Calleth Upon Deep” oraz „To Your Brethern in the Dark” na single promujące płytę z pewnością był trafny. Pierwszy swoją budową przypomina kawałek „K.I.N.G” z płyty „Now, Diabolical”. Prosty, z powtarzającymi się motywami, wsparty tenorem Håkona Kornstada, którego nie sposób zapomnieć ze względu na doskonały aranż. Drugi natomiast jest walcem przemierzającym leśne, norweskie ruczaje. Brzmienie wypracowane na najnowszym albumie zostało szczegółowo dopracowane – jest organiczne i selektywne, ale też z odpowiednią dozą „ciężkości”. W zestawieniu z kompozycjami taki zestaw przekłada się na jedną z najlepszych płyt w dyskografii Satyricon, jak i jedną z najlepszych wydanych w tym roku w swojej kategorii. Satyr podkreśla, że gdyby miał to być ich ostatni album, to musi być wyjątkowy, a jeśli powstaną kolejne, to właśnie ten miał otworzyć kolejny rozdział. Moim zdaniem w obu przypadkach zespół spełnił swoje założenia, natomiast liczę na to, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa…

Ocena: 8,5/10

Tagi: , , , , , , .