Scott Ian – „I’m The Man. Autobiografia tego gościa z Anthrax”

Z książkami, poruszającymi tematy muzyczne bądź okołomuzyczne jest tak: albo są całkiem dobre, albo kompletnie do niczego. Jeszcze większy dysonans pojawia się, gdy lekturą jest autobiografia jakiegoś doświadczonego muzyka. Tu zazwyczaj dobrze być nie może, bo gdy piszą o sobie ludzie, wokół których przez lata urósł niejeden niekoniecznie pozytywny mit, to wielu wcale nie stara się wybielić kart swej osobistej historii. A nawet jeśli chce oczyścić się z zarzutów, to robi to tak niedbale, że czytanie takiej pozycji przyprawia o mdłości. Tak czułem na pewno przy pierwszym spotkaniu z książką Ja, Ozzy. Dlatego nie muszę tłumaczyć, że do autobiografii Scotta Iana również podchodziłem z dużą rezerwą. Pytanie zatem, czy I’m the man. Autobiografia tego gościa z Anthrax to pozycja całkiem dobra, czy jednak przeciwnie?

Do książki usiadłem w dobrym okresie, kiedy akurat przeżywałem potężną fazę na jeden z moich ulubionych zespołów ze szczenięcych lat. Ich marcowy koncert w Warszawie bez dwóch zdań przebił wszystkie inne wydarzenia muzyczne, w jakich brałem udział. Niesamowita energia, która biła wtedy ze sceny, udzieliła mi się na długo i przez kolejne tygodnie na nowo odkrywałem dyskografię Wąglika (pomijając oczywiście erę Busha, do której nigdy nie umiałem się przekonać). W takich okolicznościach przyszło mi sięgnąć po autobiografię założyciela, gitarzysty rytmicznego i śpiewającego w chórkach sympatycznego łysola z długą siwą brodą. Scott Ian uraczył swoich fanów całkiem sporą cegiełką, w której na 460 stronach przy pomocy Jona Wiederhorna, opowiedział historię pewnego żydowskiego chłopca z Nowego Jorku, który postanowił zawojować świat muzyki metalowej w szortach i kolorowych koszulkach.

Autobiografia jednej z barwniejszych postaci sceny thrash metalowej jest bardzo intymną pozycją, w której Ian rozpisuje się nie tylko o swoich korzeniach, inspiracjach, a potem zdemolowanych hotelach i zaliczonych laskach. Gitarzysta opowiada czytelnikowi przede wszystkim o kondycji muzyki jako takiej na przestrzeni ponad trzydziestu lat, od kiedy Antrhax zaczynał jako szkolny zespół kilku kumpli, aż do czasów, gdy po kłótniach i rozstaniach z Joey’em Belladonną, grupa znów rzuciła muzyczny świat na kolana. Nie brak tu też silnego prawego sierpowego wymierzonego w kilka znanych nazwisk ze świata muzyki metalowej, o których musicie doczytać sami. Z kolei dla fanów ich kolegów po fachu, a mianowicie Metalliki, ciekawostką może być historia pewnej zimowej wyprawy do Skandynawii, z której Meta wróciła w trzyosobowym składzie. Sekrety, tajemnice, skandale, rozstania i szokujące zmiany to kontrapunkty tej muzycznej opowieści, aczkolwiek wszystko to utrzymane jest w dobrym stylu, przez co całość nie traci na wartości i nie trąci pretensjonalnością. A co ważne, czyta się ją lekko i przyjemnie, bo pisana jest prostym – ale nie prostackim – językiem.

 

Nie zdradzając więcej szczegółów, jestem zmuszony zachęcić wszystkich zainteresowanych metalem, nie tylko fanów thrashu, do sięgnięcia po autobiografię tego małego, łysego Żyda po pięćdziesiątce. Uwierzcie mi, uśmiejecie się nie raz. Bardzo przyjemna lektura dla wszystkich, którzy chcą odpocząć od Dostojewskiego czy Houllebecqa. Pozycja zdecydowanie godna polecenia. Weźcie dwie! Na moją odpowiedzialność.

Vladymir

Vladymir

Now I am become Death, the destroyer of worlds.
Vladymir

Tagi: , , , , , , , , , .