Seventh Genocide – „Toward Akina” (2017)

Rozwinięcie definicji post-black metalu. Mariaż psychodelii i wczesnej czerniny z północnej Europy. Pink Floyd, gdyby Floydzi grali na czarno. Te, i inne zachwalające pod niebiosa drugiego longplaya włoskiej formacji opisy, zdobią streamy, materiały promocyjne i w sumie wszystko związane z Toward Akina. Gdyby jednak ktoś spytał mnie o szybkie podsumowanie tej płyty, rzekłbym że to przeciętny miks Deafheaven i Alcest.

Faktycznie zdarzają się tu momenty psychodeliczne czy Floydowe, niemniej większość płyty to mieszanina blastującego post-blacku z darciem mordy i bardzo jasnych, ciepłych i postrockowych, kojarzących się z Shelter klimatów.  Jest tego naprawdę sporo, niemal godzina. Za wersję fizyczną odpowiada WOOAAARGH.

Widzicie, kłopot z tą płytą mam taki, że mimo wszechstronnych zachwytów i całkiem wyraźnych smaczków wymienionych w pierwszym akapicie, płyta ta jest raczej… standardowa. Mimo porządnych założeń, sporych umiejętności i widocznej adoracji niszy, w której Seventh Genocide się obraca, wszystko to po prostu nie wciąga. Jest albo schematycznie, albo monotematycznie. Nie wiem, może to piętno odciśnięte intensywną muzą od Pig Destroyer i pochodnych, ale naprawdę nie kręci mnie katowanie jednego motywu przez cztery-pięć minut. A to jest tu podstawą. Weźmy na przykład pierwszy Astral Bliss. Motyw przewodniej części jest ładniutki, pojawiające się później psychodeliczne skrzypce też mają urok. Niemniej nie ma tu dość treści, by rozciągać to na dziewięć wtórnych jako całość minut. W kolejnym Life Is Poison mamy przyjemny shoegaze’owy początek… i powtórkę z rozrywki, tzn schemat ten sam, co w poprzednim utworze. Jakoś w połowie płyty trafia się najdłuższy Immense as the Universe. Dwie i pół minuty monologu Hawkinga to już samo w sobie za dużo, a to jedynie intro. Kolejne dwanaście minut to w sumie to samo, czasem zahaczając o blackgaze pokroju Dreariness. Litości, ludzie, przy tym zasnąć można!

Nie przeczę, zdarzają się wyróżniające się fragmenty. Love Is Poison (nie mylcie z wymienionym wcześniej Life Is Poison) posiada całkiem niezłe balladkowe motywy, najpierw rozmarzone, później rock’n’rollowe. Immense as the Ocean pod koniec dopuszcza do głosu pewnego sortu wiedźmę, tworząc niepokojącą i jednocześnie wciągającą atmosferę. jest tego jednak bardzo niewiele jak na godzinę materiału. Reszta jest po prostu pusta i męcząca.

Pewnie kilka osób odezwie się oburzonym głosem że się nie znam na sztuce, że black metal to nie tylko dzikie wycie do księżyca, że jestem matoł i sztuka mi obca, a w ogóle to najlepiej by było, gdybym poszedł słuchać jak jakiś jaskiniowiec nakurwia w bębenek. Cóż mogę powiedzieć, wolę tępe dziesięć minut bębenkowej masakry niż godzinę tak samo obfitą w przekaz, jeno pozującą w ładniejszych ciuszkach.

Seventh Genocide na Facebooku

Ocena: 5/10

 

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Tagi: , , , , , , , , , .