Six Feet Under – „Torment” (2017)

Zespołu Six Feet Under nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Uformowany w 1993 roku przez Chrisa Barnesa (ex-Cannibal Corpse), tworzy swój specyficzny death metal od tamtego czasu, aż po dziś dzień. Ich nowy album wyszedł pod szyldem Metal Blade pod koniec lutego 2017 roku i jest to ich już dwunaste z kolei dziecko. Płyta nosi nazwę Torment i kiedy usłyszałem jej tytuł, to z ironią pomyślałem – obym sam nie cierpiał w trakcie jej słuchania. Niestety, nie obeszło się bez dozy pewnej męczarni.

Przyznam się, że przestałem śledzić dokonania Six Feet Under już dawno temu, a ostatnim wydawnictwem, które miałem okazje przesłuchać, było 13. Płyta ta skądinąd, nawet ciekawa, była jakby potwierdzeniem mojego osądu o tej grupie. Mianowicie, Chris i reszta kręcą się w kółko, kopiując samych siebie. Spójrzmy więc, na ich nowe dzieło…

Niestety, Torment nie jest żadnym zaskoczeniem. Znajdziecie na nim 12 kompozycji oscylujących między death’n’rollem, a death/groove metalem – w tej materii panowie niczym nie zaskakują. Jednak czy jest tutaj coś co sprawi, że włosy się zjeżą na głowie? Cóż… Odpowiedź jest prosta – raczej nie.

Czemu tak myślę? Po pierwsze – wokal. Pomimo, że szanuję Chrisa za to, co zrobił w Cannibalach i Six Feet Under np. w czasach Maximum Violance, to jednak aranżacje i produkcja jego głosu na Torment jest przysłowiowym cierpieniem dla uszu. Wydaje się, jakby jego kiedyś potężny i głęboki growl zaczynał zanikać, albo po prostu już to nastąpiło. Wsłuchując się w dźwięki tej płyty odkryłem, że jego growl momentami drży i wydaje mi się, że Chris już po prostu nie daje rady. No chyba że taki był ogólny zamysł, ale wątpię. Co do aranżacji, to są one monotonne i jednostajne. Chwilami jego wyczyny przypominają szczekanie wielkiego psa, nie ma w tym żadnych emocji, żadnego ognia, tylko twórczy marazm.

Druga sprawa to sama muzyka. Tutaj jest podobnie jak z wokalem Chrisa – monotonia  i jednostajność! Riffy niczym nie zaskakują, wszystko jest podobne do wszystkiego innego. Oczywiście zdarzają się momenty które sprawiają, że głowa sama buja się do rytmu, ale to tylko momenty. Naszpikowany takimi przebłyskami jest np. Bloody Underwear. Otwiera go mocny, grooveowy riff, ale to nie on przykuł moją uwagę. Był to refren z przemakabrycznym tekstem, jak to przystało na twórczość Six Feet Under. Nie mogę się powstrzymać, muszę zacytować ten ociekający krwią tekst – „After death her crotch did bleed. I kept a souvenir… You’re bloody underwear”. Czyż nie jest wymowny i śmierć metalowy do szpiku kości? No jest !!! W sferze tekstowej Chris absolutnie nie zawiódł, no chyba, że ktoś nie lubi przerażający lyrików pełnych morderstw, flaków, cierpienia i śmierci. A tutaj nie znajdziecie niczego innego. Mógłbym wymienić jeszcze kilka mocniejszych fragmentów, które można znaleźć na Torment, ale nie widzę potrzeby, gdyż nie mają one wpływu na ogólną ocenę, więc zostawię to już takim, jakim jest.

Patrząc na to wydawnictwo przez pryzmat innych albumów w death metalowym światku, który jest teraz przepełniony ciekawymi młodymi zespołami, SFU wychodzi średnio z tendencją spadkową. Jeżeli nie jesteście fanami ich grania, dajcie sobie spokój z Torment. Gdzieś tam czekają na was lepsze płyty.

Ocena: 4/10

Six Feet Under na Facebooku.

 

Tagi: , , , , , , , .