Skinless – „Savagery” (2018)

Do Skinless mam ogromny sentyment. Nie do końca wiarygodne, zamglone wspomnienia sugerują, że to od nich zacząłem jazdy z najostrzejszą muzyką świata, a fenomenalny Trample The Weak, Hurdle The Dead jest jedną z płyt, które mogę wymienić nawet obudzony o trzeciej w nocy, i którą regularnie odkurzam. A nawet gdybym ich wcześniej nie kojarzył, do Savagery przyciągnęłaby mnie obłędna okładka.

Szósty pełniak amerykańskich weteranów kostnicy przynosi czterdzieści minut tego, czego wszyscy oczekiwali: ostrego, brutalnego death metalu. Wydane pod egidą Relapse RecordsZdziczenie dzieli go na dziesięć części i dorzuca nawet w ramach bonusu (obecnego w każdym wydaniu, ale cóż tam) cover Crowbaru.

Poprzednia, stworzona jako pierwsza po reaktywacji zespołu, Only The Ruthless Remain nie była złą płytą, ale pamięć o niej zdecydowanie osłabiła moje oczekiwania wobec Savagery. I dobrze, bo dzięki temu mogłem cieszyć się cięższym od mojej byłej graniem, i jednocześnie nie chlipałem pod nosem mantry „kiedyś to było”. Skinless niczego nowego ani nie wymyśla, ani do swojej twórczości nie wnosi, nie wybija się też na wyżyny kompozytorskie czy pomysłowości w tworzeniu riffów. Postawiono na sprawdzone, śmiertelne patenty, dużo bujających fragmentów, kilka zmian tempa, słowem, jest dość zachowawczo i przewidywalnie. Nie przypominam sobie wyjątkowo miłych chwil z tym krążkiem, czasami wręcz zapominałem, czego słucham. Nie znaczy to jednak, że Skinless nagrał mierny długograj, wręcz przeciwnie. Jest miły do posłuchania przy okazji. Nie ma tu zbyt wielu zajmujących kawałków (chyba tylko Skull Session jest bardziej chaotyczny i wyłamujący się przed szereg), ale jednocześnie głowa buja się non stop, i przy wolniejszym Medieval, i przy tytułowym a cholernie ciężkim Savagery, i w najlepszym chyba Cruel Blade of the Guillotine. Do tego na albumie znajdziecie wyżej wymieniony cover (Crowbaru nie słucham, więc się na jego temat nie wypowiem) oraz dwa przerywniki: mocny i klimatyczny, choć średnio dopasowany do kolejnego numeru Reveral of Fortune i troszkę nijaki, arabeskowy The Hordes. Ten ostatni jest zresztą jednym z (nielicznych, co prawda, niemniej zauważalnych) elementów wrzuconych na płytę zupełnie od czapy. Po co komuś przyśpieszenie kończące Medieval albo końcówka Siege Engine? Ano, całkowicie po nic.

Przy brzmieniu płyty jednak ów mankament schodzi na drugi plan. Dźwięk jest mięsisty i obskurny, niczym grafika zdobiąca Savagery, a chrzęst basu, ryk Webbera i krwiste gitary z miejsca mnie kupują. Gdyby trochę bardziej zaznaczyć perkusję, byłoby idealnie.

Ale i tak jest nieźle. Większość deathmetalowych wyjadaczy będzie krążkiem zadowolona. Skinless nie ma się czego wstydzić, i choć pokazywali że stać ich na dużo więcej, koniec końców bawiłem się nieźle.

Skinless na Facebooku

Ocena: 7/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , .