Sons of Nibiru – „Hellspirit” (2017)

Płytkę Sons of Nibiru wręczył mi kiedyś Klusek z Dopelord. Panowie tworzący jeden z naszych stoner-doomowych towarów eksportowych postanowili pomóc kolegom z Rzeszowa w wydaniu ich debiutu, stąd okładkę Hellspirit popełnił Miodek (gitarzysta Dopelord), a całość została wydana pod szyldem Green Plague Records, oficynki powołanej przez Dopelord do życia, by wydawać ich własne płyty. I już z grubsza wiesz, z czym będziesz miał do czynienia odpalając Sons of Nibiru.

Ale i tak możesz się zdziwić. Okej, oczywiste już zapewne jest to, że Sons of Nibiru bazują na stoner-doomie. Czyli od samego początku Arrival (przed nim na albumie mamy ponad 3 minuty intro The Signal) mamy czczenie riffu, czczenie dymu, czczenie wolnych temp, czczenie ciężaru i inne bałwochwalstwa. I w sumie nie byłoby nic w tym ciekawego, bo ileż to takich zespołów i płyt wyrosło nam ostatnio na podatnym polskim gruncie? Ale Sons of Nibiru mają w zanadrzu tajną broń. Otóż na tej całej zwalistej podstawie trio snuje ambientowe wręcz melodie, dorzucając tu i ówdzie trochę etnicznych instrumentów, co tylko podnosi poziom psychodelii na albumie. Z tymi ambientowymi melodyjkami gitarowymi to, muszę przyznać, strzał w dziesiątkę. Działa na mnie. Sons of Nibiru brzmią przez to trochę jak gdyby deathmetalowcy z Fallujah skopcili się straszliwie jakimś suszem roślinnym w wielu krajach nielegalnym i postanowili na fali uniesienia zwolnić i uprościć swoją muzykę do granic nieskończoności, pozwalając jej spokojnie płynąć i wybrzmiewać. Fajnie się to wszystko rozwija od samego początku, od mantrowego intro The Signal, które wprowadza w atmosferę płyty, ciągnie słuchacza za rękę w dym. Muzyka pulsuje z wolna kolorowym światłem, raz sympatycznie i miło, raz groźnie i przerażająco, przesterowane gitary nie uzurpują sobie prawa do zabierania całej uwagi odbiorcy, a raczej podporządkowują się utworowi, pozwalając błyszczeć tym psychodelicznym melodiom. Mogę tylko zgadywać, jak dużą zasługę powinno się tutaj przypisywać Haldorowi Grunbergowi, który ten album produkował. Przecież Hellspirit mógłby być po prostu kolejną stoner-doomową płytą, na dobrą sprawę niczym nie wyróżniającą się od reszty. Tymczasem Haldor wydobył z Sons of Nibiru coś innego, coś, co momentalnie stało się ich wyróżnikiem.

Oczywiście nie powinienem Haldorowi przypisywać zasług na wyłączność, bo największą robotę wykonała wyobraźnia muzyków. Śmiało przenosi ona Sons of Nibiru od przyjemnej senności Arrival, przez niebezpieczeństwa Preachcraft, do quasi-Kyussowego utworu tytułowego, wszystko jeszcze przeciśnięte przez praskę z napisem Hawkwind albo Farflung. Nabudowanie efektów, echa, pełnych delayów brzmień sprawia, że fotel, w którym siedzę, robi się wygodniejszy, powieki cięższe, a ciśnienie spada i nawet to, że jest trzynasty, a ja wciąż nie dostałem wypłaty, wkurwia mnie jakby mniej. Album, choć nie należy do najlżejszych gatunkowo, odpręża mnie w taki zupełnie niewymuszony sposób, relaksuje, pozwala się uspokoić. To dla mnie pewna nowalijka, bo stoner-doomy miały raczej przerażać i ułatwiać narkotyczne tripy, stąd zresztą formatka zło-szatan-jaranie, w którą tak ochoczo wskakują kolejne zespoły. A Sons of Nibiru sprawiają wrażenie, jakby stanęli na jej brzegu, zastanowili się chwilę, a potem zawrócili do garażu popracować nad muzyką, a nie jej otoczką. Za to należą się podziękowania i gratulacje. Hellspirit może jeszcze nie jest albumem wyjątkowym, ale na jest pewno krążkiem interesującym i dobrze wykonanym. Co jednak ważniejsze, sygnalizuje pewną zmianę na scenie, potrzebę poszukania w sztywnej stylistyce czegoś nowego. I ja to popieram.

9/10

Sons of Nibiru na Facebooku

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , , , , , , .