Spiral – „Bullets” (2016)

Za sprawą trzeciego albumu o zespole Spiral przewijało się sporo informacji, pochlebnych recenzji i radiowych pochwał. A co ciekawsze, zespół wpasował się w regułę „świętej trójcy” i po średnio popularnych, poprzednich wydawnictwach Urban Fable (2009) oraz Cloud Kingdoms (2014), wraz z wydanym 28 października 2016 roku albumem Bullets wyniósł się na inny, wyższy poziom. Huczało na różnych niezależnych portalach internetowych o światowym levelu produkcji, zmianach w brzmieniu i ładnej wokalistce. Przewijało się też mnóstwo pytań retorycznych – a dlaczego tak mało ich w mediach, a czemu tak mało o nich słychać. Odpowiadam: nie mam pojęcia. Spiral zdecydowanie zasługują na uwagę. Choć nieczęsto sięgam po muzykę poukładaną w miękkie piosenki, to jednak płynąca z głośników autentyczna muzyczna wrażliwość ujęła w końcu i mnie.

Już na wstępie recenzowania najnowszego wcielenia Spiral zastanawiam się nad ścieżką gatunkową obraną przez zespół. Z góry nastawiłam się na post-rock lekko wymieszany z trip-hopem, ale ostatecznie niekoniecznie jestem przychylna zamknąć Bullets akurat w tych ramach. I dobrze. Jak mawiał Jonathan Carroll: „nigdy nie proś magika o powtórzenie tej samej sztuczki; rozszyfrujesz ją i cała magia pryśnie„.  A zdaje się magią i czarowaniem słuchacza Spiral się parają. Bullets w większym ogóle określę jako pop-rock/dream-pop z damskim wokalem przypominającym mi styl Emiliany Torrini czy momentami Norah Jones, niepozbawiony melodyjności i rzadko wychylający się w stronę alternatywy. Mniej tu mocniej zaakcentowanego bitu niż na poprzedniej płycie, mniej tego trip-hopowego zacięcia, którego tak chciałam się doszukać. Czy to lepiej? Na pewno prościej, utwory są zdecydowanie mniej złożone i skomplikowane. Pierwsza część albumu jest dość spokojna, z ambientowymi i post-rockowymi plamami, których rozwinięcia zdecydowanie życzyłabym sobie więcej, z pięknie wyeksponowaną elektroniką doskonale zgraną z delikatnym wokalem Uli Wójcik. Pojawiają się liryczne, nostalgiczne, pozaciągane wokalnie ze specyficzną manierą w stronę popu utwory, jak Bullets i Her Majesty, nieco bardziej dynamiczne, okraszone ciekawymi, ale oszczędnymi riffami Work In Progress czy Cops & Robbers Song, albo zupełnie wyjęty, melancholijny Color Me Amazed. O ile większa część utworów utrzymana jest w dość stonowanym tonie, o tyle na moje ucho znakomicie Spiral wypada w mocniejszym wydaniu. Intro do Crumbs ukazuje większy polot gitarowy i świetnie akcentowany bas, ale moc utworu hamuje barwa wokalu Uli, i o dziwo to wszystko się ze sobą zgodziło. Ale prawdziwym rodzynkiem i najlepszym utworem  okazał się dla mnie końcowy 100 Soviets Running, zupełnie instrumentalny, z rewelacyjną perkusją i gitarami. To esencjonalny post-rock rodem z najciekawszych momentów Russian Circles czy God Is An Astronaut. Taki Spiral bez słów paradoksalnie najbardziej do mnie na tej płycie przemawia. Znalazłam też niestety w moim odczuciu minusy produkcji. Dziwi zabieg z włączeniem liryk w języku polskim, który przyprawił mnie o konsternację. Milky Polsky i Nanoterapię może nie określę jako nieudane, ale w takim wydaniu pasują mi repertuarem na Festiwal w Opolu (czy w Kielcach), a uwierzcie mi na słowo – wolałabym nie odczuwać takiego skojarzenia. Mamy na rynku muzycznym już parę odmian Meli Koteluk czy innych Marcelin. Rozumiem, że chwali się wykonywanie piosenek w ojczystym języku, ale nijak utwory nie plasują się w żadnym odcinku mojego gustu. Tym bardziej że singlowy Milky Polsky to trochę pomyłka, a nawet strzał w kolano – to nie jest utwór reprezentatywny dla albumu, a nieopierzony słuchacz gotów pomyśleć, że obcuje na przykład z Julią Marcell. Nie zmienia to jednak faktu, że za aranż i uzyskane brzmienie należą się owacje na stojąco dla Mateusza Mazura i jego Sound Brilliance Studio. Kłaniam się nisko w pas z dygnięciem, sound albumu to piekielnie dobra robota i nie ma co w tej kwestii dyskutować.

Na koniec uśmiecham się do siebie, bo album Bullets (z wyłączeniem singla po polsku) zwyczajnie mi się podoba. Słuchając dziś Spiral mam nieodparte wrażenie, że to machina, która doskonale dopasowała sobie pozornie nie zawsze pasujące do siebie elementy. Gdyby nie efemeryczny, słodkawy wokal, zespół spadłby gdzieś do rankingu post-rockowych niewiadomych, gdyby nie elektronika, ambienty i doskonała produkcja, ugrzązłby w worku popowego, radiowego mielenia podobnych do siebie tworów. O absencji perkusji czy gitar nawet nie chce gdybać. Do tego kompozycje są po prostu dobrze skonstruowane, łatwo przyswajalne, miłe dla uszu, przyjemne. Zero tu mroku, zero depresji, zero zimna. Zdaje się letnia aura idealnie sprzyja propozycji Spiral, ale myślę że album obroni się też innymi czasy, kiedy zwyczajnie potrzeba chwili i muzyki na refleksje. Polecam!

Ocena: 7,5/10

 

Joanna Pietrzak

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam i sprawdzam. W końcu jesteś tym, czego słuchasz.
Joanna Pietrzak

Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)

Tagi: , , , , , , , .