Stoned Naked – „Stoned Naked” (2017)

Stany Zjednoczone, o ile mi wiadomo, są bardzo dużym krajem. Prawdopodobnie największym spośród tych, w których wszelkiego rodzaju stonery i doomy gra się powszechnie. Dlatego wydaje mi się, że wygrzebanie stamtąd przynajmniej poprawnego zespołu nie powinno być trudne. Stoned Naked takowym nie są, a przynajmniej nie pokazują tego na debiutanckim krążku. Dlatego dziwi mnie, że sięgnęła po nich Via Nocturna, wytwórnia, co by nie było, ambitna. A ja dałem się zmylić, bo w zeszłym roku ten sam label zaskoczył mnie innym zespołem wygrzebanym znikąd, a mianowicie Bedowyn. Sęk w tym, że Bedowyn grali zajebiście, a Stoned Naked są co najwyżej na poziomie zespołu grającego w lokalnych pubach.

Jeśli jednak zdecydujecie się sięgnąć po krążek Stoned Naked, to od razu omińcie pierwszy numer Silent Night, bo jest tak słaby, że przez kilka dni męczyłem się, żeby przebrnąć dalej. Silent Night proponuje nam riffy na poziomie zespołu, który ma problem z wyjściem z garażu, najprostsze w świecie rytmy, aranżację do bólu powtarzalną i pozbawioną czegokolwiek, co mogłoby się spodobać, a jako wisienkę na torcie dorzuca mizerne wokale. A jak w okolicach 3:45 dojdziecie do chórków, które w jednym z refrenów odpowiadają wokaliście, to już w ogóle padniecie.

Ale idźmy dalej, bo potem sytuacja się poprawia, na końcu tunelu pojawia się światełko, kwiatki zaczynają rosnąć, a politycy umierać. No, może aż tak pięknie nie jest, ale jest lepiej. Zaczynają się pojawiać lepsze riffy, takie, które nie wstyd pokazać szerszej publiczności, aranżacje nie są tak męczące, choć zespół ma doprawdy trudny do obronienia zwyczaj bycia powtarzalnym do bólu, w rezultacie w pierwszych 30 sekundach piosenki poznasz wszystko, co mają do zaprezentowania przez kolejne cztery i pół minuty. Czasami tylko pojawi się jakaś ciekawsza solówka, która zatrze przeciętne wrażenie (Pale Horse). Stoned Naked sprawiają na krążku wrażenie, jakby nie mogli się zdecydować, czy chcą być ekipą doomową pełną gębą, czy może wolą iść w kierunku weselszych brzmień, a’la Clutch czy Sasquatch. W rezultacie grupa stoi w rozkroku między tymi dwiema drogami, a jej jaja dyndają smętnie nad słuchaczem jak miecz Damoklesa. Nie każdy może tak sobie przeskakiwać jak sarenka z jednej strony tej rzeki na drugą niczym The Midnight Ghost Train. A tymczasem kiedy Stoned Naked próbują kogoś udawać – a parę razy próbują udawać The Obsessed lub ogólnie mówiąc cokolwiek, w czym ręce maczał Wino (Funky Road Mamma, Priestess of Evil) – robi się nawet nie tylko znośnie, a wręcz przyjemnie. SN nabierają ciężaru gatunkowego, kiedy robią się bardziej doomowi, rock’n’rolle im wychodzą bardzo karykaturalnie, czego dowodem jest wspomniany Silent Night.

Na swoim Bandcampie zespół napisał, że to czysty hard rock, doskonale niedoskonały, bez poprawiania wokali, korekty tempa. No, to wszystko słychać, bo wokalista nic sobie nie robi z wysokości dźwięków (Ocean Chief), a gitara rozjeżdża się z basem w zaskakująco prostych momentach (The Hand That Feeds, Sophia) – tutaj trzeba zespołowi powiedzieć, że istnieje takie pojęcie, jak latencja. Generalnie więcej tu niedoskonałości niż doskonałości, więcej szarości niż koloru, więcej braku jakości niż jej obecności.

4/10

 

 

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Latest posts by Jakub Milszewski (see all)

Tagi: , , .