Teething – „We Will Regret This Someday” (2017)

O Teething sporo dobrego mogliście się już na Kvlcie (i nie tylko) usłyszeć. Jeżeli nie usłyszeliście, to prawdopodobnie nie zerkacie polubownie na scenę grindcore’ową. Hiszpańska ekipa trochę czasu już się udziela, na co dowodem szereg splitów i EP-ek. Koniec końców przyszła pora na pełniaka, tak więc chłopaki udali się do Dead Heroes, Selfmadegod i Tu Pa Tu Tu Pa celem wydania owego. Patrząc na tytuł i okładkę płyty mam wrażenie, ze wzięły się z zespołowych refleksji nad stanem obecnym a bliżej nieokreśloną przyszłością, wypełnioną takimi atrakcjami jak rodzicielstwo czy biurowe intrygi.

No więc mamy tutaj dwanaście nowych numerów całkowicie w stylu Teething, to jest grindcore’u pomieszanego z hardcorem. Tak jest w sumie przez całą płytę, jeżeli jakiś numer wyróżnia się stylem to albo jest on intrem do kolejnego, albo to Subway Rat, który zresztą ssie pałę. Poza tymi wyjątkami jest szybko, hałaśliwie, raczej nieskomplikowanie i ogólnie agresywnie. Chociaż nie, agresja to raczej złe określenie. Teething jest wkurwione jak Kaczyński na mównicy ostatnio. You And Your Fucking Car, Setting Fires, White Cross Inversion albo An Open Letter To My Best Friend plują jadem bez określonego kierunku. I dobrze, do takiej muzyki to pasuje. Entuzjazm może ciut osłabnąć gdy człowiek się zorientuje, że warstwa liryczna traktuje o takich poważnych, współczesnych problemach, jak na przykład chwalenie się nową furą albo częstowanie ludzi papierosami, ale jak jesteś w stanie Children of Bodom słuchać to i tutaj dasz radę.

Teething blastuje, potem wprowadza w mosh, potem znowu blastuje, okazyjnie da wokaliście pokrzyczeć coś bez podkładu, niemniej budowa numerów pozostaje ta sama (za wyjątkiem wspomnianych introsów – Mic Check i White Cross Introduction, skądinąd fajnie pomyślanych – oraz nudnego, wolnego, zbędnie przeciąganego i kończącego się nagle jak szczęście w małżeństwie Subway Rat). Postronny zjadacz kamienia i metalu zacznie prawdopodobnie narzekać na nieczytelność dźwięków i ogólną wtórność kawałków, tym bardziej że Hiszpanie wydają się uznawać melodie za rodzaj zagrożonego wyginięciem żółwia, którego kategorycznie należy zostawić w spokoju. Tak więc riffy na ogół są podobne, czasem nawet za bardzo, ale osobiście nie przeszkadza mi to zbytnio. Ważniejszy jest pulsująco-blastujący rytm obecny na całej płycie. Odrobinę wtórne moshparty przeplatają się z lawinami łomotu uszczęśliwiając statystycznego Bajecznego. Dodajmy do tego ładne udźwiękowienie perkusji i plujące siarą gitary i będzie bueno. Momentami irytowały mnie maniery wokalisty, ale da się to przeboleć.

Nie uznałbym We Will Regret This Someday za coś wyjątkowo wartego uwagi, jednak słucha się tego przyjemnie. Agresja zawarta na płycie wystarcza na cały dzień marzeń o bliskim spotkaniu trzeciego stopnia szefa słuchacza i losowego, a ciężkiego obiektu. Nie mam nic przeciwko takiemu zbiorowi pioseneczek do tańca i swawoli. Inna sprawa, że ciągle trzymało się mnie wrażenie, iż wydana wcześniej kompilacja materiału splitowo-EPkowego, The Map Says We’re Fucked, była bardziej przyswajalna. Niemniej nie jest źle.

Ocena: 7,5/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , .