TesseracT – „Polaris/Errai” (2016)

W muzyce progresywnej łatwo odbić się od nadmuchanego balona, szczególnie w przypadku djentowych formacji. Wiele hałasu o nic, niewiele treści z hałasem. Nie tym razem – brytyjski TesseracT to zespół z drugim dnem (lub kilkoma), i nie do końca tyle djentu w djencie w najnowszym wydaniu zespołu, ile można by oczekiwać po poprzednich „One” (2011) i „Altered State” (2013), jednak z pewnością najnowszym materiałem udowadniają, że mają swój własny specyficzny styl w tak eksploatowanym gatunku, jakim niewątpliwie jest djent. Należy nadmienić, że Panowie z TesseracT  dość szybko ugruntowali swoją pozycję w kulisach djentów, ale też zwrócili na siebie oczy świata progresywnej alternatywy. Oprócz monumentalnych i zapadających w pamięć kompozycji z tzw. kopnięciem, tak naprawdę w natłoku przesterowanych niskich gitar i matematycznych podziałów moje delikatne ucho dosłyszało się rewelacyjnego wokalu, a właściwie wokalów – na „One” głosu użyczał Daniel Tompkins, zaś w „Altered State” Ashe O’hara (tenory, skala głosu powyżej 4 każdy!). Po co o tym wspominam – otóż z płytą „Polaris”, niczym syn marnotrawny, powrócił Tompkins i z niniejszym wydawnictwem spodziewałam się jednak mocnych uderzeń, a tymczasem TesseracT skręca. Czy we właściwą stronę? Właściwie długo zastanawiałam się, czy po prawie dwóch latach od wydania trzeciego albumu formacji TesseracT pt. Polaris” (2015) (streaming na YouTube od wytwórni Kscope) warto wspominać jeszcze o tymże krążku. Warto, bowiem nie tak dawno pojawiła się re-edycja wydawnictwa zatytułowana „Polaris/Errai”(2016), na której oprócz materiału z „Polaris” znalazły się jeszcze 4 numery w innych wersjach niż pierwotnie, a ponieważ wracam do tego longplaya dość często, w polskich mediach informacji o TesseracT-ach jak na lekarstwo, zatem nie sposób nie podzielić się z Wami tą muzyką. 

Przede wszystkim „Polaris/Errai” nie chwyta już takim dynamizmem. Nie znajdziemy tu konceptualnych utworów, jak kolos Concealing Fate, czy przebojowych Singularity lub Nocturne, ale rozbudowane, nieprzeciążone kompozycje, najczęściej z powoli budowanym napięciem i zamknięciami utworów w długich outrach. Funkcję „otwieraczy” pełnią tak naprawdę dwa płynnie połączone utwory Dystopia i Hexes. Ten drugi jest zresztą dokładnie tak skonstruowany, jak wspomniałam wcześniej, przy czym finał przyspiesza nieco puls. Survival natomiast wybrzmiewa spokojniej, niemal rockowo, jest ładnie wyeksponowany bas i lekko przebijająca się elektronika. Ten utwór pojawił się również w tzw. wersji Errai, nieco inaczej, łagodniej i w moim odczuciu ciekawiej zaaranżowany. Punktem zwrotnym całego albumu, jak dla mnie, jest natomiast Tourniquet z pięknym post-rockowym prowadzeniem gitar i szerokim spektrum możliwości wokalnych Dana – od delikatnych, cicho wyśpiewanych fraz, poprzez falsety, chórki i mocniejszy finał. Tym razem wersja w Errai nie ma takiego wymiaru. Jest to najbardziej stonowany numer w historii wszystkich dokonań TesseracT-ów i w żadnym innym kawałku nie czułam tak silnego ładunku emocjonalnego. Ale gdzie te djenty? Na szczęście są, na pewno w utworach Messenger z połamanymi riffami oraz w ciekawym Utopia, gdzie oprócz wydźwięku niepokoju spotęgowanego elektroniką w tle, tak naprawdę to outro z wypluwanymi wściekłymi wersami Tompkinsa jest godne zapamiętania. W tym miejscu warto wspomnieć o wokalizach – brakuje nieco ostrzejszych akcentów, które słychać właściwie tylko raz w epilogu Cages, który znów w wersji Errai traci na ciężkości, ale nie na jakości. Album wieńczy ballada Seven Names, kolejny po Tourniquet ukłon w stronę stonowanej odsłony formacji TesseracT i kolejny utwór, który został włączony do wersji Errai

Płytę „Polaris/Errai” zdecydowanie uważam za wartą zauważenia, natomiast nie ma tu ani jednej „przełomowej” cechy, które zdaje się pojawiły i wynosiły poprzednie albumy TesseracT na piedestał. Nie uważam jednak, żeby Panowie postawili „kropkę nad i”, zakręt w stronę unikalnego brzmienia jest na razie dość łagodny, zbyt wiele tu dobrych pomysłów, zbyt ciekawie romansują z progresywnością. Do tego na kolana powala brzmienie i techniczne dopracowanie każdej nutki. Tak dobrze wyprodukowanego albumu dawno nie słyszałam, a wspominałam przecież o swoich delikatnych uszach. Kłaniam się również w pas przed talentem wokalnym Daniela Tompkinsa, którego chwaliłam tylko siedem razy. Wracając jednak do samego wydawnictwa „Polaris/Errai”, czy wersje Errai były w ogóle potrzebne? Niekoniecznie. Taki „wydłużony” album będzie na pewno gratką dla fanów, nic więcej. Polecam posłuchać!

Ocena: 7,5/10

 

 

Tagi: , , , , , , , .