The Crown – „Cobra Speed Venom” (2018)

Choćbym bardzo się starał, koncentrował, wytężał umysł, sięgał pamięcią w przeszłość, wiem, że nie będę w stanie określić nawet w przybliżeniu ilości odtworzeń przeze mnie Poison The Crown. Od momentu usłyszenia go po raz pierwszy towarzyszy mi do teraz, głównie na domówkach, gdyż jest to idealny kawałek do spożywania trunków dozwolonych od lat osiemnastu. Nie da się ukryć również, iż uwielbiam całą płytę Hell is Here, z której pochodzi mój hit. Na własny użytek określam ją mianem „ Kill’em All na amfetaminie” ze względu na podobną dzikość kompozycji, brudny sound, punkowy klimat i oczywistą przebojowość. Lubię też dwie następne płyty The CrownDeathrace King za uporządkowanie stylu zespołu, Crowned in Terror za znakomite kompozycje i pierwszą potężną produkcję, która nie odebrała jednak muzyce szaleństwa. Późniejsze dwie płyty są niestety moim zdaniem nieporozumieniem. Z kolei Death is not Dead z 2014 wiem, że sporo słuchałem i mi się podobała, lecz na dzień dzisiejszy w pamięci pozostał mi tylko świetny cover Paradise Lost Eternal.

Na wieść o zbliżającej się nowej płycie Szwedów nie odczułem przesadzonego entuzjazmu. Postanowiłem się też nie „grzać” po przesłuchaniu singlowych Iron Crown i Cobra Speed Venom. Wolałem dla bezpieczeństwa chronić swe delikatne uczucia, by się nie zawieść (ha!). Tytuł płyty i okładka prognozowały pozytywnie. Single dawały podejrzenie, że może być dobrze.

A więc jak jest z Jadem o Prędkości Kobry? W mojej ocenie jest dobrze, nawet bardzo dobrze. Płyta jest znacznie dojrzalsza i może trochę stonowana w porównaniu z moimi faworytami w ich dyskografii, ale nadal diabelnie dzika i dająca się lubić. Muzykę cechuje motoryka, zbite aranże , ultraszybkie blasty, d-beatowe tempa, dobre sola, zezwierzęcony wokal, skomasowane brzmienie i rozsądna ilość melodii. Materiał otwiera wiolonczelowe intro połączone z mocnym ciosem w postaci Destroyed by Madness. Kawałek ten zawiera w sobie wszystkie najszlachetniejsze cechy The Crown. Dobry otwieracz. Wykrzyczane zdanie „ King of Chaos, Death and Glory” mogłoby być sloganem reklamowym tej płyty. The Crown to królowie chaosu, a nagrodą za to będzie śmierć i chwała.

Iron Crown i In the Name of Death to typowe dla tego zespołu speed-thrashowe wystrzały. Uwielbiam, kiedy komponują riffy brzmiące jak thrash z lat osiemdziesiątych z blastami i szybkimi stopami. Solówki z reguły też należą do tych, co to mogłyby znaleźć się na debiutach Metalliki, Exodus czy Testament.

Czwarty z kolei We Avange wpuszcza delikatnie powietrze w zwarty początek płyty. Dominuje wolne tempo, pojawia się fajny ciężarny motyw z melodyjną zagrywką i cała masa klimatycznych solówek. Po tym małym miejscu na oddech nadchodzi czas na tytułowy Cobra Speed Venom. Zabójczy blast na początek, d-beat w zwrotkach, świetny refren. Gitary tną precyzyjnie jak obrabiarka laserowa.

World War Machine po trzeciej minucie niszczy niskim riffem, a następny Necrohammer zmusza do skandowania refrenu przy jednoczesnym podnoszeniu zaciśniętej pięści. Born to be Necrohammer ! Kolejny Rise in Blood to najszybszy utwór z płyty, zespół powinien dostać za niego dożywocie, bo to jawne morderstwo dokonane na słuchaczu.

Przedostatni Where My Grave Shall Stand to prawie pięciominutowy hymn pogrzebowy pozbawiony wokali. Wolny, melodyjny i klimatyczny. Zamykający płytę The sign of the Scythe również zaczyna się powolnie, by wpaść kilka razy we wspominany już i wykorzystywany przez zespół rytm charakteryzujący muzykę zwaną d-beatem. Gdybym nie usłyszał połączenia takich rytmów z metalem, to bym nie uwierzył, że to zadziała. Tu wszystko wydaje się naturalne jak upływ czasu, który niepostrzeżenie przywiódł nas do końca płyty.

Cobra Speed Venom to dobry powrót do tradycji The Crown. Do charakterystycznego dla nich miksu death-thrashu z chorymi i wpadającymi w ucho tekstami, których mistrzem jest Johan Lindstrandt. Miejmy nadzieję, że zespół wygrzebał się z problemów składowych i pozostanie w takiej kondycji jak najdłużej, bo w swej wadze są najlepsi.

8.5/10

Tagi: , , , , , , .