The Missing Piece – „Dream Rider” (2017)

Wszyscy bywalcy jakichkolwiek lokalnych scen znają takie zespoły. Tworzą je goście, którzy dwadzieścia lat temu grywali po różnych mniej lub bardziej fajnych bandach i grać bez wątpienia potrafią. Potem pojawiły się dzieci i proza życia, więc trzeba było zająć się codziennością, ale jeszcze później dzieci dorosły i można było wrócić do muzyki. Stare koszulki już się napinają na brzuszkach, włosy powypadały albo posiwiały, ale w międzyczasie dzieci poszły na swoje, więc w kieszeni zostało trochę więcej pieniążków. Można więc pozwolić sobie na bajeranckie urządzenie sali prób, na koncerty w lokalnym pubie wjeżdża się z wypasioną customową perkusją na ramie, drogimi gitarami, Kemperami i wielkimi basowymi lodówami. Jednocześnie artystycznie najczęściej to jest żadne – ani werwy, ani pomysłu, jedynie lekki grymas zażenowania. Klasyczny przerost formy nad treścią, zazwyczaj oparty na nieudolnej próbie kopiowania dokonań jakichś idoli młodości. Jeśli ze starych czasów pozostali jacyś kumple, którym jeszcze zdarza się wyjść na koncert i piwo, to wpadną posłuchać, pokrzyczą, przybiją piątki. Jeśli nie, to gra się w pustkę, a młodsze kapele patrzą ze zdziwieniem na to wszystko, co się dzieje na scenie. Ale ludziom tworzącym takie kapele należy się z drugiej strony najwyższy szacunek za to, że gościom nie chce się siedzieć przed telewizorem z Harnasiem albo innym Żubrem w ręku, za to wolą tegoż Harnasia albo innego Żubra wypić z kolegami oddając się przy okazji pracy twórczej. I szczerze mówiąc, jako osoba zagrożona staniem się właśnie tego typu kolesiem za lat dwadzieścia parę, jakoś nie jestem tą wizją specjalnie przerażony. Można skończyć o wiele gorzej.

The Missing Piece na taki właśnie zespół mi wygląda. Nie zaglądałem muzykom w metrykę, po małym zdjęciu na promo albumu Dream Rider wnioskuję, że czasy studenckie już jednak za nimi. No i fajnie, że grają sobie gdzieś w tej północno-zachodniej Holandii, fajnie, że coś robią. Gorzej, że jest to zupełnie nieinteresujące. Od pierwszego zetknięcia z samą grafiką na okładce widać, że członkowie zespołu zazdrośnie patrzą na rozklejone w sali prób plakaty Dream Theater (ładnie to tak krój pisma zżynać?). Muzycznie The Missing Piece też bardzo by chcieli być tuzami progrocka, ale zestawienie ich choćby z Yes (nie wspominając o rzeszy młodych artystów, którzy jeszcze nie zaczęli zjadać własnych ogonów) wypada mniej więcej tak, jak zestawienie zespołu Wieko z Uriah Heep. Może i w tych pięćdziesięciu pięciu minutach trwania Dream Rider znalazłoby się kilka ciekawych rozwiązań, ale przykryte są one warstwami nijakości. Tu i tam uważny słuchacz możne nawet odnaleźć jakiś zalążek fajnej atmosfery, jakiś raczkujący ciekawy rytmik, jakieś ziarenko, z którego mogłaby wykiełkować ciekawa melodia. Oddzielenie ziarna od plew w przypadku The Missing Piece jest jednak płonnym zajęciem, kompletnie nie wartym zresztą zachodu. Zespół to bowiem mierny. W kwintecie mamy kompletnie wyzutego z kreatywności perkusistę (przy okazji głównego kompozytora), który nawet potencjalnie fajne momenty spierdala jakimś prymitywnym bitem. Klawisze, choć biorą na siebie cały ciężar prowadzenia tej muzyki, brzmią jak Casio z komunii. Wokalistka (dopóki nie zajrzałem do wkładki myślałem, że to po prostu cienko brzmiący facet) śpiewa głosem niepostawionym, niepodpartym, na dodatek z tak bardzo kwadratowym angielskim, że mam wrażenie, że słucham wokali Herr Flika z Allo, Allo. No i jeszcze fałszuje momentami tak, że mam zamiar za to obrazić się na cały progresywny rock. Bas sobie plumka jakieś podstawowe zupełnie rzeczy, a gitara gdzieś tam plącze się zupełnie bez celu, robiąc bardziej tło, niż budując w utworach cokolwiek sensownego, na dodatek brzmiąc jak pierwszy Skyway z czasów gimnazjum podłączony do piecyka z Allegro za 120 zł.

Informacja prasowa o The Missing Piece głosi, że to „zespół złożony z pięciu doświadczonych progresywno-rockowych muzyków, którzy podchodzą do muzyki jak malarz do malowania obrazu. Wierzą w mocne melodie, aranżacje i pejzaże dźwiękowe, które przekazują odpowiednią atmosferę”. I z tą ich wiarą jest dokładnie tak, jak z wiarą w jakiegokolwiek boga – żadna z tych rzeczy nie istnieje.

2/10

Posłuchaj lepiej:

Semistereo, Symptom Izera, Daniel Cavanagh, Lunatic Soul, Steven Wilson

 

 

 

 

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , , .