The Mystery of the Bulgarian Voices feat. Lisa Gerrard – „BooCheMish” (2018)

The Mystery of the Bulgarian Voices jest szerzej znane jako Le Mystère Des Voix Bulgares, gdyż pod taką właśnie nazwą chór ten wydawał swoje wcześniejsze wydawnictwa. Początki tego zgromadzenia żeńskiego sięgają 1975 roku, kiedy to na światło dziennie wyszła kompilacja Le Mystère Des Voix Bulgares (Volume 1). Powstała pod okiem szwajcarskiego muzykologa Marcela Cellier, składanka ta, zwierająca bułgarskie ludowe pieśni w nowoczesnych aranżacjach, przykuła swą wyjątkowością uwagę znanych twarzy z muzycznego świata, takich jak Frank Zappa, Paul Simon czy też amerykański zespół The Greadful Dead. Pod koniec lat 80. sam George Harrison polecał tę składankę w wywiadzie z Bobem Coburnem i dopiero w tych latach chór został dostrzeżony przez szerszą publiczność.
Ostatnim albumem, na którym można było usłyszeć wokale tych kobiet, powstał w 2000 roku, a był to swego rodzaju split trzech wykonawców o podobnej folkowej naturze. Płyta nosiła nazwę – A Portrait of Nikolai Kaufman. Po 18 latach chór powraca, tym razem pod szyldem znanej w metalu, ale nie tylko, wytwórni Prophecy Productions. Na nowym wydawnictwie BooCheMish znajduje się 12 numerów utrzymanych w klimacie ludowych pieśni Bułgarii ze sporą domieszką World Music oraz malutką szczyptą ambientu.
Do powrotu tego bułgarskiego chóru przyczyniała się też Lisa Gerrard, ich wieloletnia wielbicielka. Pani Gerrard chyba nie muszę przedstawiać – znana z brytyjsko-australijskiego duetu Dead Can Dance, zachwyca swoimi umiejętnościami śpiewania, jak i uzdolnieniami kompozytorskimi. Niestety na BooCheMish nie będzie miała się czym pochwalić, gdyż wraz z Julesem Maxwellem (współkompozytorem) są w przytłaczającej mniejszości. Do nich należą jedynie cztery utwory. Głównym kompozytorem tego dzieła jest bułgarski producent muzyczny Petar Dundakov.
Pan Dundakov i reszta, tworząc album, użyli wielu etnicznych i klasycznych instrumentów. Były to muzyczne przyrządy znane pod takimi nazwami jak: gydułka, kanjira, riq, kaval, handpan, tamburyn, djembe, tonbak, różnego rodzaju grzechotki, udu, cymbał oraz saggat, gitara, bas, skrzypce, altówka i wiolonczela. Gdyby tego miało być mało, do stworzenia czterech utworów użyto beatboxera. Usłyszeć go można w pieśniach – Mome Malenko, Rano Ranila, Yove i Tropanista. Te polecam szczególnie! Wszystkie posiadają charakterystyczne dla przyśpiewek ludowych szybsze bity. Najbardziej wyróżnia się otwierający Mome Malenko, który porywa swym ciemnym rytmem, ale to wokale dwudziestu kobiet rządzą tym numerem, tak samo zresztą jak całą płytą. Ten fenomenalny początek łączy w sobie tętno współczesnej muzyki wraz z folkiem pieśni Bułgarii.
Na BooCheMish Lisa Gerrard swe umiejętności wokalne zaprezentowała na 4 utworach, a są to Pora Sotunda, Unison, Shandai Ya oraz Mani Yanni. Pora Sotunda, pierwszy autorstwa Pani Gerrard, zabiera słuchacza na mistyczną przejażdżkę pełną afrykańskich rytmów, arabskich motywów oraz oczywiście bułgarskich chórków. Pora Sotunda oraz podobny stylowo Unison to klasyki w twórczości Gerrard. Obydwa mogłyby znaleźć się na jakiejkolwiek płycie z jej przeszłości. Za to na Mani Yanni jej wokale brzmią jakby nie były ludzkie. Gerrard dosięgła na nim swymi umiejętnościami, albo i przekroczyła, granice swojej wyobraźni. Przebiła się poza muzykę naszego świata, tak pozaziemsko to brzmi. A to tylko są jej wokale, cała reszta… To trzeba usłyszeć, a jest tego sporo. Shandai Ya jakoś najmniej mnie porywa, nie dociera do mnie. To po prostu średni kawałek, nic szczególnego niewnoszący.
Z reszty, czyli pozostałej ósemki, oprócz wręcz boskiego Mome Malenko, jest też kilka pieśni zasługujących na uwagę. Na pierwszy plan najbardziej wysuwa się Rano Ranila z żywym, rdzennym, bułgarskim rytmem. Niczego nie brakuje też w Yove, na którym chóry wychodzą poza typowo ludowe motywy, ocierając się lekko o muzykę afrykańską. W Sluntse, najbardziej eksperymentalnym i jednocześnie najbardziej nostalgicznym utworze BooCheMish, wokale jakby schodzą na drugi plan, zaś muzyka bierze górę. Jest on niczym przeciwwaga do całej reszty zdominowanej przez kobiece wokale. Zostały jeszcze Ganka, Stanka oraz Zableyalo Agne, wszystkie utrzymane w wolniejszych tempach. Z tej ostatniej trójki przykuwa uwagę utwór Stanka, oparty głównie na muzyce ambientowej, sunie powoli do przodu wraz z zawodzącym, nostalgicznym wokalem solistek. On też zamyka cały ten wielce udany album.
Nie będę tego ukrywał – BooCheMish oczarował mnie od pierwszego przesłuchania i im bardziej go poznawałem, tym utwierdzałem się w przekonaniu, iż będzie to dla mnie jak do tej pory numer jeden tego roku.
Aranżacje wokalne są tak niesamowicie skomponowane, że chór jest niczym dwudziestoosobowy instrument. Brzmi to niesamowicie i pomimo tego, że znałem inne bułgarskie wydawnictwa tego typu, to BooCheMish lśni nad całą resztą, jak pięknie oszlifowany diament.

 

Ocena: 9,5/10

The Mystery of the Bulgarian Voices i Lisa Gerrard na Facebooku.

Tagi: , , , , , , , , , .