The Swill – “Master of Delusion” (2017)

The Swill to stosunkowo nieopierzony kwintet, pochodzący z kraju hamburgera i Coca Coli. Panowie jak do tej pory nagrali jedynie dwie EPki, z czego ta ostatnia ukazała się nakładem wytworni Dystopian Dogs w ubiegłym roku. I tak się jakoś przytrafiło, że to ten album trafił w moje niezbyt do tego powołane ręce, celem weryfikacji i recenzji.

A teraz spieszę z wyjaśnieniami do tego, co właśnie napisałem powyżej. Po pierwsze, moja czarna dusza inaczej radzi sobie z gatunkami innymi niż black metal. No, chyba że muzyka jest naprawdę wyjątkowa. Wtedy i ja chylę czoła, zdejmuję czapkę i przyznaję wyższość słuchanemu albumowi.

Drugie wyjaśnienie należy się płycie. Faktycznie album widnieje w zestawieniach jako EPka, ale prawie czterdzieści pięć minut muzyki i dziesięć kawałków to tak naprawdę materiał na krążek pełnowymiarowy i sam nie wiem, dlaczego nie tak ten album został sklasyfikowany.

A teraz przejdźmy do detali. Bywało, że na łamach tej strony psioczyłem na produkty pochodzące od marki Dystopian Dogs, i bywało, że narzekałem na zespoły grające heavy metal. Tym razem będzie nieszablonowo.

Płyta Master of Delusion to całkiem udany wytwór kwintetu z Michigan. Każdy z kawałków ma w sobie coś ciekawego, jakiś klimacik, który powoduje chęć powrotu do początku płyty. Zazwyczaj smaczek ten nadawany jest przez partie gitarowe, ale i pozostała część instrumentarium jest wyraźna i warta zawieszenia ucha. Gwoli informacji gitary w zespole występują dwie, z czego jedna (ta przewodnia) jest przesterowana mniej, zaś ta rytmiczna fuzza wciśniętego ma znacznie bardziej, co powoduje powstanie ciekawego rozdźwięku w poszczególnych utworach. Perkusja może nie wywija, ale ładnie i delikatnie zaznacza swoją obecność w kawałkach. Najbardziej wyraziste są oczywiście partie wokalne, czyste z delikatnym zaśpiewem charakterystycznym dla Sebastiana Bacha ze Skid Row.

Gdybym miał wybierać momenty najciekawsze na płycie, byłby to z pewnością utwór numer dwa (chyba najbardziej klimatyczny), następujący po nim utwór numer trzy (z wokalem a’la Anthrax), Galleon Plunderer z najciekawszymi gitarami i delikatny przerywnik pod tytułem Analysis Paralysis.

Uff, a jednak w dwudziestym pierwszym wieku da się nagrać album heavy metalowy, który nie jest wtórny, nudny i wymyślony na odczepnego. A ja już się bałem, że albo ze mną jest coś nie tak, albo coś bardzo złego podziało się z całym światem.

Ocena 7,0/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , , .