Ulver – „The Assassination Of Julius Caesar” (2017)

Bez względu na to, jaką ma się o norweskim Ulver opinię, jedno każdy musi im przyznać – do perfekcji opanowali sztukę pokazywania środkowego palca fanom, dziennikarzom i muzycznym „znawcom”. Najpierw Rygg i jego wataha dokonali kompletnej wolty, odchodząc od black metalu w stronę elektronicznych i ambientowych eksperymentów. Później testowali wytrzymałość nowych słuchaczy projektami zachaczającymi o art rock, a ostatnim ich oryginalnym wyskokiem było The Childhoods End, gdzie coverowali rockowe psychodeliki z lat siedemdziesiątych. The Assassination of Julius Caesar wpisuje się w ten schemat doskonale, bo po Ulver spodziewać się należy tylko niespodziewanego. Na przykład płyty, która cofa się z nostalgią o trzy dekady, w czasy kiedy muzyka pop odkryła moc syntezatorów a new romantic miało swoje pięć minut.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio przeszedłem z jakimś albumem tak długą drogę. Bo przyznacie chyba, że od mojej pierwszej reakcji, czyli „co to za gówno”, do regularnego bujania się w ulverowe rytmy, jest dosyć daleko. Nie chodzi o to, że nie lubię takich klimatów – wprost przeciwnie. Po prostu ta płyta wymaga nieco czasu i warto takowy poświęcić.

Pościelówowa i dalece uzależniająca Nemoralia, opublikowana przed premierą albumu spowodowała, że zaczęto się zastanawiać czy Rygg nie chce zostać drugim Dave’m Gahanem, ale porównania do Depeszy to trochę pójście po najmniejszej linii oporu. Wystarczy posłuchać obrzydliwie wprost chwytliwych i tanecznych Southern Gothic i Transverberation, by skojarzenie poszło w innym kierunku – toż to Killing Joke! I to z czasów zachłyśnięcia się Jaza Colemana new romantic na Night Time czy Brighter Than The Thousand Suns. Podobne klawisze, maniera wokalna Rygga, wszystko się zgadza. A że całość mixował Martin „Youth” Glover, to zapewne również nie przypadek. To czy jest to wada, czy zaleta, oceńcie sami, bo z jednej strony to konserwa, ale z drugiej niezwykle smaczna i aż chce się więcej.

Zniknęły również niemal zupełnie problemy ze sporymi dawkami pretensjonalności, z czym Ulver często miewał kłopoty. To chyba najlepiej zaśpiewany album Rygga, bez tej ocierającej się o autoparodię maniery. I jest o to niewątpliwa zaleta, bo ze skopanymi wokalami ten album byłby asłuchalny – są one przeważnie trzonem kompozycji. Idealnym przykładem dojrzałości wokalnej RyggaAngelus Novus i 1969 – wzniośle, ale bez zadęcia, z odrobiną melancholii i znowu z olbrzymią chwytliwością.

Żeby nie było za słodko, są też minusy. Dość pokaźne zresztą, bo do ideału tej płycie równie daleko, co Perdition City do black metalu. Bujający, i w zamyśle zapewne transowy, Rolling Stone jest za długi a jego noise’owe zakończenie wydaje się totalnie na siłę. To też jedyny utwór, gdzie Rygg irytuje mnie swoim śpiewem – biorąc pod uwagę przebojowość utworu, można było spokojnie zostawić tam jedynie żeński wokal i skrócić całość. Co ciekawe, słabiej wypadają te kompozycje, gdzie Ulver brzmi „po staremu”. So Falls The World klimatycznie jest w okolicach Shadows of the Sun, ale wieje od niego nudą i nie umywa się do zawartości tamtego albumu. Tak samo zamykający Coming Home – ja wiem, że Ulver lubi zamykać albumy długim utworem z melodeklamacją, oraz dodawać wszędzie rozmyte saksofony, ale ileż można?

Powrót w lata osiemdziesiąte watasze Rygga stanowczo wyszedł. Ale jak to z powrotami bywa, nie należy spodziewać się tu niczego zbytnio odkrywczego. To miła, sentymentalna podróż, miejscami piękna, a miejscami nużąca. Tylko tyle i aż tyle.

Ocena: 7,5/10

Tagi: , , , , , .