Weedpecker – „III” (2018)


Rok 2018 polska scena stonerowa rozpoczyna od mocnego wejścia. Trzeci album warszawskiego Weedpecker, zatytułowany po prostu III, kontynuuje trend z dwóch poprzednich płyt, na których muzycy mocno odchodzą od typowego, piaszczystego grania na rzecz dużo bardziej psychodelicznych utworów. Przy okazji zespół nie przebiera w środkach i nie kryje swojego zamiłowania do substancji psychoaktywnych, hołdując hasło taking drugs to make music to take drugs to.

W odróżnieniu od poprzednich wydawnictw, nowa płyta wydana została już nie własnym sumptem, lecz z pomocą znanej wytwórni Stickman Records, odpowiedzialnej m.in. za takie zespoły, jak Spaceman 3, Motorpsycho czy Elder. I to właśnie z tą ostatnią kapelą Weedpecker jest często porównywany. Ciężko się temu dziwić, bo losy zespołów wydają się połączone, chociażby ze względu na debiut sceniczny polskiej kapeli, jeszcze w 2012 roku, kiedy supportowali Amerykanów. Weedpecker jednak wypracował swój własny, łatwo rozpoznawalny styl, oparty na wysokich wokalach z szerokim pogłosem oraz wielowarstwowych partiach instrumentalnych.

III nagrana została w warszawskim Nebula Studio, a za jej produkcję odpowiedzialny jest Harold Grunberg z Satanic Audio, który współpracował z muzykami przy okazji poprzedniego albumu (recenzja). Nowością na płycie jest sporadyczne wykorzystanie instrumentów klawiszowych, dodających kolorytu do i tak już rozbudowanych partii instrumentalnych. Z kolei za okładkę ponownie odpowiedzialny jest Maciej Kamuda.

Już pierwszy utwór, trwający ponad 7 minut Molecule, przenosi nas w magiczny świat. Co jest typowe dla Weedpecker, utwór stopniowo się rozwija, rozpoczynając od delikatnej psychodelii, do dużo mocniejszych, przesterowanych riffów. Całość okraszona jest wokalami, które nie tylko dodają kolejną linię melodyczną, ale także warstwę brzmieniową, wzbogacając i tak już różnorodną muzykę zespołu. Mam wrażenie, że sama twórczość instrumentalna jest na tyle ciekawa, że wzbudzałaby zainteresowanie bez śpiewu, jednak ostatecznie kompozycyjnie idealnie wpasowują się w całość. Drugi kawałek, Embrace, łączy ze sobą najlepsze elementy kapel, takich jak Tame Impala czy wspomniany wcześniej Elder. Rozpoczynając od psychodeli w stylu tych pierwszych, przechodzi do mocniejszych riffów przywodzących na myśl drugich. Dwa kolejne, singlowy Liquid Sky oraz From Mars to Mercury, to najbardziej przesterowane utwory na płycie, jednocześnie zaburzające tzw. schemat innych kawałków – rozpoczynają się dość mocno, z delikatniejszą, środkową partią, by powrócić do mocnego początku. Ostatni numer, Lazy Boy and The Temple of Wonders, miejscami przywodzi na myśl najbardziej pokręcone numery Pink Floyd. Stanowi on zwieńczenie albumu, powracając do halucynogennego klimatu dwóch pierwszych utworów.

Słuchając najnowszego dzieła Weedpecker, wyraźnie można odczuć smykałkę do składania kompozycji w spójną całość. Każdy instrument, a także wokal, doskonale uzupełnia się z resztą i bez względu na czym skupimy swoją uwagę, gdzieś łączy się z innym elementem.

III zapowiada także zmianę w składzie zespołu, z którym po nagraniu pożegnali się perkusista Falon (wcześniej Belzebong, aktualnie MIIST, obecny w zespole prawie od jego początku) oraz basista Mroku (Dopelord, który dołączył przed nagraniem II), a zastąpieni zostali przez muzyków z zespołu Clockmaid.

Najnowszym wydawnictwem Weedpecker ugruntowują swoją pozycję jako jedna z najlepszych i najciekawszych kapel na scenie niezależnej. Na koniec wskazówka na własną odpowiedzialność, cytując słynny list Ala Cisnerosa do jednej z wytwórni: jeśli palisz trawę, zapal przed przesłuchaniem płyty.

Ocena: 9/10

 

Latest posts by Adrian (see all)

Tagi: , , , , , , , .