Wolfbrigade – „Run With The Hunted” (2017)

Siedzę nad wirtualną kartą już dobre kilkadziesiąt minut i nie mam żadnego pomysłu na ten tekst. Albo raczej, nie tyle na „tekst” jako pisemny przekaz myśli, co bardziej na wypełnienie tego tekstu. Wszystko bowiem mógłbym stwierdzić krótkim podsumowaniem: kolejna bardzo porządna płyta. No, ale jeśli ujmę to w ten sposób, tylko fani i zaznajomieni z przebiegiem Wolfbrigade będą wiedzieli o co chodzi. Ci nowi natomiast mogą dwuznacznie odebrać tą recenzję.

Zacznijmy może od tego że Run With The Hunted jest szóstym (albo dziewiątym jak ktoś woli) pełnym albumem szwedzkich crustowców. Znajduje się na nim dziesięć numerów w szybkiej i agresywnej stylistyce, niepozbawionej jednak melodyjności. Płytkę wydało pod koniec kwietnia Southern Lord Records.

Problem płyty polega głównie na tym że jest do bólu crustowa. Nie przeczę, zdarzają się wstawki typu tych w Kallocain (trochę blacku, trochę folku, ładnie wymieszane i stanowczo w zbyt małej ilości), niemniej dla kogoś kto nie będzie się na płytce skupiał, bądź też w takich rejonach muzycznych nie bywa, Run With The Hunted wyda się jednym, dużym numerem. Do tego wtórnym i powtarzalnym pod względem riffów, bicia perkusyjnego i wokalu. Założyłbym się, że gdyby puścić w pubie/przerwie między koncertowej takie na przykład Warsaw Speedwolf albo Feral Blood, kilka osób stwierdzi „ale śmieszny Motorhead” . Schematyczność budowy utworów, podobne chwyty i trzymanie się ustalonej ścieżki, to właśnie nowy Wolfbrigade.

No i właśnie tu się zaczyna motanie, bo niby narzekam i szkaluję, ale to tak naprawdę narzekanie nie jest. Wolfbrigade nie słucha się dla innowacji, progresji i innych pierdół, tylko dla energii, agresji i prędkości. A tego jest tu dostatek. Świetny Warsaw Speedwolf, cięższy niż reszta (to bardziej metalowy niż punkowy numer) Return To None, bardzo fajny i zadziorny Nomad Pack, Feral Blood i jego minisolówki,  to wszystko jest bardzo przyjemne w odbiorze. Melodyjki i solówki pojawiają się w idealnej ilości (znowu Nomad, chyba zresztą mój ulubiony numer z płyty). Perkusja jest szybka, wyraźna i nakręca słuchacza. Mówiąc ogólnie, muzycy non-stop zasuwają do przodu jak kreskówkowy struś. Zwolnień nie ma, a numery przechodzą po sobie w oka mgnieniu. Żaden z nich nie nuży, żaden nie jest gorszy. Czego już niestety o płycie jako całości powiedzieć nie można.

Run With The Hunted nie próbuje niczego słuchaczowi udowodnić. Ekipa znalazła już swój rejon muzyki, dobrze im tam i na razie nie zamierzają crustniszy opuszczać. Jeżeli nie masz nic przeciw temu, rozumiesz cel takiego właśnie grania, to krążek powinien ci się spodobać. Nie jest wybitny, nie dorównuje ostatnim wydawnictwom Martyrdoda albo Sarabante, ale to wciąż bardzo solidny crust punkowy strzał. I mimo, że około szóstego albo siódmego numeru tracę nim zainteresowanie, to jestem na tak.

Ocena: 7,5/10

 

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Tagi: , , , , , .