Yellow Horse – „Lost Trail” (2018)

Gdybym musiał jednym słowem opisać muzykę tria Yellow Horse, zdecydowałbym się na naturalność. Jeśli jesteście zmęczeni plastikiem, konserwantami, instagramową wojną na selfie, jeśli muzyka z nadmiarem studyjnych sztuczek Was nudzi, a czasem może i brzydzi, to niezwłocznie ruszajcie na szlak wraz z tą kapelą! Pochodzą z podkarpackiego Strzyżowa, z terenów, gdzie nawet zabytkowy dworzec (a co, wygooglowałem sobie!) przypomina nieco stacje kolejowe z filmów Sergio Leone’a. Jak tu zresztą nie lubić muzycznego posmaku południa Stanów, w którym mieszają się wpływy bluesa, folku, country i rock’n’rolla? A że muzycy nie porwali się z motyką na słońce, tylko mają umiejętności i serce do tego typu grania, wyszła im bardzo fajna płyta.

Zespół czerpie z amerykańskich źródeł, ale też nie bawi się w jakieś naśladownictwo. Z tego konkretnego kręgu inspiracji udaje się wyciągnąć materiał na różnorodne piosenki. Mamy tu kawałek niemal popowy, radiowy, choć dobrze zaaranżowany i okraszony stylowym solo (singlowy I Still Wonder). Są też dźwięki bliskie rockabilly (I got to go), eksplorujące podobne rejony, co Dan Auerbach na swojej ostatniej (świetnej) solowej płycie. Nie brak na albumie kowbojskiego, saloonowego klimatu, jak w Lost Trail, który mimo melodyjnego charakteru ma w sobie pazur i energię, albo zagranym z feelingiem Country Boy. Świetnie wypada gitara slide w numerze My Little Girl, który przykuwa uwagę chwytliwym refrenem. Bardzo przyjemnie, z pewnym retro powiewem, wypadł cover piosenki Dennisa Linde’a Burning Love (a ja dzięki Yellow Horse będę mógł nadrobić zaległości w klasyce lat 70. i sprawdzić nagrania tego songwritera).

Kapela pokazuje też, że doskonale czuje się w bardziej melancholijnych klimatach, choćby w Afraide of Love ciekawie wypada zestawienie prostej zagrywki gitarowej z dźwiękiem fletu, co daje intrygujący efekt. W Sanayka stories mamy melorecytację, refleksyjny nastrój budowany przez oszczędne dźwięki, a nieco mroczniej robi się w kawałku Dark Moon. Przede wszystkim zaś wypada to wszystko naturalnie, a przecież już na początku wskazywałem, że to słowo-klucz.

Zespół w ciekawy sposób nawiązuje do klimatu gitarowego grania z lat 70., które nawiązywało do folkowych tradycji. Paweł Soja (bas i wokal), Dominik Cynar (gitary) i Mateusz Kurpinśki (instrumenty perkusyjne) doskonale czują bluesa – zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Na co dzień ci muzycy grają w grupach, które eksplorują hard rockowe rejony. Na albumie Lost Trail zaś prym wiodą instrumenty akustyczne, radość z grania i poczucie wolności. Kto ma gęsią skórkę (ja zawsze!), słuchając takich artystów jak America, Lynyrd Skynyrd, Creedence Clearwater Revival, Crosby, Stills, Nash & Young (jak również solowych dokonań tych panów), a w dodatku nie stroni od country i klasycznego rock’n’rolla, ten z pewnością nie będzie zawiedziony. A że miks Piotra Gruenpetera daje tej muzyce oddech, to nie powinniście mieć wątpliwości, jaką płytą wybrać na słoneczne, wakacyjne szlaki.

ocena: 8/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

Paweł Lach

Paweł Lach

Od dłuższego czasu pisuje o muzyce (i nie tylko) dla różnych portali. Nie słucha latynoskiego folkloru, a poza tym jest w stanie popróbować wszystkiego.

http://lach.kf-oswiecim.net/
Paweł Lach

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , .