Arch Enemy – Warszawa (26.09.2017)

Warszawska Progresja we wtorkowy wieczór (26 września br.) zwabiła w swoje mury relatywnie szerokie muzycznie i wiekowo grono fanów ciężkiego grania. Byli tacy, którzy przybyli uraczyć się gitarowymi harcami Michaela Amotta i Jeffa Loomisa. Byli fani „female-fronted” metalu w ogóle oraz wielbiciele growlu, scenicznej drapieżności i/lub urody tej jednej, konkretnej kobiety – Alissy White-Gluz. Byli też przede wszystkim tacy, których przyciągnął holizm tych zjawisk, czyli fani współczesnej wersji „Arcywroga”. Ikona melodic death metalu przyjechała do stolicy ze sztandarowym arsenałem, jak i utworami z nowego albumu Will to Power. Wynik batalii zorganizowanej przez KnockOut Productions był przewidywalny niczym mecz Szwecji z Polską w hokeja na lodzie. Pogrom.

Metalcore z Ukrainy na rozgrzewkę? Хорошо! Zespół z Gorłówki z niezwykle energetyczną Tatianą Shmayluk z mikrofonem w dłoni miał rozpalić „piec” przed AE i końcowa reakcja publiczności wskazywała na to, że Jinjer dopiął swego. 90 procent 45-minutowego występu Ukraińców upłynęło pod znakiem dosyć typowej dla gatunku siermiężnej gitarowej i growlowej pożogi. Jeden „wrażliwy” numer był tylko uśpieniem czujności przed podwojeniem impetu po zmianie gitar przed końcówką setu. I tylko żal, że żółta, puchata bluza wokalistki pozbawiła odbiorców podziwiania tatuażowych fresków na jej ciele. Na szczęście odrobiny radości z widoku jej białych podkolanówek w szóstki zabrać nie mogło już nic.

Danie główne wjechało na stół wraz z odgłosem gromu od ACDC. Thunderstruck z taśmy wybił o 21:10. Atmosferę wyczekiwania podbiło jeszcze intro z Will to PowerSet Flame to the Night – i sztućce poszły w ruch. Ucztę  rozpoczął dynamiczny riff pierwszego singla nowego albumu – The World is Yours – a za nim ruszyła mocarna wokaliza White-Gluz (ex-The Agonist). O, tak, lubię efektowne wejścia! Nowy „otwieracz” całościowo wypadł poprawnie i to tyle w temacie (na pewno nie przebił zeszłorocznego Yesterday is Dead and Gone). Przy dźwiękach kolejnych Ravenous i Stolen Life burza jasnoniebieskich włosów przecinała powietrze między sceną a lasem metalowych rogów. W następnym utworze, ku ewidentnej uciesze zerkającego co chwilę na publikę Amotta, doszło do eksplozji głosów szalejących fanów. Donośne „hejowanie” pokazało, że War Eternal jest autentycznie poważane i tego wieczora wielce wyczekiwane. W końcu z gardła White-Gluz, prosto w ciężkie, zadymione powietrze Progresji, wystrzelił flagowy slogan z poprzedniej płyty – „This is fuckin’ waaar!” Potem doczekaliśmy się „apokalipsy” – utworu-walca z Doomsday Machine.

Drugim akcentem z nowej płyty było Blood in the Water, który wypadł naprawdę korzystnie. Bujający riff, ostry growl, turboszybka solówka – wszystko pędziło i buczało zadowalająco. Na You Will Know My Name nikogo w pierwszych rzędach nie trzeba było zachęcać do krzyku przy refrenie. Uradowany jak dziecko Amott penetrował wzrokiem publiczność, by już po chwili miażdżyć ją brutalnym riffem The Race z Will to Power. Jako czwarty, i ostatni tego wieczora, utwór z nowego albumu wybrzmiał The Eagle Flies Alone. White-Gluz skakała z perkusyjnego podestu, kręciła w powietrzu mikrofonowym statywem, zachęcała do śpiewania refrenu nowej kompozycji, która w oczach zespołu aspiruje zapewne do posiadania statusu hitu. Czy na kolejnej trasie publika będzie śpiewać ten utwór tak chętnie jak You Will Know My Name i War Eternal obecnie? Jest na to szansa.

Na pewno będzie śpiewać As The Pages Burn, które w Warszawie zabrzmiało naprawdę mocarnie, oraz wyzwalające masowy ruch wertykalny No Gods, No Masters – deski Progresji podobno jeszcze drgają. Główną część setu majestatycznie uwieczniło potężne We Will Rise. Po wywołaniu zespołu na bis, z głośników wybrzmiało „wareternalowe” Avalanche. Następnie próbkę solowych umiejętności pokazali Loomis (ex-Nevermore) i Amott. Pod palcami Amerykanina figlowały flażolety, a Szwed przy pomocy swojej odblaskowej gitary wywołał zabawę z publicznością, która na pojedynczy powerchord odpowiadała gromkim „hej!”. Dzieła zniszczenia dopełnił brutalny klasyk Nemesis.

Arch Enemy to zespół wybitnie koncertowy – wątpliwości nigdy co do tego nie było. W trakcie występów szwedzkiej formacji energia kipi po obu stronach barierek. Zespołowi nigdy nie brakuje zaangażowania i diabelskiej ochoty podsycania emocji i pobudzania dzikich, muzycznych instynktów publiczności. Nie inaczej wyglądał powrót do Progresji (poprzednio 2014). Choć oczekiwania były różne, to chyba każdy wyszedł z warszawskiego klubu miło sponiewierany. Choć nowa płyta nie jest arcydziełem życia żadnego z muzyków AE, to cały set naprawdę wyszedł bardzo korzystnie. Choć wielu starszych fanów twierdzi, że zespół bez Angeli Gossow to już inny, gorszy twór, to Arch Enemy z Alissą White-Gluz po raz kolejny potwierdziło, że wysoka jakość występów na żywo z poprzedniej epoki została zachowana. Tempore Nihil Sanat – czas niczego nie leczy. Bo leczyć nie musi.

Setlista

  1. The World Is Yours
  2. Ravenous
  3. Stolen Life
  4. War Eternal
  5. My Apocalypse
  6. Blood in the Water
  7. You Will Know My Name
  8. The Race
  9. The Eagle Flies Alone
  10. As the Pages Burn
  11. Burning Angel
  12. No Gods, No Masters
  13. Dead Bury Their Dead
  14. We Will Rise

Bis

15. Avalanche
16. Snow Bound
17. Nemesis
18. Fields of Desolation

Na koniec TUTAJ podaję wyniki meczów Polski ze Szwecją w hokeja na lodzie. 

Tomek Bilewicz

Tomek Bilewicz

Woodstalker, koncertowicz, fan marketingu muzycznego, języków obcych, relaksu festiwalowego, MDM i NDH
Tomek Bilewicz

Latest posts by Tomek Bilewicz (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , .