Brutal Assault 2017- Jaromer (09-15.08.2017)

Tegoroczny Brutal Assault był dla mnie obowiązkowym punktem festiwalowego programu na te wakacje. Nie mówię tym samym, że Brutal nie bywa moją coroczną wisienką na torcie, ale w tym roku miało być naprawdę wyjątkowo. No ale jak „na jednej scenie” ma stanąć Emperor, Mayhem, Samael, Master’s Hammer, Root, Batushka, Opeth, Amorphis i absolutnie genialny, choć mniej ikoniczny Der Weg Einer Freiheit, to perspektywa majtek ściąganych przez głowę wydawała się naprawdę realna.

 

Z kronikarskiego obowiązku nadmienię, że tegoroczna edycja była dwudziestą drugą w historii tego festiwalu i standardowo odbywała się w przepięknych okolicznościach Czeskiej twierdzy Josefow – fortu z czasów zaboru Austriackiego. Tegoroczna edycja (zaplanowana w terminach od dziewiątego do dwunastego sierpnia) była pierwszą, podczas której koncerty odbywały się aż na pięciu scenach (dwie główne Jagermaister i Sea Shephard, znacznie mniejsza MetalGate, malutka Oriental i po raz pierwszy infinitezymalna scena Ambient zlokalizowana w budynku barowo kinowym). A na nich wszystkich ponad 130 zespołów z całego świata. Zapowiadała się więc naprawdę potężna dawka muzyki

 

Na pierwszy tegoroczny „must see” się nieco spóźniłem, ale drugą połowę występu Fleshgod Apocalypse udało mi się obejrzeć. Włosi mimo wczesnej godziny dali ognia, a publika dała się ponieść emocjom -pod sceną zauważyłem nawet mały moshpit. Widać, że kawałki z najnowszej płyty King musiały przypaść do gustu.

Po chwili przerwy i przyjęciu pierwszych pożywek udałem się pod scenę, by z bliska zobaczyć żywą jeszcze legendę czeskiego BM pod postacią Root. A gdy Big Boss pojawił się na scenie, ludziom miski od razu ułożyły się w wielki czarny uśmiech. Już samo przywitanie słowami: „Witajcie moje czarne owieczki” – wywołało lawinę oklasków. Mimo podeszłego wieku i problemów ruchowych (połowę koncertu Big Boss zagrał na siedząco) to ani talent, ani humor go nie opuściły. Cały ten jego sposób śpiewania, zachowanie na scenie dodały ogrom uroku do występu Czechów. Wstyd się przyznać, że z tej strony świata znałem do tej pory tylko Master’s Hammer, bo w Root zakochałem się od pierwszego wejrzenia.

Bez chwili wytchnienia zrobiłem dwadzieścia kroków w lewo, by znaleźć się na spektaklu pod tytułem The Forest Seasons. Wydany pięć lat temu Time I stał się dla mnie płytą wręcz kultową, chciałem więc z rzeczywistością porównać te multiinstrumentalne, rozbudowane do granic możliwości pomysły fińskiego Wintersun. Nota bene dość sceptycznie podchodzę do koncertów zespołów, które połowę klimatu robią różnymi komputerowymi wspomagaczami. Mój sceptycyzm został jednak rozwiany migusiem, na początku za sprawą kawałków z najnowszej płyty, a na koniec dzięki genialnym i genialnie zagranym utworom z Time I. W godzinnym secie znalazł się nawet czas na wspominki z pierwszej płyty Wintersun.

W tak zwanym międzyczasie zajrzałem na zbudowaną po raz pierwszy na tegoroczną edycję malutką scenę ambientową, znajdującą się w budynku barowo-kinowym. ARRM był zresztą jedyną kapelą, na jaką udało mi się dotrzeć w to nowe miejsce. Na pozostałych scenach działo się na tyle dużo, że po prostu zabrakło mi czasu. Niemniej Artur Rumiński poradził sobie zarówno z miejscem, jak i publiką, i gdy pod koniec ich występu opuszczałem józefowskie kazamaty, całkiem spory tłumek siedział pod sceną z zamkniętymi oczami i kiwał się w transie chłonął utwory.

Na Metal Church wpadłem przez sentyment i wzgląd na moje niegdysiejsze zainteresowania. I zrobiłem to na szczęście. Rozpoczynający set Fake Healer po prostu zmiótł mnie z powierzchni ziemi, dokładnie jak te prawie trzydzieści lat temu, kiedy to w oficjalnie działających w Krakowie przegrywalniach nagrano mi za grube pieniądze na przyniesionej kasecie Blessing in Disguise (inaczej płyty nie dało się po prostu dostać). I choć reszta koncertu zachwyciła mnie nieco mniej, to po powrocie do domu pierwszą rzeczą, jaką sobie puściłem był właśnie stary dobry Metal Church. Widać jest to metal, który nie rdzewieje.

Norweski Helheim był jednym z przymusowych punktów programu. Nie tylko dla mnie jak się szybko okazało, bo w dzikim tłumie na MetalGate trudno było się przecisnąć do samego przodu. No ale po nagraniu takiego albumu, jak landawarijaR, ciężko było spodziewać się innego zainteresowania. Ech piękne to było wydarzenie muzyczne. Kwartet z Bergen wie, jak zrobić klimat pod klasyczny wiking black metal (a w zasadzie to po prostu wiking metal). A zmiany tempa od klimatycznego i nostalgicznego po absolutny armagedon publika przyjmowała niesłabnącym aplauzem. I choć miałem opuścić ten gig w połowie, by przyjrzeć się drugiemu filarowi czeskiego black metalu, to jednak czar Helheim przykuł mnie pod sceną do samego końca koncertu.

Dlatego też Master’s Hammer obejrzałem właśnie zaledwie w połowie. I szkoda, bo był to jeden z lepszych występów na tegorocznym festiwalu. Klasyczny wystrój sceny (nagie kobiety z głowami kozłów, kupa ognia i kopa krzyży) przykuwała uwagę nie mniej niż muzyka. Ciekawostką może być fakt, że zarówno Master’s Hammer, jak i Root na tegorocznym Brutalu świętowali swoje trzydziestolecie na czarnej muzycznej scenie. I oba zespoły mimo swojego wieku zaprezentowały się lepiej niż niejedna młoda kapela! Przekrojowa setlista nie mogła się nie spodobać kompletowi publiczności, która stawiła się pod Jagermaistrową sceną.

Po chwili oddechu przyszedł czas na rodzimych wirtuozów muzyki religijnej. I to w dosłownym znaczeniu, gdyż Batushka w metalowej aranżacji odśpiewuje prawosławne pieśni religijne, i to jeden do jeden! I choć formuła zespołu, albumu, jak i koncertowego image nie pozwala na żadne wariacje sceniczne, to taki spektakl obejrzeć jeszcze raz zawsze warto. Nieco zmienione intro do pierwszej litanii i drobne różnice w litanii szóstej (w stosunku do koncertu, na którym byłem wcześniej) nie zmieniły nic w odbiorze muzyki. Rozbawił mnie natomiast jeden z fanów, który podczas adoracji świętego obrazu Matki Boskiej wyciągnął do góry swój obraz i w ślad za ruchami wokalisty pokazywał go publiczności. Reasumując, ten teatr mógłbym oglądać chyba w nieskończoność.

Ostatnim punktem środowego programu był koncert Wolves in the Throne Room. Ale ani późna godzina, ani zmęczenie nie odebrały mi przyjemności słuchania Amerykanów. I mimo że nie znałem wcześniej ich twórczości, to kupili mnie od pierwszego kawałka. Melodyjny black, trochę progresji i fundament z ostrej połajanki to było to, czego trzeba mi było na dobranoc.

Brutal Assault 2017 – dzień pierwszy

Czwartek na szczęście nie był tak naćkany koncertami, które musiałem zobaczyć, dzień zacząłem więc leniwie. Do południa trochę grzebania w gruzie, trochę pogaduszek ze znajomymi i tylko Nervosa zdołała ściągnąć mnie pod scenę. Choć w trashu nie gustuję, to damskie trio z Brazylii naprawdę wprawiło mnie w osłupienie. Poziom energii bijącej z desek na dzień dobry osiągnął zenit, wokale Fernandy budziły podziw, a ściana dźwięku wcale nie wskazywała, że na przeciwko znajdują się trzy wątłe istoty. Wątłym nie można było stać pod sceną, gdyż moshpit wyraźnie odzwierciedlał to, co wyprawiały dziewczyny.

Po dłuższej przerwie przyszło mi zmierzyć się z Arkoną (tą bardziej znaną z Rosji). Piszę „zmierzyć”, gdyż pobieżna znajomość kapeli (te folkowe szyldy strasznie zniechęcają mnie do słuchania) pozwoliła mi przypuszczać, że przez kolejną godzinę będzie przaśnie, swojsko i rubasznie. I faktycznie było, ale może na dwóch lub trzech kawałkach, które godnie i z humorem przyjąłem na klatę. Ale pozostała część wstępu… No szok! Charyzma Maszy, jej bezkompromisowy wokal i świetne brzmienie pozostałych muzyków wycisnęły na mojej twarzy niemałych rozmiarów uśmiech na tyle duży, że pomimo faktu, że odgrażałem się znajomym, że w połowie koncertu idę się odchamić przy Great Old Ones, to skończyło się jedynie na pogróżkach.

The Great Old Ones znam od niedawna i to wyłącznie dzięki ich ostatniej płycie, i bardzo chciałem zapoznać się z pozostałą częścią twórczości Francuzów. I to, co chciałem, udało mi się zobaczyć. Energia na maxa, ściana dźwięku i wokal niczym tajfun  bez pardonu przeorały publikę na MetalGate. Nowoczesny black metal potrafi być świeży, nowatorski, a jednocześnie wciąż mocny i dobry.

Następnym punktem programu był oczywiście Samael. I choć widziałem tę kapelę już kilkukrotnie, to za każdym razem czerpię z ich koncertu masę przyjemności. Zarówno muzyka, jak i performance Vorpha i spółki w każdym wydaniu przypadają mi do gustu, tak więc ustawiłem się centralnie pod sceną i nastawiłem się na odbiór. Coś jednak poszło nie tak i dźwiękowo koncert mocno odstawał od tego, do czego przyzwyczaili mnie Szwajcarzy. Setlista opierała się na albumie Passage oraz Ceremony of Opposites, ale padły i pojedyncze perełki z Lux Mundi czy Solar Soul. Samael zaprezentował także dwa kawałki z nadchodzącego albumu Hegemony. Szkoda tylko, że kiepska jakość dźwięku odebrała mi możliwość weryfikacji, czy najnowsza odsłona legendy black metalu nadal pozostaje w świetnej formie.

A potem przyszedł czas na kulminację dnia drugiego. A zarazem kulminację festiwalu w ogóle. Cesarz Cesarzy, Imperator Imperatorów, Władca Władców! Zespół, na którym się wychowałem, od którego cała moja przygoda z black metalem się zaczęła. Stałem i zadawałem sobie pytania – czy będą tak dobrzy? Czy zagrają tak perfekcyjnie? Czy setlista będzie tą moją wymarzoną? Czy coś się zwyczajnie nie spieprzy, jak na Samaelu? Ale gdy na początek usłyszałem pierwsze dźwięki Ye Entrancemperium, wszystkie myśli spadły niczym okowy łańcuchów. Dźwięk był idealny, muzycy grali perfekcyjnie, a Ihsahn i Samoth nie odpuszczali nawet na sekundę. Nie będę wymieniał całej setlisty, ale wszystkie 10 utworów to były właśnie te kawałki, które chciałem usłyszeć. Bisowe Curse You All Men, I Am the Black Wizards i Inno a Satana to było istne szaleństwo. Muzycy na scenie zdawali się wychodzić z siebie, a publika na przemian wyła ze szczęścia, śpiewała wraz z wokalistą lub w osłupieniu wchłaniała dźwięki z głośników. I tylko stonowana scenografia zdawała się uspokajać ten armagedon. Ech, piękne to było wydarzenie, najpiękniejsze chyba na tym festiwalu. Panowie, dziękuję!

Wciąż oszołomiony przeszedłem na scenę orientalną, by posłuchać amerykańskiej Uady. Ludzi na dziedzińcu było tyle, że ciężko było się przemieszczać w ogóle, nie wspominając o dobiciu się w rejon sceny. Słuchaczom nie przeszkodził nawet padający deszcz i boję się pomyśleć, ilu jeszcze fanów zjawiłoby się na dziedzińcu, gdyby aura sprzyjała nieco bardziej. Niestety to nie pierwszy raz, kiedy zainteresowanie kameralnym koncertem na małej scenie przerosło oczekiwania organizatorów. Uważam że dla takich zespołów MetalGate byłaby znacznie bardziej odpowiednia. Co ciekawe zespół, który na swoim koncie ma zaledwie jeden album trwający 33 minuty, na Brutalu grał prawie godzinę! Trochę nie wiem jak to się stało, ale nikomu z pewnością się nie dłużyło. Wniosek z tego taki, że dobra dawka ostrego i surowego black metalu może być podawana bez końca.

Ostatnimi dwoma musikami był występ Rotting Christ na scenie Sea Shepherd i Mourning Beloveth na MetalGate. Niestety zmęczenie materiału, średnio sprzyjająca aura pod postacią coraz mocniejszego deszczu i perspektywa pozostania na terenie festiwalu przez kolejne prawie trzy godziny skłoniły mnie finalnie do odwrotu. Niemniej jednak z zasłyszanych opinii wywnioskowałem, że Rotting Christ w pełni zasłużył na duża scenę i miano jednego z headlinerów tegorocznego festiwalu. Natomiast kolega, który mężnie pozostał na stanowisku do samego końca następnego dnia po prostu kazał mi kupić ostatnią płytę Mourning Beloveth Rust&Bone, co też niezwłocznie uczyniłem. I srogo pożałowałem, że nie zostałem jednak na koncercie Irlandczyków.

Brutal Assault 2017 – dzień drugi

W piątek Pan Bóg nie wytrzymał i postanowił ukarać „swoje czarne owieczki” (jak to mawia Big Boss) i spuścił na teren Józefowa istną nawałnicę. Do południa lało jak z cebra, a wczesnym popołudniem rozpętała się taka burza, że na poszczególnych scenach pojawiły się problemy z zasilaniem. Natomiast grający na Jagermaistrze Sacred Reich w ogóle na pół godziny musieli uznać wyższość natury i przerwać występ. Ja na szczęście nie miałem tego dnia zbyt wiele do roboty, a moje plany rozpoczynał dopiero grający po 16 zespół Graveworm.

Tyle że jakoś mnie to czterdzieści minut z Włochami nie przekonało. Było nijako, nie mogłem złapać fali, na której nadawali muzycy, aż w pewnym momencie zacząłem ukradkiem kukać na sikora. A przecież lubię ich muzykę i mam w domu większość ich dyskografii. I na dodatek często jej słucham. Ponieważ jednak obiektywnie nie dopatrzyłem się w Gravewormowym show jakichś skandalicznych niedoróbek, rozdźwięk pomiędzy oczekiwaniami a faktami złożyłem na karb wczesnej godziny, układu gwiazd i skomplikowanego związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy śniadaniem, obiadem i panią, która nalewała mi piwo.

Potem znów nastąpiła przerwa i znów chowaliśmy się przed gniewem Wszechmogącego, gdyż niebo raczyło zzielenieć ze złości (dosłownie) i spuściło nam kolejny wodny łomot. Kręciłem się już jednak blisko MetalGate, gdyż miał tam wystąpić francuski projekt Igorrr, którego występu nie chciałem przegapić za wszystkie garnce ze złotem tego świata. Nie ja jeden, gdyż w namiocie zameldowała się taka ilość ciżby, że ciężko było o jakiekolwiek sensowne miejsce. I nic dziwnego, gdyż to, co pokazali Francuzi zatrzęsło konstrukcją sceny bardziej niż wcześniejsza burza. Ci goście (i kobieta) grają muzykę tak niesamowitą, tak energetyczną, tak prawdziwą i tak szczerą, że absolutnie nie da się przejść koło niej bez wyraźnych oznak obłędu w oczach. Ja po raz pierwszy i jedyny na tym festiwalu zapomniałem o aparacie w ręce i plecaku pełnym obiektywów, i puściłem się w wir tego wszystkiego, co działo się wszędzie, gdzie dochodził dźwięk Igorrra. A jak zagrali ieuD, to oszalałem. A dookoła mnie cała publika, która bez bisu nie dała zejść muzykom ze sceny. Słodki Jezu w galarecie co to był za koncert. Koncert życia chyba.

Na MetalGate zatrzymałem się tego wieczoru na dłużej, gdyż żadna z dużych scen nie oferowała niczego powalającego. Za to w przyjemnej zadaszonej i nieco dusznej atmosferze przysłuchałem się poczynaniom Swallow the Sun i God Is an Astronaut. I choć obie kapele przedstawiły naprawdę przyjemny i dający odpocząć uszom materiał, z oczywistych powodów nie wywarły aż takiego wrażenia jak Francuzi.

Krótki przeskok na dużą scenę dobrze mi zrobił i rozruszał przed daniem koronnym piątkowego wieczoru, które to organizatorzy zaplanowali na godzinę nieludzką, czyli drugą w nocy. Einherjer wprowadził nieco życia w moje uszy i żyły, a Panowie głównie skupili się na swoim ostatnim, jak do tej pory, wydawnictwie. Niestety nie doczekałem ani genialnego Far Far North, ani jeszcze chyba lepszego Ironbound, gdyż rączym kłusem ze zwinnością kuny i lekkością traszki pognałem z powrotem na MetalGate.

Nic dziwnego, że pomimo szatańskiej godziny siły wstąpiły we mnie niczym w młodego źrebaka. Na scenie miał wystąpić mój absolutny faworyt i niekwestionowany król post blacka. W Der Weg Einer Freiheit zakochałem się już kilka lat temu, byłem na wszystkich odbywających się w pobliżu koncertach, a dyskografię mam więcej niż w komplecie. A i tak czekałem na ten występ jak na wniebowstąpienie.

Na szczęście Nikita i spółka nie wzięli sobie do serca późnej, a w zasadzie to już prawie wczesno porannej godziny o jakiej przyszło im wystąpić. Również publika zwaliła do namiotu chyba w komplecie. Muzycy zaserwowali prawie godzinną mieszankę utworów z najnowszej płyty Finisterre oraz z poprzednich Stellar i Unstille. I zrobili to po prostu fenomenalnie. Grali z pasją i uczuciem, w każdy dźwięk wkładali całe serce i duszę, a klimat mimo zadaszenia był iście niebotyczny i astronomiczny. Odkąd poznałem Nikitę i jego twórczość, wciąż się zastanawiam, czy on rzeczywiście daje słuchaczom swoją muzyką duszę na wyciągniętej ręce, czy tylko tak dobrze udaje, ale tego wieczoru zrobił to znowu. A ja znowu stwierdziłem, że nie ma – po prostu nie ma zespołu nad Der Weg Einer Freiheit.

Brutal Assault 2017 – dzień trzeci

Ostatni dzień festiwalu zacząłem bardzo, ale to bardzo późno. Ostatnie przerzucenie gruzu przerwał dopiero występ Decapitated o godzinie prawie 17:30. Ale opłaciło się wyjść z tych wszystkich „sidików” i winyli, gdyż krajanie zagrali genialnie. Już ich najnowsza płyta Anticult wskazała wyraźnie, że Rasta i Vogg są w szczytowej formie i ten koncert tylko otworzył oczy niedowiarkom. Energia wokalisty, technika gitarzysty i potężne blasty Łysejki wprawiały tłum w osłupienie. No, może nie wszystkich, gdyż spory tłumek pod sceną poszedł w ostre tango, a towarzyskim tańcom nie było końca. Podobnie jak rok temu podczas koncertu Behemotha, tak i tym razem stałem dumny z tego, że mamy tak świetnych muzyków.

Kolejny koncert miał być dla mnie przeżyciem pokoleniowym, gdyż wielki Tiamat miał po latach w całości zaprezentować swój najpiękniejszy bodaj album Wildhoney. Tyle że lider wszedł na scenę kompletnie pijany albo naćpany. Gubił wątki, powtarzał wersy, mylił się co chwilę, a resztki nastroju niszczył głupimi gadkami i żenującym zachowaniem pomiędzy utworami. A szczytem wszystkiego było to, że zapomniał o ostatnim kawałku (którym na tym koncercie miał być The Sleeping Beauty) i po Pocket Size Sun po prostu rozwalił gitarę. Dopiero po krótkich nerwowych dyskusjach poleciały dźwięki z Clouds, ale już bez jednej gitary. Nie pomagały gwizdy z widowni i upomnienia pozostałych muzyków. Tiamat zszedł ze sceny w smrodzie kompletnej żenady. Szkoda, że tym głupim zachowaniem zbrukali coś, co było i nadal jest dla mnie świętością.

Za to późniejszy lineup nie pozwolił mi na rozmyślanie o fatalnej wpadce Tiamatu. Przelatując pędem pomiędzy MetalGate  – Tsjuder bez owijania w bawełnę pokazał co to znaczy prawdziwy norweski black metal, czym w mojej ocenie zasłużył sobie na miano herosów, a Sea ShepherdAmorphis w nowożytnym wydaniu to klimaty zupełnie przeze mnie nieprzyswajalne – i znów MetalGate Furia, choć technicznie świetna, to repertuarowo wypadła jakoś niewyraźnie i nie poderwała tłumów, a szkoda, gdyż Nihil i predyspozycję, i repertuaru ma na tyle, że z łatwością mógłby całe MetalGate ruszyć z posad.

Aż w końcu nadeszła godzina zero i to prawie literalnie, a ze sceny powiało trupim chłodem. Tak, to Mayhem, który miał nam zagrać swój debiutancki i chyba najlepszy album De Mysteriis Dom Sathanas. Choć tak naprawdę ja akurat nie mogę obiektywnie oceniać tej płyty. W końcu na niej się wychowałem i między innymi od niej zacząłem słuchać black metalu. Nad muzykami zawieszono wielki rysunek okładki płyty, który potem zamieniony został na podobizny muzyków (te z samego krążka). Klimat i podkład pod muzykę był fenomenalny. Muzycy w habitach z głębokimi kapturami, tabernakulum i trupie posągi uwypuklały genialnie wartość muzyczną. A taki album na żywo… to był najprawdziwszy black metal ze wszystkiego, co usłyszałem na tegorocznym Brutalu. Dokładnie taki, który od ponad dwóch dekad nie opuszcza mojej głowy. Panowie, chapeau bas!

Brutal Assault 2017 – dzień czwarty

I tym mocnym uderzeniem zakończyłem swój pobyt w Jaromierzu. Tegoroczny Brutal Assault dzięki naprawdę mocnemu lineupowi był chyba najlepszym z możliwych i obawiam się, że przebić go będzie ciężko. Zresztą poza stroną muzyczną w tym roku wszystko podobało mi się bardziej niż na wcześniejszych festiwalach. Jedno mnie tylko nachodzi przemyślenie. Dlaczego do cholery program festiwalu układany jest tematycznie? Przed południem (w wielkim uproszczeniu) grindcory, potem trash i death, a black wieczorem i w nocy? Dlaczego prawie codziennie do godzin wczesno-wieczornych snułem się pomiędzy stoiskami i tylko od czasu do czasu kukałem na sceny? A za to w nocy kilkukrotnie musiałem być na dwóch scenach jednocześnie? Zapewne podobne odczucia mają fani pozostałych gatunków muzycznych. Nie da się tego jakoś rozrzucić tak, żeby gatunki przenikały się przez cały dzień i pozwoliły na spokojne przesłuchanie wszystkich „must see” kapel bez latania z wywieszonym jęzorem o głodzie i chłodzie? No przecież, że się da…

I tego właśnie będę oczekiwał po Brutalu przyszłorocznym, na który się oczywiście wybiorę, bo to i tak najlepszy festiwal w roku. Tyle w temacie!

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .