Castle Party – Bolków (13 – 16.07.2017)

Tegoroczna edycja bolkowskiego Castle Party była już dwudziestą czwartą w historii, a moją zaledwie szóstą. Niemniej jednak tym razem postanowiłem po raz pierwszy nieco wyluzować i spędzić go bardziej towarzysko i rodzinnie niż stricte koncertowo.

Ale taki też jest właśnie ten festiwal. Jest to jedyne chyba wydarzenie muzyczne, w czasie którego nie kłóci się kontemplowanie muzyki i odpoczynek z najbliższymi. Sam nie wiem, czy sprawia to magiczne miejsce pod postacią Bolkowa, czy genialna organizacja festu. Tak czy siak magia Castle Party działa.

Mimo mojego luźnego nastawienia, organizatorzy nie dali w tym roku żadnej taryfy ulgowej. Lineup był tak naszpikowany ciekawymi zespołami, że wypadało pojawić się już na początku pierwszego dnia i zostać na Dolnym Śląsku do samego końca festiwalu. Otwarcie imprezy fundował nam bowiem rodzimy Stelarius – ciekawa propozycja dla kogoś niekoniecznie nastawionego na brzmienia stricte elektroniczne. Mnie w czwartek interesowały jeszcze belgijski Star Industry i Sweet Ermengarde. I wszystkie te trzy występy zaprezentowały się w byłym kościele ewangelickim (który nota bene w najbliższym czasie przerobiony zostanie na bibliotekę miejską i przyszłoroczne koncerty nie odbędą się już w tym jakże klmatycznym miejscu) naprawdę bez zarzutu.

Piątek był już dniem pod pełną parą, gdyż poza kościołem podwoje swoje otworzył bolkowski zamek. Był także jak zwykle najbardziej „moim” dniem, a to za sprawą death blackowego zestawu kapel, które jak każdego castlepartowego piątku opanował kościół. I choć In Twilight’s Embrace, Ulcer, Blaze of Perdition i genialny Absu dosłownie wgniotły w ziemię fanów muzyki zdecydowanie nie-gotyckiej, to jednogłośnie najlepszy występ zaliczył czeski projekt Postcards from Arkham. Ten początkujący, grający coś na kształt atmosferycznego post metalu zespół po prostu wprawił mnie w osłupienie. Poznałem ich na zeszłorocznym Brutal Assault i mniej więcej wiedziałem, czego się spodziewać, ale znane mi z płyty kawałki na żywo zabrzmiały jeszcze lepiej. Brawo!

Ponieważ tego dnia moją główną pożywkę stanowili kościelni bezczeszczelnicy, na zamek wybrałem się dopiero na pierwszą wielką gwiazdę tegorocznego CP – rosyjską Arkonę. Masza i spółka zaprezentowali się zdecydowanie ponad moje oczekiwania i przyćmili kończący piątkowy wieczór Diary of Dreams. Co nie oznacza, że Duńczycy zagrali kiepsko. Po prostu Arkona kojarzona przeze mnie z rubasznym karczemnym folk metalem pokazała się ze zgoła innej strony. Ostry growl, szybkie gitary i perkusja tylko od czasu do czasu ustępowały miejsca piszczałkom i dudom. I to chyba dzięki temu show Rosjan wywarł na mnie aż takie wrażenie.

W sobotę czekałem tylko na jeden koncert, ten ostatni na scenie zamkowej. Jako nastolatek moje muzyczne wychowanie opierało się w pewnym okresie głównie na My Dying Bride i na Tiamacie, a organizatorzy te właśnie dwa zespoły zaprosili na tegoroczny festiwal jako headlinerów. W związku z powyższym bez zbytniej napinki podelektowałem się rodzimym Them Pulp Criminals, nieco podobnym do Criminalsów duetem Rome i belgijskim Suicide Commando, które było bardzo dobrym zaostrzaczem apetytu przed mającym w niedzielę wystąpić H.EXE.

Ech, jakąż ucztą był dla mnie nocny występ brytyjskich królów doom metalu. Pomimo faktu, że z ich muzyką pożegnałem się już dawno temu, genialne show oraz muzyka słyszana i widziana na żywo obudziła we mnie wszystkie wspomnienia sprzed ponad dwóch dekad. Kto by pomyślał, że po dwudziestu pięciu latach grania Aaron i spółka nie stracili nic ze swojej świeżości. Organizatorzy Castle Party – dziękuję Wam za tę ucztę!

Ostatni dzień miał znów być teatrem jednego aktora – szwedzkiego Tiamatu. Przedtem jednak ustawiłem się pod drzwiami kościoła, by po raz kolejny usłyszeć w Bolkowie rodzimy electro black metal w wykonaniu H.EXE. Ci to nie zawodzą. Czy duża scena zamkowa, czy mniejsza w kościele – Odo i spółka miotają dźwiękami niczym Zeus gromami. I nie zapominają o żadnym ze swoich największych hitów. Brawo!

Jako się rzekło, w Bolkowie po prostu trzeba było zostać do końca. I choć wbrew pogłoskom Szwedzi z Tiamat nie przedstawili całego Wildhoney, to i tak podobnie jak My Dying Bride na jedną magiczną godzinę przenieśli mnie w czasie o przynajmniej dwie dekady. Piękne to było wydarzenie, za które organizator tegorocznego Castla powinien dostać jakiś medal.

Tak to pokrótce wyglądało. Jak zwykle świetna organizacja, świetny lineup, znajomi i niezła pogoda pozwoliły mi na spędzenie genialnych czterech dni w tej zabitej dechami mieścinie. I choć gotycki rock nie jest może moim ulubionym gatunkiem muzycznym, to Castle Party wciąż pozostaje moim ulubionym festiwalem. Dziękuję i już czekam na to, co przygotowujecie dla nas w przyszłym roku.

Latest posts by Maciek Masta (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , .