Desertfest – Berlin (28-30.04.2017)

Przez kilka lat istnienia desertfestowa franczyza urosła do rangi najważniejszej imprezy w kategorii „doom/stoner”. Oczywiście, pomogła roadburnowa wolta w stronę metalu i eksperymentalnych dźwięków. Co nie znaczy, że nie ma w tym zasług organizatorów DesertFestów. Londyńska edycja rok w rok robi wrażenie line-upem, w którym zawsze znajdują się ekskluzywne koncerty artystów często ściąganych z drugiego końca świata i cała czołówka sceny. Berlińska wersja prezentuje się trochę skromniej, ale każda edycja przyciąga rzesze fanów, których wspólna charakterystyka zawiera brody, naszywki, szklisty wzrok zwężonych źrenic i przekrwionych oczu. Sam wybierałem się na festiwal przez kilka lat, ale na planach się kończyło. Tym razem udało się dotrzeć do Berlina.
Na festiwalowych weteranach line-up być może nie robił wielkiego wrażenia, ale mimo to był strzałem w dziesiątkę. Chociaż Niemcy to łatwy rynek, to jednak żaden kraj w Europie nie ma tak napiętego kalendarza metalowych i okołometalowych festiwali, więc fakt wyprzedania tegorocznego DesertFestu, jeszcze przed ogłoszeniem pełnego line-upu, to duże osiągnięcie. Nic dziwnego, skoro na czterech scenach festiwalu znalazło się miejsce dla gigantów gatunku Sleep i Saint Vitus, legendarnego wokalisty Johna Garcii, dawno niesłyszanego Lowridera, kultowej Bongzilli, czy zdobywających coraz więcej zwolenników Mars Red Sky i Sumy. Ten miks uzupełniało kilka solidnych, „młodych” ekip jak eklektyczne i bluesowe The Devil and the Almighty Blues, Elephant Tree, czy psychodelicznie kosmiczne Cosmic Dead.
Charakterystyczna dla berlińskiego DesertFestu jest wszechobecna atmosfera squaterskiego DIY, którą potęgował jeszcze fakt, że właściwie do ostatniego momentu nie wiedzieliśmy, kto wypełni wszystkie dziury w rozkładzie, które powstały po odwołaniu koncertów m.in. Stoned Jesus i Farflung. Także kluby, w których mieszczą się festiwalowe sceny – Astra, Badehaus i Cassiopeia – mieszczą się w dawnych zabudowaniach kolejowych, a główna scena to dawny kolejowy dom kultury z czasów, gdy w tej części Berlina było NRD, co dodatkowo w buduje ten specyficzny klimat
Wydawałoby się, że to idealne miejsce dla sludge’owych entuzjastów zielonego dymu z Bongzilli. Otwierające główną scenę festiwalu amerykańska formacja zaprezentowała się poprawnie. Z jednej strony wszystko się zgadzało. Aromatyczny dym lał się ze sceny, doprawiając tłuste riffy i nie mniej tłuste brzmienie. Z drugiej brakowało w tym pierwiastka narkotycznego szaleństwa, którego oczekuje się od zespołów tego rodzaju. Duża scena nie posłużyła też pionierom doom metalu z Saint Vitus. Od strony instrumentalnej nie mieli sobie nic do zarzucenia, nawet wypożyczony z Down basista Pat Bruders radził sobie znakomicie. Problemem był wokal. Z powodu niejasnej sytuacji wewnątrz zespołu, po tym jak etatowy wokalista, Wino, dostał zakaz wjazdu do Europy, gdy przyłapano go na posiadaniu metamfetaminy, obecnie Saint Vitus występuje z pierwszym wokalistą, Scottem Reagersem. Zastępczy frontman na scenie wykonywał coś, co przypominało… taniec świętego Wita. Między nim a muzykami wyraźnie brakowało chemii. Reagers skręcał w stronę bardziej heavy metalu, gdy reszta składu zostawała przy posępnym doom metalu. Chociaż to może tylko ja urodziłem się za późno.
DesertFestu nie opanowało jednak żadne fatum głównej sceny. W sobotę honor uratowali Francuzi z Mars Red Sky. Zespołu wyjątkowego, który w gąszczu identycznych epigonów klasyków gatunku potrafi zachować świeżość i mityczną w dzisiejszej muzyce oryginalność. W niezwykły sposób żonglują klasycznie sabbathowskimi riffami, psychodelicznymi melodiami, stonerowym brzmieniem, dodając   do tego charakterystyczny, wysoki wokal. Niestety, trio musiało zakończyć koncert 15 minut wcześniej z powodu kontuzji basisty, któremu zablokował się nadgarstek.
Także grająca na własnym boisku berlińska Samsara Blues Experiment pokazała jak wykorzystać przewagę dużej sceny. Muzycy zrezygnowali z retro-rockowego image’u zastępując go narkotyczno-psychodelicznym klimatem, jednocześnie nie zostali przy potężnym przestrzennym brzmieniu.
Po czterech latach na DesertFest powróciła szwedzka formacja Lowrider, zespół o statusie już niemal kultowym. Chociaż nigdy oficjalnie nie zakończyli działalności, przez 10 lat nie podejmowali żadnych aktywności. Lata temu o ich debiutanckim i jedynym albumie pisano, że „najbardziej przekonujący klon Kyuss”. W tej kwestii nic się nie zmieniło. Lowrider w sposób idealny potrafi odtworzyć klimat kalifornijskiej pustyni. Dodając do tego górę piaszczystej energii i ogromny dystans do siebie. Wokalista i basista, Peder Bergstrand swój kontakt z publicznością budował poprzez autoironiczne żarty na temat powstającej od 14 lat drugiej płyty grupy.
Największą „atrakcją” festiwalu były oczywiście występy headlinderów poszczególnych dni. Oprócz Saint Vitus były to kolejne legendy – John Garcia i Sleep. Pierwsze było amerykańskie trio, autorzy doomowo-stonerowego opus magnum „Dopesmoker” to poziom, który dla wielu artystów z gatunku jest po prostu nieosiągalny. Przez 27 lat nie stracili nic ze swojej buntowniczej zadziorności i doomowego mistycyzmu. Dwie zupełnie różne osobowości Ala Cisnerosa i Matta Pike’a kontrastują ze sobą tworząc wybuchową i piekielnie energetyczną mieszankę masywnych, agresywnych riffów, psychodelicznie melodyjnych i  atmosferycznych wokali. Wszystko jest płynne, spójne i perfekcyjnie ciężkie. „Holy Mountain”, „Sonic Titan”, „Dragonnaut”, „Aquarian”, „From Beyond” i fragmenty „Dopesmokera” podane w formie narkotycznych wizji, to niepowtarzalne przeżycie dla każdego fana doomowego stonera. Usłyszeć jak Al Cisneros śpiewa ikoniczne „Drop out of life with bong in hand / Follow the smoke toward the riff filled land / Drop out of life with bong in hand / Follow the smoke toward the riff filled land” i zobaczyć, Matt Pike stoi wygięty w łuk i swoim firmowym ruchem atakuje struny gitary. Bezcenne.
John Garcia sporo mówił ostatnimi czasy o swojej karierze, statusie i jak bardzo ma to gdzieś (wywiad na ten temat już wkrótce na Kvlt.pl). Słusznie. W ostatnich latach działalność artystyczna Johna Garcii i jego byłych lub obecnych kolegów z zespołu budziła wiele kontrowersji. Debatowano, czy jest sens, żeby wokalista ze swoim składem odtwarzał utwory Kyuss. Sam miałem wątpliwości. I już ich nie mam. John Garcia pokazał, że nadal potrafi być tym samym kolesiem, który mieszkał z kumplami na pustyni i nagrywał najważniejsze albumu w historii stoner rocka. Pustynny klimat i kalifornijski luz wylewały się z każdego numeru w przekrojowym secie złożonym z utworów Kyuss, Hermano i solowych. Czego by nie mówił o swoim podejściu do muzyki, widać, że daje mu ona dużą radość i satysfakcję, a on sam jest w rewelacyjnej formie, także wokalnej.

Na DesertFest były też trzy inne sceny. Jedna z nich mieściła się w foyer Astry i została nazwana bardzo oryginalnie – Foyer Stage. Ten pomysł mógł budzić pewne obawy, ale szybko okazywało się, że nieuzasadnione. Okazała się jednym z mocniejszych punktów festiwalu. The Devil and the Almighty pokazali, że ich rzadki dziś talent do pisania świetnych kawałków i równie dobrych piosenek łączy się z umiejętnościami grania niezapomnianych koncertów. Norwegowie pokazali, że można pochodzić z Oslo, a na koncertach (i płytach) stworzyć atmosferę, jakby całe życie spędziło się na bagnistych bezdrożach Luizjany lub pędząc bimber na zboczach Appalachów. Z produkcją bimbru zaznajomieni są panowie z Pontiak. Trzech braci, którzy faktycznie pochodzą z Appalachów, wykonuje jedną z najciekawszych muzycznych mieszanek łącząc ze sobą acid rock, stoner, indie, neo-psychodele, hippisowski rock z lat 60., proto-metalowe brzmienie i progresywnego rocka. Na scenie zamieniają to wszystko w perfekcyjnie skrojony mix. Bez słowa wyprowadzając potężny, koncertowy cios. Solidną dawką doomowego ciężaru i przytłaczającego riffu był występ Sumy. Szwedzka ekipa walcowatym brzmieniem rozjechała zmysły wypełnionego po brzegi foyer. Szalona jazda machiną, którą dopiero co wyłoniła się z cuchnącego szlamu. Brak kompromisów i żadnych jeńców, a kościoły niech płoną. Kompromisy nie interesowały też The Cosmic Dead. Szkoccy jeźdźcy psychodeli to jedna z tych grup, które na scenie bawią się równie dobrze, co ich publika pod. Koncertują w formie niezwykle intensywnego, psychodelicznego jammowania, w którym nigdy nie wiadomo, który z członków zespołu będzie odgrywał główną rolę. Encyklopedyczna definicja muzycznego i narkotykowego tripu.

Jedyną wadą najmniejszych scen DesertFestu był fakt, że trudno było się na niej dopchać. Kolejki ustawiały się często jeszcze przed koncertem. Najgorzej było w Cassiopeii, w której uczestnicy koncerty gotowali się nie tylko z zachwytu. Mimo wszystko warto było tam zajrzeć i sprawdzić mało odkrywczych, ale bardzo sprawnych doom-stonerowców z Elephant Tree, czy kosmicznych pionierów z Yuri Gagarin
Nieco lepiej przedstawiała się sytuacja w Badhaus. Amerykanie z Ruby the Hatchet połączyli retro-rockowe melodie i brzmienie z doomowym ciężarem. Wyszła z tego mieszanka doskonale znanych elementów podane w dosyć oryginalnej formie, która sprawdza się lepiej na żywo niż w formie studyjnej. Mieszać lubią także muzycy berlińskie Wight, którzy do vintage’owej psychodeli inkorporują elementy kalifornijskiego stonera i funku. Niestety, kreatywności starczyło im na dwa, może trzy numery. Być mało kreatywnym w muzyce też trzeba umieć. Wiedzą o tym muzycy Death Alley z Holandii. Perfekcyjnie odtwórcza kalka proto-metalowych dźwięków rodem z płyt Thin Lizzy i doskonała kopia największych klasyków NWOBHM. Wszystko to znam na pamięć, ale mimo to słucha się tego z niezwykłą przyjemnością.

Pomimo sprawnej organizacji dopiętej na ostatni guzik, DesertFest sprawia wrażenie chaosu. Zorganizowanego, ale jednak chaosu. Wszystko poprzez naturalną dla miejsca, ekipy i uczestników leniwą atmosferę radosnego DIY. Poruszając się po festiwalowych przestrzeniach można odnieść wrażenie, że wszystko dzieje się tam organicznie. Festiwalu nikt nie zaplanował. Po prostu tam jest i już. I wszystkim to pasuje, przynajmniej dopóki ze sceny ciężkim riffem sączy się narkotyczna muzyka, na stoisku z merchem niczego nie brakuje, joint jest zrolowany, a przybysze z południa dostarczają odpowiednich substancji psychoaktywnych.

 

Autorem relacji jest Krzysztof Zawistowski | doomsmoker.pl

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Latest posts by Piotr (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .