Dirkschneider, Raven – Warszawa (06.11.2017)

Ileż to razy czułem się zniesmaczony kolejnymi i kolejnymi pożegnalnymi trasami jakiejś przebrzmiałej rockowej ikony, która gdyby chciała przypomnieć sobie swoje najlepsze lata, musiałaby sięgnąć po kolejne i kolejne opakowanie lecytyny. Ale prawda jest taka, że są artyści, którzy swoimi ogłoszeniami o „ostatniej trasie” wywołują u mnie zgoła odmienne uczucia, balansujące gdzieś na pograniczu gęsiej skórki z podekscytowania i tlącej się iskierki nadziei, że słowo „ostatni” poprzedza tak naprawdę dopisany atramentem sympatycznym przedrostek „przed”. Takież właśnie emocje towarzyszyły mi w marcu ubiegłego roku, kiedy gnałem do warszawskiej „Progresji” na koncert Udo Dirkschneidera. Legendarny niemiecki wokalista co prawda nie decydował wówczas o muzycznej emeryturze, lecz sprawa była niemniej poważna, bowiem postanowił rozprawić się ostatecznie z repertuarem swojej macierzystej kapeli Accept, zamykając tym samym pewien rozdział w swoim życiu. Dwuipółgodzinny gig plasuję po dziś dzień na swoim osobistym podium – nie ukrywam, że łezka w oku się zakręciła na myśl, że to już ostatni słyszany przeze mnie Metal Heart w oryginalnym wykonaniu… Lecz oto stało się coś nieoczekiwanego: sukces tournee spowodował odroczenie egzekucji i przedłużenie trasy Farewell to Accept na kolejny rok. Kiedy tylko ogłoszony został powrót Udo do „Progresji” wiedziałem, że nie może mnie tam zabraknąć!

Rozgrzewkę, zebranym na parkiecie fanom hard’n’heavy, zorganizować miało trio z Raven. Tym, którym nazwa niewiele mówi, zdradzę tylko, że to właśnie ich supportowała Metallica, podczas swojej pierwszej amerykańskiej trasy Kill ‚Em All Tour w latach 1983/84. Dziś weterani z Newcastle mogą poszczycić się już 43-letnią historią, z której – jak na support – zaprezentowali nam i tak sporą cząstkę. Zabrzmiało w sumie dwanaście bardzo energicznych utworów, których nawet wykonanie na siedząco wymagałoby wylania z siebie siódmych potów. Tymczasem braciom Gallagher sceniczna stagnacja ani była w głowach. Zwłaszcza gitarzysta Mark był żywym dowodem tego, że metryczka jedno, a rock’n’roll drugie – wijąc się po scenie jak w ukropie, wciągał do gry jednego fana za drugim. Resztę rozgrzewki dopełniły chwytliwe refreny, m.in. w All For One, Rock Until You Drop czy On and On. Mięśnie wprowadzone zostały we właściwy rytm – ode mnie duży plus!

Pół godziny później, na scenie pojawiła się główna gwiazda wieczoru, Udo Dirkschneider, wspierany przez muzyków ze swojej solowej formacji. Każdy, kto miał okazję partycypować w ubiegłorocznym warszawskim koncercie, od początku poczuć mógł najważniejszą zmianę pomiędzy ostatnim i bieżącym występem Udo. Przy pierwszym pożegnaniu zaprezentowana została – ni mniej, ni więcej – składanka największych hitów Accept, i to w oparciu o sześć krążków wydanych do 1986 roku (wyłączając premierowy Accept z 1979 roku). Tym razem w podstawowym secie Udo postanowił odejść od „klasyki totalnej” i w głównej mierze sięgnąć do dorobku z czasów po Russian Roulette, a ściślej – do trzech nagranych w tym okresie albumów z jego udziałem: Objection Overruled (1993), Death Row (1994) oraz Predator (1996), z których zabrzmiało w sumie osiem z piętnastu kompozycji. Czy to dobrze, czy źle? Osobiście byłem rad, że wzbogaciłem swoje koncertowe wspomnienia o kilkanaście nowych utworów Accept z oryginalnym – i trzeba to powiedzieć wprost – wciąż bezbłędnym, przeszywającym na wskroś i niesamowicie charyzmatycznym wokalem Udo. Z drugiej strony wśród publiki dało się wyczuć rosnące z każdym numerem oczekiwanie na hity pokroju Midnight Mover, Restless And Wild czy T.V. War, które jednak nie miały tego wieczoru nadejść, oraz wyraźne ożywienie przy starszych klasykach, głównie z płyty Russian Roulette, takich jak numer tytułowy, czy przede wszystkim Aiming High i Another Second To Be. Nie zaryzykowałbym więc stwierdzenia, że większość gości opuszczała salę z poczuciem spełnienia. Jeszcze à propos publiki, nie dość, że chwilami pozostawała nieprzyzwoicie statyczna, to jeszcze była nieliczna. Doprawdy bez większych obaw można było w połowie koncertu opuścić miejsce pod barierkami i wyjść „na dymka”, po czym dokładnie w to samo miejsce powrócić. Smutne, zważywszy na to jaka persona, i jakim stylem prezentowała się nam tego wieczoru. Dodam tylko, że w ramach tegorocznej jesiennej europejskiej trasy Udo zaplanowano aż cztery koncerty w Czechach – trzy spośród nich, które już się odbyły, były wyprzedane na długo przed występami. Podobnie zresztą za naszą południową granicą było rok temu, kiedy po trzech nabitych po brzegi koncertach, Udo zdecydował się spontanicznie dołożyć do swojego kalendarza jeszcze jedną imprezę w Brně. Jaki z tego morał? Są miejsca na tym ziemskim łez padole, gdzie stary dobry rock’n’roll ma się stale bardzo dobrze i ani mu w głowie umierać. Ino szkoda, że w rodzimych realiach, w głowach słuchaczy ożywiać go czasem musi kroplówka, opatrzona inskrypcją „The Best Of”. Ech, zaniecham już może dalszych defetystycznych refleksji i powrócę do tego co działo się na scenie. Przyjemnym zaskoczeniem w repertuarze był wykonany pod koniec podstawowej setlisty numer X-T-C z płyty Eat the Heat, podczas nagrywania której za mikrofonem stał David Reece – bardzo miło, że Udo wolny jest od uprzedzeń dotyczących tego mniej znanego epizodu kariery Accept. Osobiście podobało mi się też zwolnienie tempa w połowie występu, w postaci następujących po sobie ballad Can’t Stand The Night oraz Amamos La Vida. Miód na uszy! Świetnie też bawiłem się, obserwując poczynania gitarowego duetu Andrey Smirnov – Bill Hudson. Ten ostatni, znany m.in. ze współpracy z Circle II Circle i Jon Oliva’s Pain, dołączył do składu dopiero z końcem marca, po odejściu „z powodów osobistych” Kasperi Heikkinena, i chociaż poziomem scenicznego poczucia humoru Finowi na pewno nie dorównuje (kto widział na scenie Heikkinena, ten wie, że to żadna ujma), to jego umiejętnościom nie można niczego zarzucić.

Maszyna pod szyldem Dirkschneider, w której skład wchodzą jeszcze syn Udo – perkusista Sven Dirkschneider oraz basista Fitty Wienhold zakończyła główny etap swojej jazdy numerem Russian Roulette, po których nastał czas na zadośćuczynienie wszystkim oczekującym szlagierów. Na bisy zabrzmiały aż cztery numery, rozciągnięte do granic możliwości i wydłużające występ o dobre pół godziny: Princess Of The Dawn, Metal Heart, Fast As A Shark, Balls To The Wall. Myślę jednak, że nikt nie poczułby się urażony, gdyby wydłużył się o pełne sześćdziesiąt minut. Partie charakterystycznych chórków z tych numerów rozbrzmiewały jeszcze pod Progresją kilkanaście minut po zakończeniu przedstawienia, co chyba jest najlepszym potwierdzeniem tego, o czym pisałem wcześniej w kontekście oczekiwań fanów. Co się tyczy moich oczekiwań, zostały spełnione nie tylko dzięki sekwencji wieńczącej całość. Bardzo doceniam fakt, że podczas dwóch epizodów pożegnalnej trasy było mi dane usłyszeć w sumie kilkadziesiąt utworów Accept, które dzięki wokalnej klasie Udo nawet po upływie trzydziestu i więcej lat brzmiały tak samo świeżo i porywająco. Jeśli pożegnanie wydłuży się na sezon trzeci, z mojej strony spotka się to tylko z acceptacją!

Autorem zdjęć jest Robert Świderski.

Tagi: , , , , , , , , , .