Doomsday #1: Groot, Mound, Struggle With God, Coat, ale już nie Tides Of Sulfur – Gdańsk (15.09.2017)

W piątek było zimno i za jasną cholerę nie chciało mi się wychodzić z domu, ale zebrałem w sobie tyle motywacji, ile byłem w stanie znaleźć pod łóżkiem i w innych zakamarkach, żeby jednak pojechać na stocznię. W końcu grali Tides of Sulfur, a całkiem niedawno miałem moment, w którym dość często słuchałem ich debiutanckiego długograja Extinction Curse.

No i pojechałem. Do Protokultury dotarłem w okolicach 19.30, bo chciałem „niechąco” pominąć grający jako pierwszy Groot. To była pierwsza rzecz tego wieczoru, która mi nie wyszła. Według rozpiski Groot miał zacząć o 19.00, a o 19.45 łomotanie miał zacząć Mound, który już widziałem na żywo i dlatego chciałem go zobaczyć ponownie, bo to naprawdę zacny band. Na miejscu jednak okazało się, że chłopaki z Tides of Sulfur dojechali na miejsce z Berlina z jakimś koszmarnym opóźnieniem, zamiast o 16 to o 19, próbę dźwięku mieli gdzieś dopiero około 19.20, więc tym samym wszystko się przesunęło. No i zobaczyłem Groot.

To był debiutancki koncert kwartetu i na taki wyglądał. Nie będę się pastwił nad chłopakami, każdy kiedyś zaczyna, a trzeba mieć jaja, żeby wyjść na scenę i zagrać swoją muzykę, co do której nigdy nie masz pewności, że się spodoba. Oni jaja mieli i wyszli na scenę. A w zasadzie wychodzili na nią ze cztery razy (bez schodzenia) – kilkakrotnie zaczynali koncert, nie do końca wiedzieli, czy już się skończył soundcheck, czy jeszcze trwa, choć to akurat spada na karb ogólnej organizacji koncertu (a ta z kolei, jak wszystko, posypała się przez obsuwę). Na dodatek nagłośnienie akurat na występie Groot szwankowało, w jednym z odsłuchów pierdziało coś tak mocno, że słyszałem to wyraźnie z końca sali, więc perkusiście (bo to chyba w jego odsłuchu działy się te czary) musiało urywać głowę. Mimo tego chłopaki i tak kręcili nosem na odsłuchy, przestawiali, kombinowali i marudzili, jakby chcieli sobie na scenie ukręcić studyjną jakość dźwięku. Przez to wszystko się dalej przeciągało. W końcu jednak zaczęli, zagrali swoje (3 albo 4 kawałki, trudno powiedzieć, bo ja też nie wiedziałem co jest próbą, a co koncertem). Publiczność mieli nieliczną, ale swoją, więc jakąś tam owację zebrali. Opis twierdził, że grają jakiś stoner, ale nie wszystko złoto co się świeci – nie każdy zespół, który opiera się na riffie i fuzzie jest od razu stonerowym. Póki co Groot nie podbił mego wybrednego serducha, ale jak pojawią się jakieś nagrania to chętnie po nie sięgnę, by zobaczyć, czy wokalista już zdążył się okrzesać.

Mound zainstalował się na scenie sprawniej, odsłuchy przestały pierdzieć, a kolejne piwo (kolejne, bo zdążyłem wypić ze trzy zanim cokolwiek na scenie zaczęło się dziać), zaczęło robić dobrze. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zbliża się w zasadzie najlepszy moment wieczoru, rozwleczony na dwa występy. Mound wyszli ze swoim doomem i post metalem i zajebali bardzo, ale to bardzo sprawnie. Trio lubi sobie pobłądzić, zaczyna od klimatów, których nie powstydziliby się choćby My Dying Bride, odbija się od nich w lekką psychodelię, kiedy Janek zmienia growle na chwilę na śpiew gardłowy, wpada znów w doomy a’la wszelkiego rodzaju Conany i Coughy, by zahaczając o stonery sfiniszować w pobliżu Cult of Luna albo Neurosis. Mieszanka inspiracji stojąca za Mound jest dość oczywista, ale wykonanie jest na tyle dobre, że warto chłopaków sprawdzić. Zresztą Mound jako jedyna (chyba) kapela tego wieczora bisowała, a ich set łącznie trwał godzinę. Nieźle, jak na drugi z pięciu zespołów na plakacie, nie?

Struggle With God kontynuowali dobrą passę imprezy nazwanej Doomsday #1. Wyszli sobie jakby beztrosko, basista rozsiadł się początkowo na podłodze, ale wygenerowali tak wściekłe ciosy, że czapki z głów. Nie wiem co zagrali – nie podam wam tytułów, bo ich ostatnią epkę Letarg owszem, znam, ale nie na tyle, by odróżnić poszczególne kawałki i wymienić tytuły. Ale to nawet nie ma znaczenia – Struggle With God to prawdziwy jad, ostatnio bardziej d-beat i zasyfiony sludgem black metal, niż cokolwiek innego, ale jakościowo i wykonawczo trio sprawia wrażenie, jakby wylazło z głębin piekła. Tak baj de łej, Mound i Struggle With God wydawali się dobrze zestawioną drużyną – jedni wolą grać wolniej i kombinować choćby z metrum, inni wolą przeć szybko i kombinować z techniką, przez co po dwóch setach słuchacz ma wrażenie, że już dostał, co chciał, i może iść do domu. Kiedy więc Struggle With God zeszli ze sceny (a dodam, że nie pierdolili się w jakieś pogaduchy, tylko załomotali swoje i pożegnali się), mnie też zaczął kiełkować pomysł ulotnienia się z Protokultury. Było zimno, późno, bo wszystkie obsuwy spowodowały, że datownik w zegarku już zmienił cyferkę, ja byłem zmęczony po tygodniu tyrki i odechciewało mi się wszystkiego.

Do pozostania na Coat zmotywowały mnie jedynie konszachty towarzyskie, ale większość występu Białorusinów przegadałem na zewnątrz. Kiedy wbiłem do sali zorientowałem się dość szybko, o co Coat chodzi – posępne, przeciągane do granic możliwości i zasyfione jak ulice po maratonie doomy nie wciągnęły mnie jednak. Na scenie działo się sporo, widać, że Coat występować lubi i potrafi, ku uciesze widzów (których akurat zbyt dużo pod sceną nie było, bo wszyscy stali na zewnątrz). Coat jest przykładem tego zespołu, który podczas koncertów przykłada większą uwagę do generowania odpowiedniej głośności, bo nie ma tutaj żadnych technicznych czy aranżacyjnych wygibasów (nawet biorąc pod uwagę, że kompozycje ekipy trwają po 20 minut). Wolumenem dźwięku, prostotą i powtarzalnością Białorusini chcą osiągnąć efekt psychodelii, ale na mnie to nie podziałało.

Kiedy wróciłem raz jeszcze na salę kilkanaście minut po koncercie Coat okazało się, że Białorusini dopiero ściągają swój sprzęt, a Tides of Sulfur dopiero się ładują na scenę. Było za trzy pierwsza, we mnie walczyło zmęczenie, wkurwienie faktem późnej godziny spowodowanej obsuwą, za którą nikogo na dodatek nie można winić, a poczucie obowiązku względem was i ToS. A potem stwierdziłem, że z tria wy, Tides of Sulfur i ja, najważniejszy dla siebie samego jestem ja, więc zamówiłem Ubera, bo przecież o tej porze o sensowny transport już trudno, i pojechałem do domu. Zobaczenie zespołu, na którym mi najbardziej zależało, było zatem drugą rzeczą, która mi tej nocy nie wyszła, dzięki totalnemu opóźnieniu. Wróciłem do domu zły.

W przypadku kolosalnej obsuwy na omawianym koncercie nie da się wskazać konkretnego winnego, bo Tides of Sulfur po prostu utknęli w korkach po drodze, na dodatek spędzając 15 godzin w busie, a potem razem ze wszystkimi dzielnie czekali na swoją kolej na scenie w klubie, byli więc zapewne jeszcze bardziej padnięci niż ja. Mimo wszystko wkurw mnie trzymał – nie każdy, kto chce w piątkowy wieczór zobaczyć fajną kapelę, ma chęć i możliwość przesiedzieć w klubie całą noc. Za stary jestem na takie rzeczy. Cykliczny Doomsday zaczął jednak mimo wszystko obiecująco – od koncertu ciekawych kapel, na dodatek uwzględniając lokalnych wyjadaczy (Struggle With God), miejscowych dobrze rokujących młodzian (Mound) i okolicznych debiutantów (Groot). Klucz doboru zespołów był więc jak najbardziej dobry, a nagłośnienie po koncercie Groot już spisywało się jak trzeba. Publiczność, mam nadzieję, rozkręci się wraz z kolejnymi edycjami, warto zatem śledzić imprezę. Na Doomsday #2 pojawi się zaciąg ze wschodu niezwiązany z manewrami Zapad – białoruskie Woe Unto Me (funeral doom metal) i Nebulae Come Sweet (doom metal) oraz rosyjski Psilocybe Larvae (doom/death metal).

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Latest posts by Jakub Milszewski (see all)

Tagi: , , , , .