Drab Majesty & Kælan Mikla + Mala Herba – Warszawa (23.01.2018)

Lata 80. przybyły do teraźniejszości

W cieszącym się sporą popularnością serialu Dark Netflixa lata 80. niebezpiecznie przesiąkają do teraźniejszości. Podobnie dzieje się na scenie muzycznej, gdzie pod warstwą różnej maści gatunków ostatnimi czasy mocniej zauważalne są inspiracje dźwiękami spod znaku syntezatorów. Część zespołów to banalna kopia grup święcących triumfy 30 lat temu, część jednak gra tak, jakby lata 80. trwały właśnie w najlepsze i dzięki temu zostały wzbogacone o zdobycze współczesnej techniki. Tak właśnie wyglądał i brzmiał koncert, który miał miejsce pod koniec stycznia w warszawskim klubie Hydrozagadka.

Impreza przyciągnęła sporo słuchaczy – i gotów, i tych bez silniejszych powiązań z żadną subkulturą, przynajmniej pod względem wyglądu. Podobnie było, jeśli chodzi o wiek, przekrój był bardzo szeroki, choć największą grupę stanowiły osoby w wieku ok. 30 lat.

Po godzinie 20.00 na scenę weszła Mala Herba. Artystka, określająca swoją muzykę jako synth witchcraft, zaprezentowała trwający 25 minut set czarno-białej magii. Mocno inspirowane ludowymi pieśniami utwory, połączone ze wschodnimi zaśpiewami oraz teksty mówiące o kobiecej sile wraz z syntezatorowymi bitami tworzyły magiczną dyskotekę. Z warstwą dźwiękową idealnie współgrał wygląd wokalistki, która wystąpiła w czarnej sukience i ludowej chuście. Mala Herba barwą głosu, stylem śpiewu i atmosferą, którą wokół siebie roztaczała, przywodziła na myśl Anję Orthodox, ale w ebmowo-ludowej wersji.

19 minut sprawdzania sprzętu na scenie przez islandzkie kobiece trio Kælan Mikla i znów nastały lata 80. Kadzidełka, puchar, czarne ubrania ozdobione identycznymi skórzanymi pasami, czarny welon przysłaniający przez część koncertu twarz wokalistki. Syntezator, bas i wokal. Trzy młode osoby, tworzące ciekawą muzykę do napisanej przez siebie poezji, to post-punk czy – jak same się określają – synth-punk w porządnym i świeżym wydaniu.

Zespół miał małe problemy z dźwiękiem, momentami też – przy krzyku – trochę mógł drażnić zbyt piskliwy głos wokalistki, lepiej posługującej się śpiewem i szeptem, ale całościowy efekt dawał pozytywne wrażenie. Dla części osób, jak wynikało z kuluarowych rozmów, i o czym świadczą opinie w internecie, grupa była niezaprzeczalną gwiazdą wieczoru. Islandki, które już kilka razy gościły w Polsce, grały niemal godzinę. Mogliśmy usłyszeć m.in. pełniący funkcję długiego intro tytułowy utwór z płyty Kælan Mikla, a także pochodzące z tego samego wydawnictwa Myrkrið Kallar i Sýnir.

Niemal 40 minut zajęło Drab Majesty zainstalowanie się na scenie. To przekleństwo występów mniej znanych grup, którym nie towarzyszy sztab dźwiękowców. Niemniej jednak warto było czekać. Formację początkowo tworzył jeden człowiek, pochodzący z Los Angeles Andrew Clinco, wcześniej działający jako perkusista w Marriages i Black Mare. Obecnie na trasie koncertowej towarzyszy mu klawiszowiec Mona D. Ich muzyka określana jest jako goth-gaze, adekwatne będzie też miano futurystycznej nowej fali. W wywiadach odpowiadający podczas koncertów za główne wokale i gitarę Andrew Clinco wyznaje, że jego alter ego Deb DeMure jest tylko narzędziem, które gra utwory podyktowane mu przez pozaziemskie źródło, zaś sam zespół jest eksperymentem.

Muzycy stroili instrumenty jeszcze w zwyczajnych ubraniach, zaś po przerwie na zmianę garderoby wkroczyli cali na biało, w białych skórzanych kurtkach i dżinsach. Podobnie jednokolorowe były ich peruki oraz makijaż twarzy. Odcinały się od tego czarne okulary. Występ trwał godzinę i objął dziewięć utworów, w tym: Dot In The Sky, 39 By Design, Cold Souls, Too Soon To Tell, Not Just a Name. Rozdzielały je muzyczne interludia.

Drab Majesty pozdrawiali publiczność gestem dobrze znanym fanom Star Treka. Przypominali nie tyle żywych ludzi, ile ruchome figury gipsowe. Wokale i gitara brzmiały bardziej metalicznie niż na płytach. Nie był to zły efekt, lecz zaskakujący dla osób przyzwyczajonych do bardziej subtelnej, mniej robotycznej wersji studyjnej. Co ciekawe, mimo że dla muzyków ważna jest oprawa wizualna, doskonale słuchało się ich z zamkniętymi oczami. Zdaniem Deba DeMure’a koncert powinien przypominać mszę i tak właśnie było. Wzniośle i mistycznie, a przy tym trochę obco. W pewnym momencie wokalista zawiesił sobie na piersi lampkę, która budowała świetlny tunel między nim a publicznością. To światło i utworzona przez niego ścieżka wyznaczyła też zespołowi drogę powrotną ze sceny. Lata 80. zatoczyły koło.

Tagi: , , , , , , , , , , , , .