Epica, Vuur, Myrath – Kraków (09.11.2017)

Polscy fani metalu symfonicznego w wykonaniu holenderskiego zespołu Epica mogą uznać ten rok za nad wyraz udany. Z końcem stycznia Holendrzy wystąpili w warszawskiej Progresji, do tego w znamienitym towarzystwie wilkołaków z Powerwolf. W trzeciej dekadzie sierpnia Epica była jednym z headlinerów Czad Festiwal w Straszęcinie. I jakby tego było mało, 9 listopada powróciła do naszego kraju na drugi koncert klubowy, do krakowskiego Studia. Dla mnie symbolicznie, bowiem właśnie do Krakowa wybierałem się jak sójka za morze w październiku 2015 roku, kiedy Holendrzy występowali na deskach Hali Wisła. Od tamtej pory jakoś nie po drodze mi było z harmonogramem ich polskich występów, ale tym razem miało się wreszcie udać. Lepiej późno niż wcale – zwłaszcza że tym razem zespół gitarzysty Marka Jansena przyjechał promować bardzo ciekawą najnowszą płytę The Holographic Principle. Epicę podczas bieżącej trasy wspierać miały dwie dobrze mi znane formacje: Myrath oraz Vuur

Od momentu, kiedy w ramach czeskiego festiwalu Ostrava v plamenech pierwszy raz zobaczyłem na żywo tunezyjski Myrath, stałem się nie tylko fanem ich twórczości, ale również całego uprawianego przez nich stylu, otagowanego wdzięczną etykietą oriental metalu. W dużym telegraficznym skrócie: Myrath to naprawdę solidny technicznie progresywny metal, bezkompromisowo łączony z typowymi dla arabskiego folku aranżacjami klawiszowymi i wokalnymi, za które odpowiadają przede wszystkim wokalista Zaher Zorgati oraz keyboardzista Elyes Bouchoucha. Za techniczną doskonałość nie sposób zaś nie docenić gitarzysty Maleka Ben Arbia. Tunezyjczycy rozpoczęli swój występ, przenosząc mnie w świat Orientu trzema utworami z ostatniego krążka o tytule „Legacy” (notabene, oznaczającego dokładnie to samo, co arabskie słowo „Myrath” – dziedzictwo): Believer, Get Your Freedom Back oraz Nobody’s Lives. Zaraz po nich i krótkim monologu Zahera nadeszły dwa starsze numery: Merciless Times i Beyond the Stars, po czym… Panowie opuścili scenę. Dobrych wrażeń, będących pokłosiem tego, co usłyszałem, było we mnie mniej więcej tyleż, co niedosytu ze zbyt małej otrzymanej porcji. Po cichu liczę, że Myrath powróci wkrótce do Polski z pełnowymiarowym setem – jeśli tak, tego wydarzenia na pewno nie przegapię.

Trochę więcej przestrzeni na scenie otrzymał kolejny zespół – Vuur. Póki co, mało komu znana marka, to kolejny z projektów ex-wokalistki The Gathering, Anneke van Giersbergen, która po popowym intermezzo w swojej karierze w ostatnich latach postanowiła powrócić do mocniejszego progresywnego grania. Ogień na scenie (z niderlandzkiego: vuur – ogień) pomagali jej rozpalać muzycy, z którymi współpracowała już wcześniej przy projekcie The GentleStorm, m.in. perkusista Ed Warby, basista Johan van Stratum oraz gitarzysta FerryDuijsens. W sumie usłyszeć można było pięć nowych i niedawno ujętych w formie płytowego wydawnictwa (In This Moment We Are Free – Cities) utworów: Sail Away – Santiago, My Champion – Berlin, Days Go By – London, Save Me – Istanbul oraz Your Glorious Light Will Shine – Helsinki. Przyznam się bez bicia, że podobnie jak nie udało im się przekonać mnie do siebie po „domowym” odsłuchaniu, tak nie udało im się to teraz. Numery oraz ich wykonania były poprawne, wymagające, niebanalne – a i owszem. Brakowało im jednak pewnego polotu i chwytliwości, zawierającego wyraźny przekaz „wróć do mnie”. Siłą rzeczy, choć uznaję się za fana Anneke, po tym co pokazał Myrath, czułem się z lekka wynudzony. Impresji tej nie zmieniło już nawet zamykające występ wykonanie klasyku Strange Machines z repertuaru The Gathering. Jeśli mam być szczery, żałowałem, że kolejność supportów nie była odwrotna.

O godzinie 20:15, przy dźwiękach instrumentalnego intro Eidola, otwierającego również album The Holographic Principle, na scenie pojawiła się główna gwiazda wieczoru. Podobnie jak w wydaniu albumowym, preludium gładko przeszło w otwieracz Edge of the Blade, podczas którego fani zgotowali zespołowi przywitanie w postaci dziesiątek purpurowych balonów, które na parę minut pokryły przednie szeregi widzów. W podstawowym secie Epica wykonała dziesięć utworów o bardzo zróżnicowanej fakturze, począwszy od dynamicznych, opartych na szybkich riffach Fight Your Demons (bonus do najnowszego krążka), The Essence of Silence, czy Victims Of Contingency, przez chwytliwe Universal Death Squad Unchain Utopia, taneczny Dancing in a Hurricane, mroczny i fatalistyczny Anscension – Dream State Armageddon, po starsze, bardziej nastrojowe i umiarkowane w tempie Sensorium oraz Cry for the Moon. Po krótkim wywoływaniu przez fanów i zabawie z publiką, którą ufundowali klawiszowiec Coen Janssen i gitarzysta Isaac Delahaye, zespół powrócił na scenę z trzema bisami: świetnym Sancta Terra, kolejnym utworem z najnowszej płyty, Beyond the Matrix, podczas którego fani otrzymali porządną lekcję „epica-fitness” oraz wieńczącym dzieło, blisko ponad dziesięciominutowym Consign to Oblivion, który ma w sobie wszystko co czyni Epicę wyjątkową: wciągający klimat, przekaz tekstu, chóry, anielski wokal i zapadające w pamięć instrumentalne aranżacje. Występ podsumować mogę w samych superlatywach. Do Studia przyjść było warto już dla samej Simone Simons. Abstrahując już od typowo męskich przesłanek natury estetycznej, jejnieskazitelny sopran jest niezaprzeczalnie jednym z najlepszych żeńskich głosów na obecnej scenie metalowej.Pod względem instrumentalnego warsztatu, ale również choreografii, w której główną rolę odgrywa gra świateł i kolorów, koncert Epica to również dopracowany do perfekcji majstersztyk. Widz niesamowicie wkręca się w przedstawienie, również dzięki postawie muzyków, którzy zauważalnie dobrze bawią się swoim występem. Luźna atmosfera, wiecznie uśmiechnięty (jeśli nie growlujący) gitarzysta Mark Jansen, serduszka z palców przesyłane publiczności, wygłupy Coena Janssena, jeżdżącego ze swoimi klawiszami po całym podeście sceny, a nawet rzucającego się w tłum fanów… Widać, że Epica to nie tylko muzyczna marka, ale również zgrana paczka przyjaciół, którzy naprawdę czerpią dużo satysfakcji ze wspólnego grania (swoją drogą, skład zespołu nie zmienił się od pięciu lat). Na taki entuzjazm na scenie równie entuzjastycznie reagowała publika, organizując kolejne młyny, pogo czy ścianę śmierci. Naprawdę miło jest też posłuchać mądrych tekstów, w które wkręcam się na koncertach w sumie nieczęsto, a w przypadku Epica – prawie zawsze. Wyróżnić też muszę naprawdę świetne brzmienie – na iluż to koncertach muzyki symfonicznej przekonałem się, jak nietrudno „skaszanić” cały jej odbiór przez wołające o pomstę do nieba nagłośnienie. Tego dnia w Studio wszystko brzmiało jednak jak brzmieć powinno, za co należy się głęboki ukłon sztabowi od gałek i potencjometrów. Szkoda jedynie, że zespół nie raczy występować z prawdziwym chórem, bo jednak czasem raziły mnie chóralne partie odtwarzane z głośników. Ale na taki niuans mogę przymknąć oko: prawdę mówiąc, logistycznie byłoby to niełatwe przedsięwzięcie. Suma sumarum, bawiłem się świetnie – z podekscytowaniem oczekiwać będę, czym jeszcze zaskoczy Epica w najbliższym czasie.

Autorem zdjęć jest Dariusz Ptaszyński.

Tagi: , , , , , , , , , .