Furia, Thaw, Sacrilegium, Licho – Katowice (25.11.2017)

 „No wreszcie – Katowice! Katowice – Śląsk… i Zagłębie”. Takimi słowami Nihil powitał uczestników sztuki, która wystawiona została na deskach katowickiego Mega Clubu w sobotę, 25 listopada. Knock Out Productions zaserwowali fanom metalu kolejną genialną trasę koncertową, która dobiegała końca właśnie w rodzinnym mieście wokalisty Furii.  Cztery kapele i cztery jakże różne spojrzenia na szeroko pojęty black metal. Powiedzieć, że był do udany wieczór, byłoby sporym niedopowiedzeniem.

Punkt 19.00 ze sceny rozlały się dźwięki otwierającej wydarzenie sanockiej kapeli Licho. Grupa wydała w tym roku ciekawy, choć niezbyt przekonujący album Podnoszenie Czarów, przez który do występu formacji podchodziłem raczej z rezerwą. A tu miłe zaskoczenie. Panowie, którzy wyglądali jakby uciekli z Wesela Wyspiańskiego, poczynili krok do przodu i zabrali ze sobą swoje utwory, nadając im mocniejszego wymiaru. Przede wszystkim wokal brzmiał o wiele lepiej niż na LP, a to, co działo się na basie było obłędne. Cała ta black’n’rollowa stylistyka przemieszana ze szczyptą psychodelii faktycznie sprawiała wrażenie jakby inspirowana była dramatem Wyspiańskiego, a może postacią Mistrza Twardowskiego. Półgodzinny set grupy minął zaskakująco szybko. Na żywo Licho wcale nie jest takie liche, choć do studyjnej twórczości nadal nie jestem przekonany.

Bohaterami aktu drugiego byli muzycy sędziwego zespołu Sacrilegium, który działał aktywnie w latach dziewięćdziesiątych, po czym zniknął ze sceny na piętnaście lat. Grupa powróciła z singlem Angelus w 2015 roku, by w roku kolejnym wypuścić swojego drugiego długograja – bardzo dobry album Anima Lucifera. Surowy, mocno inspirowany norweskimi klasykami black metal w wykonaniu Sacrilegium zaowocował rewelacyjnym występem. Ze sceny pulsowała potężna energia, której efekt wzmacniany był przez oślepiające białe reflektory. Te trochę utrudniały odbiór widowiska, ale pomijając ten fakt, występ wejherowskiej hordy był świetny. Gdyby wieczór zakończył się w tym momencie, nie narzekałbym. Dobrze, że kapela wróciła. Widać, że muzycy są w dobrej formie, zarówno na scenie, jak i poza nią, czego dowodem może być tegoroczne EP, Ritual. Dzięki i proszę o więcej!

Thaw po raz ostatni widziałem podczas tegorocznej Metalmanii, gdzie grupa swój set przedstawiała na mocno oświetlonej zachodzącym słońcem małej scenie. Uznałem to za ponury żart, gdyż dźwięki, tworzone przez ten projekt, potrzebują swojej przestrzeni, ciemności i atmosfery, która jest nieosiągalna, gdy gra się gdzieś przy nieosłoniętych oknach o godzinie 18. Dlatego też z wytęsknieniem oczekiwałem tego koncertu. Nie zawiodłem się. Uczciwie przyznam się, że kupuję w ciemno wszystko, do czego swoje łapska przyłoży Artur Rumiński. Nieważne, czy mowa o Furii, ARRM, Mentorze, czy właśnie Thaw – wizjonerstwo tego gitarzysty i odwaga w łączeniu ze sobą bardzo skrajnych inspiracji fascynują mnie od pierwszego zetknięcia z jego twórczością. Thaw to obecnie, moim zdaniem, jeden z liderów polskiej muzyki eksperymentalnej. Bo przecież nie tylko metalem żyje ta grupa, co również można było usłyszeć w Mega Clubie. Scena owiana dymem, genialna gra świateł (naprawdę, zmiany oświetlenia bardzo mądrze korespondowały z muzyką), a pośród tego wszystkiego pięciu gości w kapturach, odprawiających magiczny rytuał krzyżowania dark ambientu z black metalem. Występ grupy, choć składał się z różnych utworów, to tak naprawdę tworzył jedną spójną kompozycję. Płynne przejścia od numeru do numeru nie pozostawiały miejsca na oklaskiwanie zespołu. A brawa ewidentnie się należały. Tak należy serwować eksperymenty Thaw – w ciemnościach i z bardzo dobrym nagłośnieniem, które w katowickim klubie poprawiło się w stosunku do koncertów sprzed paru lat. Do tego Wielki Piec ze Stawroginem na wokalu – totalna miazga. Kolejny cios, po którym długo trzeba zbierać szczękę z podłogi.

Na finał pozostała już tylko Furia. Spotkanie z młodopolską poezją Nihila rozpoczęło się chwilę po 22:00 i trwało około półtorej godziny. W tym czasie grupa zaprezentowała pięć z sześciu kompozycji, składających się na ich ostatni album Księżyc milczy luty. Nie jest to mój ulubiony krążek zespołu, aczkolwiek z zaciekawieniem czekałem na porównanie koncertowych aranżacji do ich studyjnych pierwowzorów. Oczywiście można narzekać, że podczas występu zabrakło takich szlagierów, jak Idzie zima, Opętaniec czy Zamawianie drugie. Materiał z ostatniej płyty jest jednak czymś zupełnie innym, trudniejszym do zagrania na żywo, co rozłożyło moim zdaniem utwór Za ćmą, w dym, gdzie brakowało brzmienia gitary prowadzącej. Pierwsza połowa występu Furii, choć zawierała również stare numery, I spokój oraz Cisza, oscylowała jednak wokół eksperymentów z najnowszą twórczością grupy. Potężną kawalkadę muzycy rozpoczęli od Niezwykłej ludzkiej nieprzyzwoitości, by przejść od tego utworu do Ptaki idą, a następnie Na ciele swym historię mą piszę. Te trzy numery rozwiały moje wcześniejsze wątpliwości co do ogólnej oceny koncertu, którego druga połowa wyszła na plus. Ostatni raz katowicką bandę widziałem na żywo podczas ubiegłorocznego Castle Party, gdzie w kościele ewangelickim zaprezentowali mocniejszy set, oparty w większości na starszych kawałkach. Gdybym miał porównywać te dwa występy, to szala wspaniałości przechyliłaby się na stronę występu na CP2016. Co nie zmienia faktu, że koncert w Mega Clubie wywarł na mnie i tak bardzo pozytywne wrażenie. W końcu udało mi się też zabrać do domu muzykę grupy, zakodowaną cyfrowo na poliwęglanowych krążkach.

Zwieńczenie trasy Za ćmą w dym 2017 pozostanie w mej pamięci jako bardzo równy i dobrze przygotowany wieczór z metalem. Nie było tu słabego występu, choć wszyscy artyści zaprezentowali odmienne spojrzenie na muzykę, pokazując tym samym uniwersalność i nieprzeciętność fenomenu, który skrywa się pod nazwą black metalu. Każda kapela poszukuje w swojej twórczości innego celu, kroczy inną ścieżką, ale wszystkie te ścieżki koniec końców spotykają się w jednym wspólnym punkcie – na scenie. Te cztery różne składniki pasowały do siebie jak ulał, co zaowocowało wykwintnym podawanym z głośników daniem, po którym nikt nie powinien pozostać głodny muzyki. Oby więcej takiego „miodu na uszy”.

Vladymir

Vladymir

Now I am become Death, the destroyer of worlds.
Vladymir

Latest posts by Vladymir (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .