Hellfest 2017 – Clisson, Francja (15-16.06.2017)

Hellfest 2017 – Prolog “syndrom drugiej płyty”

Review in English (PDF file)


Siadając do napisania relacji z jednego z najciekawszych i największych festiwali w Europie, musiałam się zmierzyć z pewnym starym, wyświechtanym, pokutującym głównie w branży muzycznej tzw. syndromem drugiej płyty. Większość recenzentów, dziennikarzy muzycznych dokładnie wie o czym mówię. Ale co to ma wspólnego z festiwalem? Otóż, ubiegłoroczna edycja była dla mnie pierwszym zetknięciem się z rangą, ogromem, prestiżem imprezy. Zachłysnęłam się absolutnie wszystkim, co mnie tam spotkało. Zostałam porażona i w zachwycie długo dochodziłam do siebie po powrocie. To, co zobaczyłam i doświadczyłam w Clisson , nie odpowiadało nawet najśmielszym przewidywaniom.
Czym jest więc ów “syndrom drugiej płyty” w tym przypadku? Ano zwyczajnie, po niezwykle udanym debiucie (dla mnie), zarówno w sensie artystycznym, jak i komercyjnym tej imprezy, mogła nastąpić zniżka formy, spadek potencjału, wyczerpanie pomysłów lub jeszcze inne nieszczęście, np. kiepski lineup festiwalu. Tym razem przecież mogłam się przyjrzeć festiwalowi z perspektywy normalnego uczestnika, bez oszołomienia debiutantki. Edycja 2016 rzuciła mnie na kolana, zebrała ode mnie pozytywną krytykę, wywindowałam to wydarzenie na podium najlepszego festiwalu w moim rankingu. Obecna odsłona mogła wypaść nieco bladziej, niespotęgowana prawem świeżości. Nowe miejsce bowiem zawsze wzbudza o wiele więcej emocji i jest obietnicą niesprecyzowanych doznań na każdym kroku, miejsce znane natomiast obarczone jest przewidywalnością. Decydując się jednak na kolejną wizytę we francuskiej uroczej miejscowości, podskórnie liczyłam jednak na kolejny wstrząs, muzyczne trzęsienie ziemi, wielokrotny orgazm, spowodowany doszlifowaniem niedociągnięć i niedoskonałości, na które zawsze przymyka się oko za pierwszym razem.

Zastanawiając się nad sposobem podejścia organizatorów, próbowałam odgadywać, czy nadal czują się pod presją dążenia do doskonałości, czy faktycznie po wypracowaniu sobie doskonałej opinii następuje już teraz spadek formy i pewnego rodzaju wypalenie. Nie jest to również z pewnością kwestia talentu czy umiejętności ludzi pracujących na ten sukces, ale z całą pewnością nie pomaga świadomość, iż muszą (powinni?) ścigać się nie tyle z tzw. “konkurencją” na rynku, ale przede wszystkim ze swoimi własnymi dokonaniami, muszą je przewyższyć, muszą stworzyć coś lepszego, bo w przeciwnym razie zostaną zdiagnozowani jako rutyniarze bez potencjału. Do tego dochodzi też niebywała presja niebezpieczeństwa na masowych imprezach. Zagrożenie terroryzmem niestety jest elementem, który wpływa na decyzje ludzi , którzy ze strachu rezygnują z udziału w festiwalach.
Wracając jednak do kwestii moich oczekiwań, zdałam sobie sprawę, że są dalekie od precyzyjności , a w zasadzie to wcale nie wiem, czego oczekuję.
Aby nie popaść w paranoję, złapałam się jednej myśli, cytując klasyka, bo w końcu:
„(…) ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałam. Po prostu. No… To… Poprzez… No, reminiscencję”.

Abstrahując od wyimaginowanych rozterek, towarzysząca mi 16-osobowa eskadra, wyjeżdżająca z Wrocławia, po 20-godzinnej podróży zameldowała się we czwartek w malowniczym departamencie Loary Atlantyckiej nieopodal Nantes, w Clisson – cichej , niepozornej miejscowości, która przez następne 3 dni miała się po raz 12 stać piekłem około metalicznej muzyki i miejscem pielgrzymki tłumów spragnionych ekstremalnych doznań. Nie tylko my byliśmy przed czasem. Spora grupa fanów metalu też już przyjechała, ustawiając się w spory tłum u bram Hellcity przy rondzie z zardzewiałą gitarą. Zajęcie dobrego miejsca na polu namiotowym, odebranie akredytacji to nie jedyne powody wcześniejszego przybycia. Miasteczko festiwalowe  zachęca do odwiedzenia i zapoznania się z bogatą ofertą wydawnictw muzycznych z drugiej ręki po atrakcyjnych cenach, kusi przedsprzedażą tańszych karnetów na kolejną edycję festu, a pobliski LeClerc nęci ciekawymi pamiątkami sygnowanymi festiwalowym logo. Większość z nas obowiązkowo nabyła Hellfestiwalowe wino z pełnym składem muzycznym bieżącej edycji na etykiecie. Wino to oczywiście lokalny specjał – muscadet. Wśród winiarzy chyba najbardziej niedoceniany gatunek i dlatego tani. Przy okazji zdecydowanie fenomenalnie orzeźwiający, jak najlepszy szprycer. Jest przenikliwy, lekko słony, pachnie i smakuje oceanem. Łyk tego specjału i już wiesz gdzie jesteś! Dla mnie zdecydowanie jeden z lepszych trunków na upalne czerwcowe dni w tym rejonie Francji.
Prognozowane upały już dało się odczuć, gdy zbliżaliśmy się w tumanach kurzu wzbijających się z gruntowych ścieżek, do bram festiwalowego miasta. Czekając w kolejce, mogliśmy dokładnie przyjrzeć się nowym instalacjom już w obrębie ogrodzenia. Hellfest to jedyny festiwal, w obrębie którego elementy scenografii i zabudowania są stałymi elementami krajobrazu. Wszystkie te imponujące rzeźby, płoty, budynki, fontanny stoją w oczekiwaniu na swoje intensywne 3 dni życia rokrocznie. Okazuje się, że jednak sporo nowości pojawiło się ku uciesze i zachwycie stałych bywalców. Tym razem bramy wejściowe VIP to imponujące atrapy wzmacniaczy we wściekle pomarańczowym kolorze. Podobno powiększono też teren przed samymi scenami głównymi bez zmiany ilości sprzedawanych biletów i ulepszono infrastrukturę strefy prasowej. Jutro się okaże, co to w praktyce oznacza dla nas, a teraz, kiedy opaski akredytacyjne już na nadgarstkach, magiczna naklejka wstępu pod sceny odebrana, można a nawet trzeba odpocząć, uzupełnić płyny, przygotować sprzęt i ustalić harmonogram koncertowy. Logistyka musi być precyzyjna i opracowana w najdrobniejszych szczegółach, by nie utonąć w powodzi zespołów, dryfując z nurtem fanów i zdążyć na te najważniejsze pozycje z lineupu.

Zasypiam, ale w głowie tłucze się myśl, że przecież statystyki czy teorie są tak samo nieprawdziwe jak fakt posługiwania się schematami. Zawsze istnieje jakiś rodzaj subiektywizmu w postrzeganiu. Jednak zacięcie do teoretyzowania czy ujmowanie w tabele, segregowanie i porównywanie jest absolutnie naturalne i właściwe… odpływammmmmmmmm.

 

Hellfest 2017 – dzień pierwszy

Review in English (PDF file)


Po „obfitym” francuskim śniadaniu w hotelu (świeże rogaliki z dżemem), ruszyliśmy z Nantes oddalonym ok. 30 km od miejsca zdarzenia. U bram piekieł dosłownie i w przenośni byliśmy w samo południe. Przekraczając wejście dla VIP-ów, zawsze mam nieodparte wrażenie, że dostąpiłam zaszczytu. W sumie to tak jednak jest, bo nasza trójka i para dziennikarzy z magazynu Gitarzysta, stanowimy elitarną reprezentację z Polski. Pozostała część ekipy z Polski już mieszała się z tłumem międzynarodowej braci.

 

Prognozy na najbliższe dni były nieubłagane, bezchmurne niebo i upały z tendencją zwyżkową. Czy będzie to misja przetrwania? Francuzi okazali się przewidujący. W prasowej enklawie czekał na nas całkiem spory basen, więc ponad 30 stopniowy żar, który lał się z nieba, przestał być na ten moment uciążliwy. Dziedziniec też się zmienił, teraz wyłożony „dywanami” ze sztucznej trawy, parasolami i stolikami z fotelami do odpoczynku wyglądał na bardziej ekskluzywny. Za basenem znajdowały się połączone ze sobą blaszane hangary, których atrapę nośnej konstrukcji stanowił szkielet – kręgosłup z żebrami, niesamowite! Hangary były wyposażone w bar, telebimy i miejsca schronienia przed słońcem. Namiot prasowy z salą konferencyjną i salą pracy dla dziennikarzy wyposażoną w laptopy z dostępem do sieci to tutaj standard. Nowością natomiast była fantazyjna fontanna z zakapturzonymi zakonnikami na postumencie. Niestety, ku mojej rozpaczy zabrakło hamaków, w których w zeszłym roku zażywałam regeneracyjnej drzemki pomiędzy koncertami. Wizja udaru i bólu kręgosłupa stała się znów realna. No trudno, czas do roboty!
Chyba z rozbiegu, ale głównie z tego powodu, że wyjście ze strefy prasowej mieściło się przy scenie TEMPLE poszłam pofocić TRUE BLACK DOWN. Black metal z Finlandii zachwycił mnie jedynie konsekwentnym makijażem całej ekipy. Nie zostało mi w głowie nic z ich repertuaru. Po przyjeździe z ciekawości zajrzałam na stronę TBD. Znalazłam tam tylko kiepskiej jakości zdjęcia z koncertów i pseudonimy muzyków. Cóż, prawdopodobnie adresują swoją twórczość do bardzo wąskiej grupy słuchaczy i nie pragną rozgłosu, albo ja jestem zbyt mało dociekliwa.

 

Zdjęcia z Main Stage zainaugurowałam występem TEXTURES. Holendrzy od 2016 roku prezentują swoje ostatnie wydawnictwo – „Phenotype”, które miało być pierwszym z dwóch spiętych jednym konceptem. Niestety nie dość, że z albumu „Genotype” nici, to na dodatek w maju znani z niechęci do prostych melodii mieszkańcy europejskiej depresji ogłosili także niechęć do dalszej współpracy pod jednym szyldem. Była to więc prawdopodobnie ostatnia okazja do zobaczenia kolegów Daniela de Jongh w progresywnym death/thrash metalowym repertuarze razem na scenie. Panowie mimo wszystko zgodnie współpracowali podczas występu. Z zawodowym zacięciem, wbici w opięte dżinsy i koszule, dali bardzo przekrojowy set. Pocąc się niemiłosiernie w południowym słońcu, zagrali :

1. Drive
2. Regenesis
3. Storm Warning
4. New Horizons
5. Shaping a Single Grain of Sand
6. Awake
7. Singularity
8. Laments of an Icarus

 

Zaraz po tym występie, ostatnim rzutem na taśmę, wpadłam pod scenę do namiotu ALTAR na końcówkę występu hiszpańskiego WORMED. Ich eksperymentalny i zarazem brutalny death metal miał na festiwalu sporą widownię. Dźwięki dochodzące ze sceny były zaczepne i intrygujące, ciekawe. Przez chwilę zastanawiałam się, co wspólnego ma „Odrobaczanie” z kosmosem, matematyką czy ewolucją człowieka, o czym tekstowo „opowiada” długowłosy kurdupel Phlegeton, ale to jednak nieistotne, bo to, co robi na scenie jest bardzo przekonujące. Jego growl z chaotycznie brzmiącymi, nisko zestrojonymi partiami gitar i bardzo techniczną grą na perkusji jest na swój wyrafinowany sposób porywający.

 

Rzut oka na rozpiskę i nie ma czasu na rozważania, za pięć minut w ŚWIĄTYNI Black metalu rozpocznie dzisiejszy się szwedzki potop, mianowicie zagra VALKYRJA ze świeżutkim nabytkiem na wokalu. RSDX (pseudonim wokalisty) kojarzy się przede wszystkim ze wzmacniaczem ROTEL. Nie bez powodu, bo RSDX jako frontman VALKYRJI wzmocnił zespół wizerunkowo i brzmieniowo naprawdę doskonale. Fotograficznie, kapela okazała się najbardziej malowniczą z wszystkich galerii z TEMPLE.

 

Czas goni, a potop szwedzki trwa. Na dużej scenie właśnie pojawia się AVATAR, czyli kumple z Göteborgu, uprawiający melodic death i nu metal! Niebywale atrakcyjni fotograficznie, przebrani w identyczne mundurki Panowie, w Polsce kompletnie niepopularni, czego osobiście ogromnie żałuję. Niesamowicie chwytliwe i melodyjne, a jednocześnie mocne, nieco industrialne granie przypadło do gustu zwłaszcza Amerykanom, bo u nich AVATAR regularnie koncertuje. Wokalista Johannes Eckerström, z wymalowanym czarną szminką jockerowskim uśmiechem, to trochę taki nieco mniej obleśny Marylin Manson z teledysku „LUNCHBOX” . Przyznam się, że jego fizjonomia i sposób poruszania na scenie przypadł mi do gustu bardzo. Repertuarowo, jak to na festiwalach bywa, ich występ to swoiste the best of AVATAR:

1. Hail the Apocalypse
2. Paint Me Red
3. New Land
4. Bloody Angel
5. The Eagle Has Landed
6. Tooth, Beak & Claw
7. Let It Burn
8. Smells Like a Freakshow

 

Po występie Szwedów z AVATAR po raz kolejny zadaję sobie pytanie, skąd bierze się fenomen popularności SABATON, dla mnie to kompletnie niedorzeczne, zwłaszcza że to właśnie SABATON miał poprzedzić występ dzisiejszej gwiazdy – ROBA ZOMBIE. Tak na marginesie, ciekawe, czy wszystkie kapele ze Szwecji przyjechały razem? Rzut oka do namiotu prasowego, gdzie odbywały się konferencje, a potem dalej, pod sceny.

Tymczasem w namiocie TEMPLE grał TYR. Ufff zdążyłam, chciałam zdążyć, bo oprócz ewidentnie mitologicznej podbudowy zespołu, ciekawił mnie język – farerski. Bardzo aktywna publiczność i znajomi Polacy w fosie nieco osłabiły moją percepcję. Nie mam pojęcia w jakim języku śpiewał wokalista, ale przyznaję, że samo patrzenie na pismo runiczne daje poczucie obcowania z tajemną siłą. Można nie lubić tej stylistyki, ale Wikingowie metalu z Wysp Owczych czarują mocą symboli, autentycznością i zaangażowaniem tekstów Heriego Joensena. TYR , nieco pompatycznie, lecz szczerze zdaje się nauczać: „stój mocno na nogach i miej wiarę w siebie.

 

Pokrzepiona naukami w “świątyni” zmierzam prosto w ramiona legendy, bo na pustej, jeszcze dużej scenie prężył się już ogromny baner QUEENSRYCHE. To już kolejny raz na tym festiwalu, kiedy z sentymentem mogę wrócić myślami do starych, dobrych czasów studenckich. Co prawda Geoff Tate wyrzucony niestety z kapeli dla mnie będzie tym właściwym głosem, ale Todd La Torre od 2002 roku całkiem nieźle wyciąga góry w „Eyes Of A Stranger” i „Take hold of the flame”, co ciekawe radzi sobie nawet w „Operation Mindcrime”, nie przejmując się kwestią praw autorskich, które ponoć do tego albumu w całości posiada Tate. Być może po koncercie Geoff dzwonił do organizatora festu z pytaniem, czy zespół odprowadził należne mu tantiemy?

 

Ustalając marszrutę, spytałam swoją ekipę: co to jest to DØDHEIMSGARD? W odpowiedzi usłyszałam: „idź, to są niezłe świry”. Niestety poszłam, głównie z tego powodu, że nie zdążyłam na Devina Townsenda, który grał w tym samym czasie na głównej scenie. DGH to kapela blackmetalowa, skręcająca obecnie na ścieżkę awangardy w dziwacznej, hinduskiej kolorowej kostiumowej odsłonie. Wokalista zespołu niejaki Vicotnic, czyli Yusaf Parvez, znany też z gościnnego występu u ziomali z Dimmu Borgir, robił przede wszystkim dziwne miny, nawet nie pamiętam czy śpiewał. Cały ten lekko pokręcony show nie zainteresował mnie na tyle, aby dociekać, skąd pomysł na zmianę rasy basisty (wypastował głowę na czarno, udając że nie jest biały), albo co ma znaczyć obecność grafik hinduskich w scenografii i ubiorach kapeli. Cały czas miałam jednak nieodparte wrażenie, że gdzieś to już widziałam.

 

Wobec takiego obrotu spraw, pozwoliłam sobie na wypad poza teren festu do pobliskiego food tracku na fenomenalne lokalne ciemne piwko o niezapamiętalnej nazwie i fenomenalnej bagietce z lekko ściętym na grillu wołowym kotletem w towarzystwie pikantnego sosu z papryki z dodatkiem frytek. Brzmi niedorzecznie, a smakuje bajecznie! Nie mieściło mi się to w głowie, póki nie spróbowałam. Pyyyycha! Posilona krwistym mięchem mogłam bez skrępowania obejrzeć POWERWOLF. Ta niemiecko-rumuńska powermetalowa grupa wilkołaków i wampirów ma się wyśmienicie. Fantastyczne widowiskowe scenografie i genialne makijaże (aż dziw, że od temperatury nie spłynęły) zawsze są elementem obowiązkowym ich koncertu. Popularność zespołu od lat ładowana siłą braci Greywolfów, podparta filarem rumuńskiego operowego głosu Attila Dorny dla mnie jest również zdecydowanie bardziej akceptowalna niż takie np. Nightwish czy inne Within Temptation. Ot taka metalowa operetka.

 

Koncertem piątku miał być dla mnie występ MINISTRY, więc znów jak za sprawą wehikułu czasu cofam się do lat studenckich. Mechaniczny puls wbijany pod czaszkę był lepszy niż najmocniejszy alkohol. Upijaliśmy się nowymi industrialnymi dźwiękami wprost z Ameryki made by Al Jurgensen, którego niesławna w początkach, poprzez new wave i synth pop (o zgrozo!), droga do sławy, w późniejszych etapach obfita w smaczki, w związku ze współpracą z Jello Biafrą czy Trentem Reznorem, bo wszystko było tak świeże i pyszne, i na dodatek prosto z wytwórni. Ach cóż to były za wspaniałe czasy…. Teraz, kiedy miałam zobaczyć i usłyszeć MINISTRY na żywo dopadła mnie wątpliwość, czy powrót do przeszłości nie będzie rozczarowaniem? Ale Al, to przecież niebywale charyzmatyczna postać, nie tylko nie wypadł z tzw. obiegu, ale nadal nagrywa i koncertuje. MINISTERSTWO mechanizacji metalowych dźwięków nie ustaje też w poddawaniu do publicznej oceny swojej osobliwej interpretacji kontrowersyjnych wydarzeń na świecie. Sporo więc polityki, sporo odważnych tekstów utworów pokazujących ogromne zainteresowanie zespołu bieżącymi bolączkami świata z pierwszych stron gazet. Nadal wybierając się na koncert, można poznać zdanie Jurgensena o najważniejszych wydarzeniach świata polityki i problemach społecznych. Koncert zaczęli od Psalmu, który wszedł w moją duszę jak nóż w masło, rozpłynęłam się. Ależ ten kawałek ma moc! Znów jak w mantrze z techniczną precyzją poddałam się monotonii hałasu MINISTERSTWA. Al przyozdobiony sporą ilością kolczyków i splątanymi w dredy włosami wyglądał jak Boris The Animal z „Facetów w Czerni”. Rzucał tekst z mocą karabinu maszynowego, dowodził tłumem i swoją załogą na scenie. Brutalność i prostota każdego następnego kawałka, spowodowała u mnie przejście w jakiś tryb nadzwyczajny. Przestało mi dokuczać pragnienie, słońce jakby mniej piekło w czaszkę. Tak bardzo te dźwięki były mi miłe. Przepyszny występ, życzę sobie jeszcze ich zobaczyć, i wszystkim, którzy jeszcze nie mieli okazji.

Ministerstwo zagrało:
1. Psalm 69
2. PermaWar
3. Punch in the Face
4. Antifa
5. Rio Grande Blood
6. Señor Peligro
7. LiesLiesLies
8. Waiting
9. Worthless
10. Bad Blood
11. N.W.O.
12. Just One Fix
13. Thieves
14. So What

 

Kiedy Ministerstwo siekało powietrze, swoim retorycznym “SO WHAT” na zakończenie występu, pobiegłam rzucić okiem na stary dobry CORVUS CORAX. Niewielu fanów wie, że weterani niemieckiej sceny folkowej, swoją nazwę zawdzięczają pewnemu incydentowi. Mają na sumieniu nieudaną próbę kradzieży NRD-owskiego kruka i nielegalnego przekroczenia z nim granicy przez żelazną kurtynę. Któż to pamięta? Dzisiaj ta ośmioosobowa, wierna średniowiecznym instrumentom i stylizowanym strojom grupa kumpli świetnie się bawi, a z buntem czy kontrowersją nic ich nie łączy. Publika zaś kocha te przebieranki i rękodzieło rodem ze Zlotu Wojowników Słowian, Bałtów i Wikingów. Fenomen i odskocznia od monotonii!

 

Musiałam wracać pod główną scenę, gdzie za moment grał BEHEMOTH. Cóż, jak przystało na patriotkę należało oddać cześć naszej eksportowej gwieździe. Mimo iż nic nowego, nic zaskakującego, to jednak moment, gdy międzynarodowa, tłumnie zgromadzona metalowa brać uniosła dłonie i ryknęła w momencie wejścia na scenę Nergala, poczułam mimowolny dreszcz dumy. Nie ma się nad czym rozwodzić, nie ma co narzekać, trzeba czekać na nowy materiał i międzynarodowe trasy naszych black metalowych „ambasadorów” sztuki. AMEN.

 

Hellfest w doborze repertuaru można porównać do zaskakujących składników farszu w Quiche (rodzaj zapiekanki na kruchym cieście). Więc nie ma nic zaskakującego w fakcie, że BEHEMOTH zagrał przed weteranami sceny DEEP PURPLE. Francuzi to w zasadzie mistrzowie nieprawdopodobnych zestawień, wystarczy przywołać przykład likierowego wina Sauternes podawanego w towarzystwie z najbardziej hardcorowym serem pleśniowym Roquefort. Panie, Panowie oto Francja!
DEEP PURPLE zapowiedziało jakiś czas temu muzyczną emeryturę, przy okazji wydając najnowszy krążek „INFINITE”. Zgodnie z obecnym trendem ruszyli też w pożegnalną trasę. Wymowny tytuł: The Long Goodbye Tour – ze stylizowanym na znak nieskończoności logo zespołu, wróży dość nieokreśloną w czasie długość pożegnalnej trasy… Czy jednak kogoś to martwi? Ian Gillan, Ian Paice, Roger Glover, Steve Morse i Don Airey – nadal rześcy, nadal w formie muzycznej i absolutnie niezbywalnej radości występowania, więc oby jak najdłużej!

 

Kilka statecznych kadrów podczas nieśmiertelnych hitów DP i mogłam rzucić okiem na austriacki BELPHEGOR. Helmuth Lehner na froncie sceny rozrywał brutalnym growlem resztki łączących go związków z black metalem, udowadniając, że death jest bliższy jego sercu. Szybkie riffy, techniczny pęd na perkusji, no i jak zwykle misterne makijaże. Uwielbiam fotografować takie wynalazki.

 

Nadszedł moment na kolejny odcinek szwedzkiego serialu. W rozpisce miałam zaznaczony SABATON.

Pytanie, czy to rzeczywiście oznaczało, że chciałam zobaczyć SABATON? Biorąc pod uwagę fakt, że uzupełniłam płyny, a słońce już zaszło, mogłam rozciągnąć się na trawie w prasowej strefie albo po raz kolejny przyznać Szwedom, że to samo stare show ze starymi chwytliwymi i wzruszającymi piosenkami niezmiennie porywa ludzi. Poszłam pod scenę i znów zobaczyłam jedność wśród metalowych braci i sióstr. Moja koleżanka pytała, czy na pewno SABATON jest ze Szwecji, bo jej syn będąc ich fanem, zaimponował swojej nauczycielce od historii znajomością bitwy pod Wizną? Są ze Szwecji. I cóż, że ze Szwecji. Najważniejsze w ich przypadku jest prawo inżyniera Mamonia: najbardziej lubimy to, co już znamy. Nie należy z tym polemizować, zwłaszcza jak na festiwalowej scenie ląduje u boku swojego idola zwykły fan, zwycięzca konkursu, który w nagrodę może zaśpiewać kawałek „Swedish Pagans”.

Na scenie wybrzmiały:
1. In the Army Now(Bolland & Bolland song)
2. The March to War
3. Ghost Division
4. The Art of War
5. Carolus Rex
6. Screaming Eagles
7. Sparta
8. The Last Stand
9. Winged Hussars
10. Swedish Pagans (with Laurent Fabisz as singer)
11. Night Witches

Encore:
12. WWII
13. Primo Victoria
14. Shiroyama
15. To Hell and Back
16. Dead Soldier’s Waltz
17. Masters of the World

 

W okolicy drugiego bisu, bodajże „Primo Victoria”, zainstalowałam się w kolejce do fosy przed występem ROBA ZOMBIE. Szykował się bowiem chyba najbarwniejszy show tego dnia. Pseudonim artystyczny dzisiejszej gwiazdy wbił mi się w pamięć od czasu obejrzenia słynnej sceny halucynacji w filmie „Beavis and Butt-Head Do America”, której autorem jest własnie Rob. Nie śledzę jego poczynań, ani nie jestem fanem muzyki, którą tworzy, ale darzę go należnym szacunkiem za wkład do popkultury. Jest znany z perfekcjonizmu, a jego koncerty to zamknięta produkcja na najwyższym poziomie. Światła, wizualizacje, efekty dopracowane w najmniejszym calu, więc nie powinno dziwić nikogo, że cieszy się ogromną, niesłabnącą popularnością, wyrażaną przez tłumnie gromadzącą się publiczność na każdym występie. Doskonały skład zespołu (pozyskani od Mansona fenomenalni gitarzysta i perkusista) tylko dopełniają kunsztu koncertowych występów. Fenomenalna oprawa , choć trudna dla fotografa z uwagi na fluorescencyjne barwy, widowiskowe efekty i wybuchowe zakończenie, to w skrócie recepta na doskonałą mega produkcję ze Stanów Zjednoczonych.

ROB ZOMBIE wykonał:

1. Dead City Radio and the New Gods of Supertown
2. Superbeast
3. In the Age of the Consecrated Vampire We All Get High
4. Living Dead Girl
5. Scum of the Earth
6. Well, Everybody’s Fucking in a U.F.O.
7. More Human Than Human (White Zombie song)
8. Never Gonna Stop (The Red, Red Kroovy)
9. The Hideous Exhibitions of a Dedicated Gore Whore
10. House of 1000 Corpses
11. Guitar Solo
12. Blitzkrieg Bop (Ramones cover)
13. Thunder Kiss ’65 (White Zombie song)
14. School’s Out (Alice Cooper cover)
15. The Lords of Salem
16. Get Your Boots On! That’s the End of Rock and Roll
17. Meet the Creeper
18. Ging Gang Gong De Do Gong De Laga Raga
19. Dragula

 

Jakże mizernie i blado wypadł po tych fajerwerkach spokojny i niewyszukany image IN FLAMES. To oni kończyli piątkowy festiwalowy dzień na dużej scenie i wspomniany wcześniej potop szwedzki. Zakończyli go melodyjnym, death metalowym muśnięciem. Patrząc na sympatycznego Andersa Fridéna i jego kolegów, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że oglądając występ bez dźwięku nikt nie byłby w stanie zgadnąć, co grają. Dziwnie patrzy się na muzyków kompletnie niepasujących wyglądem do tego swojego repertuaru. Wizerunkowo najbliżej im chyba do hip – hopu. Może się jednak czepiam? Występ niestety nie należał do porywających. Jedyna znana mi – i jednocześnie chyba ich największy sukces komercyjny – płyta The Jester Race wybrzmiała tylko w dwóch utworach: Moonshield i The Jester’s Dance. Szkoda, że był to aż taki przeskok stylistyczny i wizualny po występie Roba, bo być może występ nie był taki zły?

 

W samochodzie poczułam potworne zmęczenie. Jutro ma być bardziej upalnie. Powinnam zwolnić, rozłożyć siły. Przed nami jeszcze dwa dni w piekle.

tekst i zdjęcia : Justyna „justisza” Szadkowska

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , .