Helloween – Warszawa (28.11.2017)

Pumpkins United! Po ponad trzydziestu latach działalności Helloween – ojców chrzestnych niemieckiego power metalu, w listopadzie ubiegłego roku, ich fani doczekali się najlepszej wiadomości – podczas planowanej światowej trasy 2017/18 do muzyków z aktualnego składu dołączą dawni wokaliści: Michael Kiske oraz Kai Hansen. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że już szmat czasu żadne koncertowe ogłoszenie nie zelektryzowało mnie równie mocno. Wszak to muzyka Helloween była mi sterem i okrętem, kiedy po raz pierwszy zapuszczałem się onegdaj na bezkresne metalowe wody. Pomimo tego sentymentalnego kontekstu, nie było mi dotąd dane widzieć Niemców na żywo, co na szczęście miało mi zostać zrekompensowane z nawiązką. No dobra, ale przyznać mi się szczerze, kto z Was wierzył w odrodzenie Helloween w takiej formule, po wypowiedziach Kiske z 2013 roku, w których wylewał gorzkie żale – przede wszystkim na gitarzystę Michaela Weikatha? Ja na pewno nie. Najwyraźniej, Panom udało się jednak wzajemnie przekonać, że zgoda buduje, a starych ran nie warto jątrzyć i rozdrapywać w nieskończoność – chwała im za to!

Pod warszawską halę sportową „Koło” dotarłem na chwilę przed otwarciem bramek i już na starcie przecierałem oczy ze zdumienia, dostawiając się do niestandardowo długiego zakręcanego „ogonka”, czekającego na sforsowanie drzwi. Na szczęście pomimo takiego obłożenia udało mi się znaleźć miejsce pod sceną – ściślej, przy krańcu wybiegu wychodzącego w parkiet. Już sam układ sceny, póki co zakrytej kurtyną, zapowiadał ciekawe widowisko z dobrym kontaktem pomiędzy zespołem a publicznością. Ponieważ Helloween zapowiedzieli, że koncerty w ramach trasy „Pumpkins United” potrwają bite trzy godziny, nie zobaczyliśmy tego wieczoru żadnego supportu, i tak oto, chwilę po dziewiętnastej przeszliśmy od razu do konkretów.

Kurtyna opadła i na scenie bez większych zapowiedzi pojawili się muzycy Helloween, którzy melodyjny ostrzał rozpoczęli z dużego kalibru – od trzynastominutowego Halloween, wykonanego w wokalnym duecie Michael KiskeAndi Deris. Trzynaście minut, a zleciały jak cztery. Emocje po efektownym wejściu, zanim zdążyły się ostudzić zostały prędko doprawione bardzo rozgrzewającym Dr Stein. Numerom towarzyszyły animacje wyświetlane na znajdującym się w tle sceny ekranie, ukazujące motywy przewodnie poszczególnych utworów, co pozwalało jeszcze lepiej wczuć się w ich klimat. A propos wizualizacji: po pierwszych dwóch utworach, publice przedstawieni zostali „wodzireje” koncertu, Seth i Doc – „humanodynialne” stwory, które co dwa-trzy kawałki, wprowadzały publikę w całkiem zabawny sposób w tematykę kolejnych piosenek – a to za pomocą rozpoznawalnych rekwizytów, kojarzonych z konkretnymi albumami, czy charakterystycznych elementów imidżu poszczególnych artystów. Trochę przypominało mi to filmiki z Beavisem i Butt-headem – pomysł w każdym razie ciekawy i chyba większość fanów oceniła go z aprobatą.

Kolejny set rozpoczął się od nieśmiertelnej klasyki – I’m Alive z pierwszej części Keeper Of The Seven Keys, który dla olbrzymiej części dyniowych fanatyków stanowi absolutny „top 1” w hierarchii albumów Helloween. Zaraz po nim usatysfakcjonowani mogli się poczuć fani „nowszego” dorobku grupy: Andi Deris wykonał najpierw If I Could Fly, z nieczęsto przywoływanego (a szkoda!) albumu The Dark Ride, a następnie singiel płyty 7 Sinners, żywiołowy Are You Metal. Dalsza partia utworów, jaką w swoim kotle zgotowali nam Seth i Doc, rozpoczęła się od powrotu Kiske na scenę i bardzo melodyjnego Rise and Fallz drugiej części „Keepera”. Ponowna zmiana za mikrofonem oznaczała, że Deris i spółka zaprezentują nam Waiting for the Thunder (najmłodszy z utworów, który miał dziś zabrzmieć – singiel Straight out of Hell)oraz Perfect Gentleman(pierwsze nawiązanie do mojego ulubionego krążka Master Of The Rings), do wykonania którego dołączył Kiske. Muszę tu zaznaczyć, że o ile Kiske miałem już okazję dwukrotnie widzieć na żywo i zdawałem sobie doskonale sprawę z faktu, że nadal posiada struny głosowe z tytanu, o tyle nie wiedziałem czego spodziewać się po Derisie, o którego formie podczas występów „live” krążyły nierzadko mało pochlebne opinie. I tu uspokajam – Andi może i przybrał tych parę kilo, ale nadal ma ten „power” w głosie, którym w młodości uwiódł mnie do świata metalu, i za pomocą którego również dzisiaj parokrotnie postarał się o solidne ciarki na plecach.

Tak oto dobrnęliśmy do końca pierwszej godziny koncertu. Drugą w roli wokalisty rozpoczął przywitany gromkimi owacjami Kai Hansen. Powrót do najstarszych dokonań grupy ziścił się za sprawą składanki z utworów Starlight, Ride the Sky i Judas oraz pełnowymiarowego wykonania Heavy Metal (Is the Law). Tłum dosłownie oszalał i chociaż naród domagał się dalszej jazdy bez trzymanki, muzycy najwyraźniej potrzebowali chwili na złapanie oddechu. Posłużyły im ku temu dwie ballady: Forever and One (Neverland) oraz A Tale That Wasn’t Right. Świetne duety Kiske z Derisem emanowały wzajemnym muzycznym uznaniem obu wokalistów i miało się wrażenie, że również wzruszeniem.

Po krótkiej pauzie na dyniowe animacje Michael Weikath zaintonował doskonale znany riff z utworu I Can – klasyku z albumu Better Than Raw. Bezpośrednio po nim scenę opuścili wszyscy muzycy, za wyjątkiem perkusisty Daniela Löble. Spodziewałem się standardowego perkusyjnego solo, tymczasem obejrzeć mogłem instrumentalny pojedynek pomiędzy obecnym „pałkerem”, a bębniącym niestety już tylko na wyświetlanym w tle filmie, tragicznie zmarłym w 1993 roku Ingo Schwichtenbergem (współzałożycielem Helloween), któremu występujący w Warszawie muzycy oddali w ten sposób hołd. Brawo!

Po emocjonalnym przerywniku, do głosu doszli ponownie główni aktorzy dzisiejszego wieczoru, którzy znów powrócili do „keeperowych” czasów, wykonując Livin Ain’t No Crime oraz A Little Time. Ten set był z kolei wodą na mój młyn: Why? oraz Sole Survivor – dalsze dwa wspomnienia Master Of The Rings oraz jeden z pierwszych znanych przeze mnie utworów HelloweenPower z krążka The Time Of The Oath. W świetnej atmosferze koncertu jakoś przestałem panować nad uciekającym czasem i z niemałą konsternacją przyjąłem do zrozumienia zapowiedź „ostatniej piosenki”. „No, może ostatniej” – na szczęście prędko sprostował Deris. Już mniej zatroskany wysłuchałem więc How Many Tears, przy którym w partiach wokalnych partycypowali wszyscy trzej obecni na scenie wokaliści.

A potem zgasły światła. Na szczęście nie na długo – pierwsza partia bisów była formalnością. Podobnie jak numer, który zabrzmiał po powrocie „hellołinów”: Eagle Fly Free! Parkiet eksplodował! Teraz tylko jeden numer mógł wprawić publikę w jeszcze większą ekstazę. Sądząc po ilości domagających się go od początku koncertu okrzyków, najpewniej utwór najbardziej wyczekiwany: Keeper of the Seven Keys, part II! Możliwość usłyszenia tej kilkunastominutowej fantastycznej kompozycji z oryginalnym wokalem Kiske, to coś, co zgodnie z wszelką logiką na zawsze pozostać miało w sferze marzeń, a dziś stało się magicznym faktem. Gdyby koncert zakończył się tym akcentem, nie mógłbym czuć ani grama niedosytu. Tymczasem muzycy dali się naciągnąć na jeszcze jedno bisowanie. Rozpoczęło je gitarowe solo Hansena. Swoją drogą, to ten wieczór był też fantastycznym gitarowym przeżyciem: wyczyny Weikatha, Hansena czy trzeciego do spółki Saschy Gerstnera – miód na uszy, a w tle tych wykonów bynajmniej chciał pozostawać basista Markus Grosskopf.  Ale wracając do porządku chronologicznego – Helloween pożegnało się z fanami, wykonując dwa przebojowe hity: Future World oraz I Want Out. Podczas tego ostatniego numeru pod strop hali wystrzeliły specjalnie przygotowane, sporych rozmiarów balony-dynie. Zdzierając gardło i przekrzykując się z Derisem i Kiske, miałem mieszane odczucia – wcale nie chciałem wychodzić (jak głosił przekaz wieńczącego koncert utworu), a jednocześnie starałem się przyjąć do świadomości informację, że każda historia musi mieć swój początek i koniec. Helloween bez dwóch zdań napisali w Warszawie piękną historię. Na całe szczęście – choć pierwsze wrażenie zrobiła na mnie wątpliwe – hala „Koło” podołała i zapewniła akustykę na poziomie odpowiadającym całemu przedsięwzięciu. Chyba nie przesadzę, ale był to najlepszy widziany koncert w tym roku – a zaliczyłem ich niemało. Aby tylko wytrwać do lata, kiedy „Dynie” powrócą do Czech z festiwalowym setem. Co więcej, Hansen z Weikathem w jednym z ostatnich wywiadów przebąkiwali o planach nagrania wspólnej płyty – więc chyba grzechem nie będzie robienie sobie nadziei na kolejne dyniowe zjednoczenie!

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .