Immolation, Azarath, Melechesh i inni – Kraków (26.09.2017)

Zerknijcie na plakat. Widzicie te nazwy? To chyba wystarczający powód, dla którego musiałem pojawić się w miniony wtorek (26.09 br.) w Zet Pe Te.

W przypadku otwierającego całą dyskotekę Sincarnate zdążyłem na dwa ostatnie numery, ale muszę przyznać, że rumuńscy death metalowcy brzmieli naprawdę interesująco. Jak dla mnie przypominali nieco Beheaded, z tym że całość była mniej brutalna i zarazem bardziej melodyjna. Nazwa z pewnością wędruje na listę do sprawdzenia, zwłaszcza że w tym roku wypuścili na świat nowy album. Miejmy nadzieję, że znów pojawi się okazja do zobaczenia ich na deskach któregoś z polskich klubów.

O tym, że In Twilight’s Embrace otworzyło muzyczną puszkę pandory i wypuściło na świat naprawdę zły (w tym pozytywnym wydźwięku) materiał, wie już chyba każdy szanujący się kuc. Zarówno The Grim Muse, Tremblings, czy tegoroczny Vanitas zebrały masę pochwał na rodzimym podwórku, ale mnie dopiero teraz przyszło zobaczyć w akcji wielkopolską ekipę. Nie pozostaje mi nic innego, jak chylić czoła nad sceniczną formą zespołu i nawet postawić sobie mały ołtarzyk. Od samego początku do końca, w pełnym skupieniu oglądałem koncert załogi dowodzonej przez Cypriana. Wyolbrzymiam? Być może. Wiem jednak, że na klęczkach pójdę na kolejny koncert i wydam każde pieniądze, żeby posłuchać tak zajebistego melodic death metalu, który na żywo sieje totalne spustoszenie w duszy. Celebracja śmierci w najlepszym z możliwych styli.

Na występie Melechesh zająłem dogodne miejsce z samego przodu i to nie bez powodu. Mieszanka black i death metalu prosto z Jerozolimy kupuje mnie na każdym z dotychczasowych wydawnictw, a sam Ashmedi jest po prostu geniuszem w komponowaniu chwytliwych riffów. Sam set, oparty głównie na Enki Emissaries, skutecznie rozruszał publikę i wzniecił uśpiony w jej wnętrzu ogień. Dla mnie z pewnością najmocniejszymi akcentami tego wieczoru były Ladders to Sumeria Triangular Tattavic Fire, które sprawiły, że na mojej twarzy pojawił się tak wielki banan, jak ten z reklam Chiquita. Dodatkowy plus za fajną grę świateł, która moim zdaniem była tego wieczoru najlepiej dobrana do występującego zespołu. Choć po cichu liczyłem na mały ukłon w kierunku As Jerusalem Burns[…], to i tak mogę śmiało przyznać, że koncert był co najmniej przedni!

Po krótkiej rozgrzewce przyszedł czas na to, co koziołki lubią najbardziej, czyli death metal z prawdziwego zdarzenia. Na pierwszy rzut poleciał nasz rodzimy Azarath, który już instalując się na scenie spowodował wzrost stężenia siarki na całej sali klubu. Bez zbędnego gadania, szumnych zapowiedzi czy jakiegokolwiek wstępu. Po prostu wleźli i rozpoczęli intensywną anihilację za pomocą bezkompromisowego młócenia. Inferno za kotłami po prostu miażdżył zgromadzony tłum, który w asyście tnących gitar i paskudnego (kolejny raz w pozytywnym znaczeniu) głosu Skullrippera doznał zbiorowego opętania. Technicznie, jak i muzycznie, nie ma nawet o czym wspominać, nie od dziś wiadomo, że zrodzony prawie 20 lat temu w Tczewie potwór należy do naszej śmiercionośnej ekstraklasy. Ci, którzy wątpili, choć podejrzewam, że aż tak głupich na koncerty nie wpuszczają, mieli okazję dokładnie zrozumieć, na czym polega fenomen tego zespołu. Parafrazując ojca założyciela Godz ov War, posypał się gruz. Rzekłbym nawet, że po tym występie runęło całe niebo.

Immolation to jeden z tych zespołów, które można określić…no właśnie nie wiem jak. Takich zespołów po prostu słucha się i podziwia, bez zbędnego rozkminiania. Ekipa dowodzona przez gigantycznego (i to dosłownie, ten chłop jest po prostu wielki, zarówno gabarytami, jak i umiejętnościami) Rossa Dolana, podobnie jak poprzednicy, po prostu weszła na scenę i zaczęła. Co tu dużo pisać. Z siłą buldożera rozpoczęli totalną demolkę, która od samego początku do końca trzymała mistrzowski poziom. Setlista oparta w większości na materiale z tegorocznego Atonement mogła być dla niektórych lekką przesadą, ale myślę, że w trakcie samego koncertu nie przyszło to nikomu do głowy. Jeżeli miałbym wskazać najlepsze momenty, to z pewnością postawiłbym na When the Jackals Come, porywający Rise the Heretics oraz Lower. Muzycy oczywiście sięgnęli też do starszych numerów, nie zabrakło hitów z klasycznego Dawn of Possesions i Close to a World Below czy dwóch poprzednich krążków – tutaj nadmienię, że kolejny raz w duchu cieszyłem się, gdy usłyszałem The Purge ze świetnego Majesty and Decay. Koncert kompletny: kości zostały złamane, oczy podbite, mordy poobijane, a zwłoki rozdeptane. Nowojorska ekipa rozbiórkowa urządziła Krakusom totalną demolkę w stuprocentowo oldschoolowym stylu.

To niesamowite, że Zet Pe Te udało się wytrzymać ten metalowy kataklizm. Left Hand Sounds oraz Massive Music udało się zadbać o jakość tego wieczoru w każdym calu. Muzycznie było bez wątpienia fenomenalnie, technicznie również nie można się do niczego przyczepić, a publika pomimo środka tygodnia też dopisała. Wniosek? Wincyj i to w trybie natychmiastowym!

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , .