Jex Thoth, MaidaVale – Warszawa (07.05.2018)

Nie sądziłem, że dane mi będzie ponownie zobaczyć Jex Thoth w akcji. Miałem ogromną przyjemność być na ich koncercie dobre kilka lat temu, jeszcze w klubie Fonobar, kiedy to promowali swój drugi album, Blood Moon Rise i było to niesamowite doświadczenie. Jednak od tamtego czasu zespół jakby popadł w letarg, a profil na Facebooku nie dawał żadnych znaków życia. Kiedy nagle konto ożyło, informując o europejskiej trasie, na której znalazła się również warszawska Hydrozagadka, byłem równie zaskoczony, co szczęśliwy. Jak się wkrótce okazało Jex Thoth nie tylko żyje, ale też dalej jest w doskonałej scenicznej formie.

W planie były dwa supporty: szwedzki MaidaVale oraz portugalski The Black Wizards, który ostatecznie nie mógł zagrać, z uwagi na zdrowotne kłopoty perkusisty. Chociaż ich zakręcony i psychodeliczny blues rock brzmiał mi przed koncertem całkiem przyjemnie, to śmiem twierdzić, że gdyby z rozpiski wypadł MaidaVale, byłoby dużo gorzej. Żeński kwartet pochodzi ze Szwecji, ale dziewczyny brzmią i wyglądają jak wyciągnięte wprost z woodstockowej sceny końca lat sześćdziesiątych – w najlepszym znaczeniu tego słowa. MaidaVale przyjechało promować swój drugi album, Madness Is Too Pure, który okazał się nie tylko bardziej zróżnicowany od debiutu ale też po prostu o klasę lepszy. Dlatego też na występ Szwedek czekałem równie niecierpliwie, co na Jex Thoth i absolutnie się nie zawiodłem.

Duży wpływ na mój odbiór miała niewątpliwie setlista – MaidaVale zaprezentowały niemal wyłącznie utwory z nowej płyty. Był dynamiczny i niesamowicie przebojowy Gold Mind, pokombinowana Oh Hysteria!, czy czarujący pięknym, melodyjnym motywem Walk in Silence. Z debiutu pojawiło się jedynie If You Want the Smoke, najbardziej chwytliwy kawałek z tamtej płyty, świetnie sprawdzający się na żywo. MaidaVale posiada coś, co nie trafia się często – grając psychodelicznego rocka, którego czasy świetności przypadały na lata siedemdziesiąte, potrafią zabrzmieć świeżo, po swojemu i zarówno rozbujać, jak i przykuć uwagę. Doskonale wypadała roztańczona wokalistka Matilda Roth, której mocny głos nic nie tracił na żywo, a chociaż za najwięcej muzycznego „mięcha” odpowiadała Sofia Strom i jej biały Stratocaster, to widać było, że ekipą dowodzi i nadaje grze ton siedząca za perkusją Johanna Hansson. Blisko godzinny występ był doskonały i został ciepło przyjęty, mimo że frekwencja do największych nie należała.

Kiedy na scenę po 21.00. weszła z małym opóźnieniem Jessica Toth ze swoimi przybocznymi, trudno określić atmosferę, która zapanowała. Ujmę to więc może tak – Jex Thoth potrafi lepiej oddać klimat misterium i muzycznego rytuału mając cztery świeczki i pięć osób w składzie, niż Batushka ze wszystkimi swoimi kadzidełkami, czachami i chórem – a mówię to przy całej mojej sympatii dla tego projektu. Muzyka formacji z San Fransisco, dowodzonej przez charyzmatyczną wokalistkę, to wypadkowa starego psychodelicznego rocka i doom metalu, gdzie równie mocno czuć ducha Coven i Jefferson Airplane, co Electric Wizard. Może to zasługa niesamowitego głosu Jessicy, może talentu do tworzenia pięknych, hipnotyzujących melodii, jednak Jex Thoth brzmi wyjątkowo.

Rotacje w koncertowym składzie zespołu nigdy nie budziły zdziwienia, jednak tym razem zmiany były nie tylko personalne. Zazwyczaj Jex Thoth koncertowała z dwoma gitarzystami, jednak na tej trasie gitara była jedna. Być może właśnie to spowodowało dosyć zaskakującą setlistę. Formacja posiada tylko dwa długograje, za to oba znakomite – zaś w Hydrozagadce zdecydowanie przeważał debiutancki album. Z Blood Moon Rise usłyszeliśmy jedynie monumentalny The Divide i bujający, spokojny, bardzo krótki Into a Sleep. Nie było ani fenomenalnego The Places You Walk, ani mojego ulubionego, pięknego Keep Your Weeds. Jednak jeśli myślicie, że w tym momencie tekst zamieni się w narzekanie na setlistę, to jesteście w błędzie. To chyba najlepiej świadczy o tym zespole, że nawet bez kilku moich ulubionych utworów ich występ nadal był totalnie zjawiskowy. Doskonale sprawdziło się w roli pierwszego utworu powolne Kagemni z epki Totem, zaś melancholijny Raven nor the Spirit, którego również nie uświadczymy na żadnym długograju, był jednym z najlepszych momentów koncertu. Obydwu utworom towarzyszyły niebezpieczne igraszki Jessicy z własnoręcznie rozpalonym ogniem.

Reszta setlisty to już debiutancki album, włącznie z poruszającym Separated at Birth, czy dość zaskakującym odegraniem całej Equinox Suite pod koniec. No i oczywiście Warrior Woman i cudny Son of Yule na bis, bo owacje, jakie słusznie Jex Thoth dostali nie pozwoliły im zejść ze sceny na długo. Pod względem brzmieniowym było blisko perfekcji i doskonale selektywnie, zaś Jex nie miała problemu z przebiciem się głosem przez potężne doomowe brzmienie basu, ani okazjonalne ściany dźwięku klawiszy.

Po raz drugi Jex Thoth udało się sprawić, że totalnie odpłynąłem i niemal zapomniałem gdzie jestem. I zauważyłem po raz kolejny to samo, co podczas występu formacji w Fonobarze – pomimo braku jakiejkolwiek konferansjerki zespół nawiązuje bardzo mocną więź i kontakt z publicznością. Moc, magia i misterium niesamowitości. Oby nie po raz ostatni.

Tagi: , , , , , , , .