Kaunan, Wardruna – Gdańsk (20.10.17)

Chyba najlepszym dowodem na polski entuzjazm związany z Wardruną stanowi fakt, że bilety mimo swojej wysokiej ceny zostały wyprzedane ponad miesiąc przed wydarzeniem. Tego entuzjazmu nie brakło również 20 października br. podczas koncertu na scenie Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego o wyjątkowo dobrej akustyce, gdzie nawet klaskanie i wiwaty widowni brzmiały doskonale. I co najbardziej mi się podobało, tyczyło się to zarówno Wadruny, jak i supportu.

Swoje niesamowicie ciepłe przyjęcie Kaunan mógł zawdzięczać swojskiemu, w większości radosnemu folkowi z silnymi wpływami muzyki norweskiej, szwedzkiej i niemieckiej czy humorystycznej narracji występu, ale również osobistym odniesieniem się do polskiej muzyki jako podłoża dla tradycji, z których czerpie inspirację. Widownia mogła się dowiedzieć, że kiedyś w Skandynawii bardzo popularny był polonez, do tego stopnia, że zamiast mówić „Chodźmy tańczyć” używano zwrotu „Chodźmy na Polska”. Takie przywitanie spotkało się z ogromną wrzawą, tak samo jak każdy następny utwór oraz koniec występu tego trio.
Jak na folk przystało, na scenie pojawiły się niesamowite instrumenty, których nazw nie idzie zapamiętać, ale brzmiały efektownie i zdawały się przenosić cały budynek w czasie. Zespół wykonał piosenki z najnowszej płyty, wydanej po 9 latach zbierania materiału, na której zresztą pojawił się gościnny występ Einara Selvika z Wardruny.

Pełna sala teatru razem z trzema piętrami balkonu z niecierpliwością oczekiwała pojawienia się gwiazdy wieczoru. Wejściu Wardruny towarzyszyła jeszcze większa burza oklasków niż w przypadku poprzedników, i przy zaciemnionej scenie rozpoczął się koncert, bez zbędnych powitań. Pojawiły się utwory ze wszystkich trzech albumów zespołu, z czego każdy spotkał się z gromkimi owacjami publiki.
Całości towarzyszyła raczej minimalistyczna oprawa – oba wokale zajmowały środek sceny przed perkusją i to oni przyciągali większość uwagi, a całość efektów, oprócz hipnotyzującej muzyki, stanowiły dolne, jednokolorowe światła rzucające niesamowicie wyglądające cienie na białe tło oraz trochę dymu pod koniec koncertu. I to wszystko. Jednak moim zdaniem w zupełności wystarczająco.
Na półtorej godziny można było dać się ponieść oryginalnemu, mistycznemu, ale też w pewien sposób nowoczesnemu brzmieniu i melancholijnemu nastrojowi. Muzycy nie łamali nastroju interakcją z publiką aż do samego końca, kiedy Einar Selvik zapowiedział ostatni utwór. Na koniec długo dziękował widowni, mówiąc, że koncerty w Polsce zawsze dobrze wspomina i musi rzecz jasna bywać tu częściej. Po wyjątkowo długich oklaskach Selvik już solowo, tylko z akompaniamentem liry, zakończył koncert wzruszającą balladą.

Uważam, że świetnym zabiegiem było zorganizowanie koncertu tak specyficznego zespołu właśnie w teatrze. Nawet najdelikatniejsze smaczki muzyczne były doskonale słyszalne, co było zasługą zarówno nagłośnienia, jak i akustyki olbrzymiej sali koncertowej. Również nie można zapomnieć o pięknym oświetleniu, bo gra kolorowych świateł i skaczących cieni była nieodłącznym elementem magii tego wydarzenia. Ja na pewno nie byłam zawiedziona, a koncert ląduje na mojej liście tych najlepszych i niezapomnianych.

Urszula Dziedzic

Urszula Dziedzic

Generalnie to będę kiedyś leczyć raka i klonować ludzi, ale lubię coś napisać od czasu do czasu.
Urszula Dziedzic

Latest posts by Urszula Dziedzic (see all)

Tagi: , , , , , , , , , .