Kilkim Žaibu Festival – Litwa, Varniai (29.06-01.07.2017)

Będąc fanem czeskiego  Brutal Assault, i jeżdżąc do naszych południowych sąsiadów praktycznie „z automatu”, już dwa lata temu poczułem, że warto by było  urozmaicić swoje festiwalowe wojaże. Internetowy research wspomogły anonsy (dzięki Iza!), które nakierowały mnie na interesujący festiwal u naszych północnych sąsiadów – na Litwie.

Kilkim Žaibu Festival nie jest naszpikowany od A do Z zespołami światowego formatu. Dla mnie jedną z największych zalet tego festiwalu jest to, że można poznać i zobaczyć mnóstwo ciekawych undergroundowych zespołów. Ale o tym i innym po kolei.

Dzień 1

Na miejsce festiwalu dotarliśmy około godziny 19.00 i już na dobry wieczór czekała  nas samochodowa kolejka po odbiór opasek i akredytacji. Trzeba przyznać, że Litwini są gościnni, bowiem z miejsca zostaliśmy ugoszczeni wysokoprocentowym alkoholem. Dzięki sprawnej organizacji akredytacje odebraliśmy wyjątkowo szybko, na dodatek otrzymaliśmy niezwykle gustowne i klimatyczne wisiorki z wypalonym w drewnie oznakowaniem „media” (+5 pkt do lansu).

VIP camping w cenie 15 euro, na który się zdecydowaliśmy umożliwiał ulokowanie samochodu tuż obok rozłożonych namiotów. Warto wspomnieć, że ochrona ochrona dość restrykcyjnie sprawdza, czy nikt nie wnosi swoich trunków lub innych substancji pobudzających.
Tuż po rozłożeniu namiotów i złapaniu oddechu nastąpił jeden z głównych (jak się potem okazało) punktów festiwalu, czyli deszcz.

Pierwszy koncert, na który dotarłem to występ dark neo folkowego Romowe Rikoito (bandcamp), który śpiewa w  języku staropruskim.

Nie jestem fanatykiem tegoż gatunku, ale postanowiłem chociaż z ciekawości sprawdzić, co ów zespół ma do zaoferowania. W skrócie: „Oj warto było i to bardzo!„. To była godzina magicznego występu. Dwa uzupełniające się wokale (wokalista oraz wokalistka również grają na kotłach), akustyczna gitara oraz cymbałki i tamburyn – to instrumentarium, które można było usłyszeć podczas koncertu.

Następnym zespołem, który tego wieczoru miał się zaprezentować na Pikuolis Stage był najbardziej znany na Łotwie zespół, czyli Skyforger. Nie było to typowe show zespołu, bowiem zespół postanowił zagrać swoje utwory tylko i wyłącznie w folkowej odsłonie. Było to dla mnie zaskoczenie i nie będę ukrywał, że zdecydowanie bliższe mi są ich „metalowe” aranże. Z drugiej strony, trzeba przyznać, że utwory w folkowej wersji zyskały dodatkowego ducha i wydźwięku. Sumarycznie koncert określam „na plus”.

Wieczór zwieńczył koncert szwedzkiego folk/viking metalowego zespołu Grimner. Powiem tak – dawno mi przeszła fascynacja folk metalem, jednak ten koncert to było COŚ! Pozytywna i skoczna muzyka, ale nie plastikowa i śmieszna, z czym się może kojarzyć. To był folk metal na najwyższym poziomie.  Nie sposób nie wspomnieć o Rambo, który miał kapitalny kontakt z publiką, człowiek – sceniczna bestia.


Dzień 2

Nowy dzień oznaczają nowe koncerty. W porze obiadowej o godzinie 13.30 hałasowała łotewska black metalowa horda Velnezers. Mój poziom znajomości ich twórczości wynosił zero, więc podchodziłem do koncertu z pewnym dystansem, który zniknął już po pierwszych dźwiękach. Kwartet z charakterystycznym corpse paintem zaserwował klasyczne black metalowe hymny ze skandynawskimi inspiracjami. Zespół pełen pasji, wigoru i energii, w szczególności uwagę zwracał wokalista, który wyglądał jak młody Adam „Nergal” Darski. Pierwszy koncert tego dnia, a ja już byłem ukontentowany. Będę miał na nich oko i Wy też miejcie.


Jako pierwsi na dużej scenie, wspomnianej Perkunas Stage, zaprezentował się Autism. Nazwa mogła sugerować DSBM, jednak nic mylnego. Litewski kwartet gra post-rock/metal z elementami muzyki progresywnej.  Autism nie opiera się  na utartych w post-rocku patentach, ta muzyka ma pewną dozę oryginalności. Długie melancholijne kompozycje nie nudziły, a sam koncert minął zdecydowanie za szybko.


Na małej scenie zagrał The Blast Beets, utrzymany w rock’n’rollowym stylu. Uprzedzam, że jest to zwyczajny cover band, tak więc szału na mnie nie zrobili.

Po nich na dużej scenie zaprezentował się zespół Khepra. W rozpisce nota – symphonic death metal z Turcji. Klimaty Fleshgod Apocalypse to jest coś, co lubię, i to bardzo. Jak Khepra broni się na żywo? O zgrozo. Muzyka była nudna, miałka, a partie symfoniczne nieudolne. Formacja zdecydowanie nadrabiała wyglądem – bezbłędny corpse paint, stylowy ubiór oraz bannery promujące zeszłoroczne wydawnictwo.

Podarowałem sobie koncert białoruskiego Shaman Jungle, który  określono w rozpisce ethno trance.

Oczekiwałem jednak na występ Austriaków z Harakiri For The Sky. Zespół zbiera niezłe noty po ostatnim albumie III:Trauma, a mój redakcyjny kolega ich co najmniej uwielbia. Tak więc nie pozostało nic innego, jak skonfrontować te ochy i achy. Muzycznie wszystko się zgadzało i podobało, jednak ten krzyczany wokal? Sorry, not for me.

Po nich na małej scenie zagościła grupa Magra Muzika z trzema pięknymi wokalistkami. Aura nie była sprzyjająca i podpowiadała, że warto się nieco wysuszyć i zagrzać.


Ale wrócić należało na koncert nieznanej mi jeszcze estońskiej formacji Loits, która mnie kupiła od pierwszych dźwięków! Co to był za koncert! Taki zmielony black metal z rock’n’rollem – mix Taake oraz Witchery. Oj ciężko było stać w miejscu, ciało samo reagowało na to, co zespół wyprawiał na scenie. Bardzo polecam!


Nie mogłem oczywiście pominąć występu ukraińskiej formacji 1914, której nazwa już jakiś czas temu mi się przewinęła. Zespół młody, ale myślę, że jest gotów namieszać na metalowej scenie. Zarówno lirycznie, jak i pod kątem image’u zespół mocno nawiązuje do pierwszej wojny światowej. Cały band występował przyodziany w wojskowe stroje, dodatkowo umorusani, jakby wrócili prosto z frontu. Za statyw wokalisty został wykorzystany sztucer. Przed każdym utworem wokalista w skrócie opowiadał o czym będzie kawałek. Należy wspomnieć też o aktorskiej grze wokalisty, który wczuwając się w muzykę, jak i treść  piosenki wyglądał jakby to było wynikiem zespołu stresu pourazowego. Coś niesamowitego. Przez cały czas trwania koncertu publika skandowała nazwę zespołu, widać nie tylko mi ukraiński hord przypadł do gustu. Wokalista nawet nie musiał zagrzewać publiki do mocniejszej interakcji słowami „hey!, hey!”. Godzina 22.00 oznaczała koniec koncertu, jednak publika nie dała za wygraną i długo skandowała „one more song! one more song!”. Udało się! Organizator pozwolił zespołowi na zagranie jeszcze jednego utworu. Wielkie podziękowania dla organizatora, jak i zespołu za fenomenalny koncert.

Czym prędzej należało się przemieścić na dużą scenę, gdzie już zaczęli grać Szwedzi z Manegarm. Kapela to bezsprzecznie koncertowa petarda, melodyjna, lecz z konkretnym pazurem. Muzyka porwała publikę, która się niesamowicie bawiła. Ja również.

Czekałem na występ Archgoat, którego nie miałem jeszcze okazji zobaczyć  na żywo. Mam świadomość, że ów zespół jest bardzo ceniony w black metalowej społeczności, jednak kapela ta w ogóle mnie nie porwała. Kompozycje można było podzielić na dwa typy: black/doom metalowe walce oraz typowo black metalowa nawalanka. Nawet pomimo sprytnie ułożonej setlisty wszystko się zlewało. Taki ot, surowy black metal.


Nie dane mi było zobaczyć Mgły na majowej trasie koncertowej, więc tym bardziej z entuzjazmem podszedłem do koncertu black metalowego zespołu z Krakowa. Mgła słabych koncertów nie daje, na żywo jest to 200% transu. Mogę jedynie ponarzekać, że nagłośnienie nie było na tyle selektywne, na ile oczekiwałem. Niemniej jednak koncert był co najmniej dobry, a usłyszeć Exercises in Futility na żywo – bezcenne.


Na koniec dnia można było zobaczyć i usłyszeć łotewski doom/death metalowy zespół Frailty. Niestety w wyniku przemoczenia i wychłodzenia, byłem obecny jedynie na dwóch pierwszych utworach. Jednak i te dwa utwory na koniec potrafiły „wbić” człowieka w ziemię. Jeśli nie znacie tejże formacji, a lubicie Novembers Doom, to szczerzę Wam polecam.

Dzień 3

Całonocna ulewa oraz opady od samego rana podpowiadały, że należy skrzętnie przygotować plan działania na ostatni dzień koncertów. Z zaplanowanych na sobotę 13 koncertów postanowiłem się stawić na 7 sztukach.
Na pierwszy strzał poszła litweska Extravaganza, grająca depresyjny post-black metal. Grupa ma w swoim dorobku jedynie jeden album. Muzyka pełna smutku, depresji i melancholii, okraszona  niesamowicie przygnębiającym wokalem, niemal błagającym, który tylko uwydatniał głębię kompozycji. Bardzo smutny a zarazem znakomity koncert. Ten zespół zapisuję w notatniku i będę go miał na uwadze, tak jak odkryty kilka lat temu Nrcssst.


Jak wcześniej wspominałem aura nie rozpieszczała, tak więc następnym zespołem do obejrzenia na żywo była końcówka występu formacji Pulse of Nebulae (progressive/melodic death metal). Jeśli byliście fanami starego In Flames, a od jakiegoś czasu „wieszacie na nich psy”, to ta kapela Wam się spodoba. Chłopaki prezentują bardzo dobrze zagrany i zaaranżowany melodyjny death metal z lekkimi klawiszowymi partiami.


Chyba każdemu z fanów black metalowej muzyki obiła się o uszy nazwa szwedzkiego zespołu Valkyrja. Mnie również, tak więc nie pozostało nic innego, jak sprawdzić ich sceniczną formę. Cały zespół był przyodziany w mocno poszarpane ubrania obryzgane niby-krwią. Jak było? Było dobrze, tylko dobrze.

Po średnim koncercie Szwedów oczekiwałem bardzo dobrego występu Au-Dessus. Ich koncert podzieliłbym na dwie części. Celująco wypadły kawałki z EPki, jednak utwory z debiutanckiej płyty, która miała premierę w maju bieżącego roku nie zrobiły na mnie furory. Po kilku odsłuchach nowy materiał mnie nie przekonuje. Kapela oczywiście wystąpiła w swoich czarnych kapturach, nie wdając się w zbyteczne między-utworowe pogadanki z publicznością.

Również ze sporym zaciekawieniem kierowałem się na koncert brytyjskiego sludge/post-metalowego zespołu Bossk. Jedno trzeba im przyznać. Długimi kompozycjami zbudowali świetną atmosferę podczas koncertu. Na początku zapowiadało się, że kapela będzie wirować wokół post-rockowych pasaży, jednak po pierwszym utworze konkretnie przywaliła sludge’owym ciężarem i było wiadomo, że lekko już nie będzie. Na domiar tego w te sludge metalowe dźwięki całkiem sprytnie został wklejony stoner metal. Całość po prostu wgniatała w ziemię.

Vulture Industries nie jest zespołem mocno koncertującym, tak więc szansa, która mi się przydarzyła była czymś, czego nie mogłem pominąć. Z awangardowym metalem jest jak w systemie binarnym – albo go uwielbiasz (1), albo omijasz szerokim łukiem (0). Na niedawnej Metalamanii w Katowicach z występu Arcturus zrezygnowałem po 6 sekundach, jednak tutaj sprawa miała się z goła inaczej. Cały zespół Vulture Industries występował w swoim charakterystycznym stylu ubioru, a ekscentryczny sposób zachowania wokalisty i jego typowy marsz dodawał całości animuszu. Po publice było widać, że Norwegowie są niezwykle mile widziani na litewskiej ziemi. Zespół zagrał bodajże trzy nowe utwory z nadchodzącej płyty, z czego dwa nie były dotychczas publikowane w sieci. Podczas jednego z utworów zeskoczył ze sceny i maszerował, śpiewając tuż przy barierkach, od czasu do czasu bratając się z fanami. To był po prostu świetny koncert.

Na koniec festiwalu (dla mnie) zagrał Abbath. Jak się pewnie domyślacie wprost ze sceny śmieszkował w swoim stylu. Muzycznie bardzo dobry koncert, zdecydowanie lepszy niż ten, którego byłem świadkiem na Brutal Assault. Nie sposób nie wspomnieć o moshowaniu perkusisty podczas gry oraz mankamencie, jakim była gra gitarzysty koncertowego. Otóż, w nie jednym momencie było widać i słychać, że źle „wchodzi w utwór” albo „zmienia brzmienie na pedal boardzie”. A wspomniany gitarzysta wyglądał niczym John Tardy z Obituary. Na żywo kapitalnie wyszedł kawałek Winterbane oraz klasyczny All Shall Fall. I w ten oto sposób żegnałem się z 18-tą edycją Kilkim Zaibu Festival na obrzeżach miasta Varniai (pl. Wornie).

Gastronomia

Zaplecze gastronomiczne muszę ocenić bardzo pozytywnie. Spory wybór dań, zarówno dla osób mięsożernych, jak i wegetarian. Piwne stoiska były ulokowane w kilku miejscach, tak więc nie było mowy o zbyt dużych kolejkach po złoty napój. Na koniec jeden szczegół – na festiwalu podawano piwo, nie piwo z wodą, jak to się niestety często zdarza w innych miejscach. Tutaj możecie obejrzeć jak wyglądał festiwalowy kubek.

Teren festiwalu i okolica

Miejsce festiwalu ulokowane jest w odległości 3,5 km od centrum miasteczka Wornie (lt. Varniai). Miasteczko oferuje trzy sklepy spożywcze, aptekę oraz bar-kebab. Teren, jak i miejsca campingowe położone są bezpośrednio przy jeziorze Lukstas. Dojście z campingu do „serca” festiwalu zajmuje około 5 minut. Teren jest w sporej części zalesiony, tak więc przy okazji wysokich temperatur, których w tym roku nie uraczyliśmy, można się bez problemu schować w cieniu.
Kwestie sanitarne miały się następująco. Popularne Toi-toi’e były rozlokowane w ilości wystarczającej dla przybyłej publiki. Festiwal posiada niestety jeden minus. Jeden, ale za to duży (przynajmniej dla mnie). Brak pryszniców! XXI wiek, edycja festiwalu #18 i brak pryszniców. Tragedia.

Stoiska z merchem

Festiwalowy merchandise można było zakupić w dwóch lokalizacjach. Nie jest to chyba trafiony pomysł, bo jeśli na jednym stoisku nie ma rozmiaru, to należy koniecznie się udać na drugie stoisko. Również nie było łatwo z dostępnością płyt zespołów, które grały. Napotkałem niestety tylko kilka tytułów zespołów, które wystąpiły na scenie. A jeśli już te płyty były, to przeważnie wystawiane tuż przed koncertem i krótko po nim znikały.
Były również dostępne 3 stoiska z płytami, jednak ich ceny były dalekie od przyjemnych dla kieszeni.
Minus się należy dla stoisk, które w sobotę zwyczajnie zniknęły (jakby na złość, bo akurat planowałem zakup).

Sugestie i pomysły

Warto byłoby uruchomić namiot i podać rozpiskę czasową na podpisy, zarówno płyt, jak i możliwości spotkania z zespołem celem przeprowadzenia wywiadu. Dopracować można byłoby festiwalową ulotkę i przy nazwie zespołu dodać gatunek muzyki (szczególnie pomocne przy mało znanych zespołach).

Inne atrakcje

Organizator zaplanował również inne, około festiwalowe atrakcje, jak nietypowy mecz piłki nożnej (viking football), który polegał na wyrwaniu potężnego kawałka drewna drużynie przeciwnej i wniesienie go do „bramki” przeciwnika.

Były również prezentacje i spotkania podczas których przedstawiano różnice pomiędzy plemionami Bałtów jak i Skandynawów. Wieczorową porą bardzo widowiskowym spektaklem były pokazy ognia.

Podsumowanie

Muzycznie festiwal oceniam jako udany.
Kilka młodych zespołów zaciekawiło mnie w takim stopniu, że już poczyniłem ruchy ku zakupowi płyt CD bezpośrednio od nich. Wielkie brawa dla organizatora za ściągnięcie i umożliwienie zagrania koncertu mniej znanych zespołów, mam tutaj na myśli Velnezers, Autism, 1914, Loits oraz Extravaganza. Headlinerzy zaprezentowali się w bardzo dobrej formie (Manegarm, Mgła, Vulture Industries, Abbath). Koniecznie muszę wspomnieć o bardzo dobrym nagłośnieniu oraz znakomitym oświetleniu. Napoje oraz jedzenie były bardzo smaczne. Pozostaje tylko uzupełnić braki sanitarne 😉

Kogo bym widział na Kilkim Zaibu Festival 19 – jako headliner na pewno sprawdziłby się Finntroll oraz Týr, a do folkowej części festiwalu (pierwszy dzień) rekomendowałbym polski projekt OLS. Z Polski dorzuciłbym jeszcze Devilish Impressions oraz młody i bardzo obiecujący zespół Varmia. Ze Skandynawii zobaczyłbym młody zespół Kyy. Zobaczymy, czym nas zaskoczy organizator, ale ja już z niecierpliwością oczekuję na anonsy organizatora, bo patrząc na poprzednie edycje festiwalu nasuwa się maksyma Litwina Roberta Burneiki: „Nie ma lipy!”.

Na koniec – słomiane symbole festiwalu zostały spalone.

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .