Kreator, War-Saw, Minetaur – Szczecin (5.06.2018)

Peron 5 to stosunkowo młody szczeciński klub, choć bezsprzecznie największy w mieście. Jak zachwalają go właściciele, żaden inny nie jest w stanie pomieścić tak dużej ilości ludzi. Miałem okazję sprawdzić wszystkie informacje przy okazji wspólnego gigu Venom Inc. oraz Vader w październiku 2015 roku i wrażenia były nieziemskie. Tym razem, 5 czerwca br., pod patronatem Knock Out Productions zabrzmiały tu riffy Minetaur i War-Saw. Te dwa składy supportowały główną atrakcję wieczoru, klasykę oldschoolowego thrash metalu – grupę Kreator, która odwiedziła to miasto przy okazji promocji swojej najnowszej płyty Gods Of Violence.
Na miejsce dotarłem pół godziny przed planowanym otwarciem bramek i powiem szczerze, że o tak późnej porze spodziewałem się raczej tłumów. Na miejscu zastałem jednak około trzydziestu osób. Nie spieszno było zatem fanom. 

Czekając na występ Minetaur, który jako pierwszy tego wieczoru rozgrzewał publiczność, patrzyłem jak wolna przestrzeń pode mną powoli się zapełnia. Osobiście bardzo na ich koncert liczyłem, bo wydany niedawno pierwszy długograj cholernie mi się spodobał. Chłopaki rozpoczęli swój gig planowo, startując wysokim C w postaci Trailblazer. Przez kilka pierwszych minut wokalista miał lekkie problemy z mikrofonem, który co chwilę odmawiał mu posłuszeństwa. Nie wiem, czy była to wada sprzętu, czy Nauman sam przesuwał włącznik w natłoku dzikich harców i headbangu, ale w dalszej części koncertu sytuacja już więcej się nie powtarzała. Na pochwałę zasługuje też Piotraz, który ze swoją gitarą czuł się na scenie jak ryba w wodzie. Wybrzmiały niemal wszystkie utwory z Grave Pit, nie zabrakło również takich numerów, jak Hammered, Spitfire czy mój ulubiony Human Error. Chłopaki dali z siebie sto procent, grali równo i arbitralnie, ale publika była jeszcze nieliczna i dość sztywna… Taki jest minus grania jako starter, kiedy ludzie jeszcze zaprawiają się przy barowej ladzie albo dopiero przekraczają progi klubu. Mi osobiście ten występ bardzo się podobał i śmiało rzec mogę, że był stanowczo za krótki. Po pół godzinnym mocnym łomocie zeszli ze sceny w niemal martwej i – według mnie – niezasłużonej ciszy, robiąc miejsce dla War-Saw, których domagał się coraz liczniej zgromadzony już tłum.

W rozumieniu prawdziwego fana thrashu, pewnie bluźnię przyznając się, że twórczość tej kapeli jest mi obca. Przez kilka ostatnich dni próbowałem jej nieco liznąć, aby wiedzieć, czego mógłbym się spodziewać. Ich muzyka nie jest dla mnie specjalnie odkrywcza, choć biorąc pod uwagę ekscytację widowni, byłem chyba pojedynczym przypadkiem. Kiedy sprawdzałem ich materiał, urzekli mnie świetnym coverem Queen, który od dłuższego czasu można odsłuchać w sieci i to właśnie on spowodował, że postanowiłem dokładnie przyjrzeć się tej grupie na żywo. Kiedy wyszli na scenę, od razu rzuciła mi się w oczy ich stylówa. Większość zespołu wyglądała jak podręcznikowy przykład metala z lat osiemdziesiątych. Znoszone T-shirty, wąskie nogawki, paski w ćwieki i tradycyjne białe buty za kostkę. Ale imidż kapeli to przecież nie wszystko – liczy się to, jak potrafią porwać słuchacza i przyznać trzeba, że Sylwia starała się co sił w gardle – a ma je naprawdę mocne – i udowodniła to od pierwszego numeru, którym był Death Come. Jej nawoływania nie spowodowały jednak większego poruszenia. Ludzie nie skakali ani nie krzyczeli tak, jak chciała tego wokalistka. Trochę jednak przytupywali i lekko kiwali głowami. Gapie zajmowali raczej krawędzie klubu, tworząc po środku fajną przestrzeń dla kilku intensywnie moschujących panów. Mimo tego dało się odczuć, że widzowie są już nieco bardziej rozluźnieni niż wtedy, gdy na scenie stał Minetaur. Podczas pierwszego numeru gitarzyście pękła struna, więc i tutaj nie obyło się bez wpadki. Do Blood Honour Vendetta wyszedł już z nowym wiosłem i cała reszta zagrana została już tak jak należy. Wybrzmiały jeszcze Nuclear Nightmare, You Will Die, Spiral Of Violence, Bleed Them Out oraz wieńczący całość Fire in the Hole. Nie mogę napisać, że był to dobry koncert. Zaliczyłbym go jedynie do udanych. Muzycy brzmieli dobrze, choć mogliby dać z siebie trochę więcej. Może to efekt stresu, który niewątpliwe był obecny – grali przecież przed ikoną.

Kreator ma świetnych techników, którzy udowodnili, że nie potrzeba wagonu ludzi do przygotowania sceny. Poprzednie zespoły chyba dzieliły się sprzętem, dlatego wyniesienie zbędnych już teraz bębnów i wzmacniaczy nie trwało długo. Wspólnymi siłami wyczyścili niewielki podest, na który szybko wkroczyło trzech ludków z niemieckiej ekipy i w mgnieniu oka wszystko było gotowe na wejście legendy. Światła zgasły i punktualnie o godz. 21:30 z głośnika poleciało intro, które sprawnie przeszło w pierwszy hit wieczoru – Phantom Antichrist. Przy jego dźwiękach liczna już teraz publiczność po prostu oszalała. Momentalnie zrobiło się gorąco, a był to przecież dopiero początek koncertu. Od razu dało się zauważyć, że Kreator, mimo sędziwego już wieku całej czwórki, jest w doskonałej formie. Od samego początku uzyskali świetny kontakt z tłumem, który ochoczo reagował na wezwania Milla Petrozzy. Widać było, że szczecinianie są bardzo spragnieni koncertów tak kultowych grup jak ta, co z pewnością odbiło się na jakości tego show. Sama setlista również prezentowała się zacnie. Zaraz po pierwszym numerze wybrzmiały takie kawałki, jak: Hail to the Hordes, Enemy of God czy świetny Satan is Real, którego refren dodatkowo podgrzał atmosferę żywym ogniem. Nie zabrakło również kłębów dymu, konfetti i klasycznego wiru, który zorganizował wokalista podczas dalszej części gigu. W tamtym momencie pomyślałem, że mam ogromne szczęście stojąc na górze, bo z tego pogo nikt nie wyszedł bez siniaków. Oczywiście nie obyło się bez takich hitów, jak Civilization Collapse, People of the lie, Total Death oraz From Flood Into Fire i Totalitarian Terror. Było też wymachiwanie flagą, która zwiastowała, że spod palców Samiego wybrzmią za chwilę pierwsze nuty Flag of Hate, a zagrane na bis kończące Betrayer oraz Pleasure to Kill pozbawiły publiczność resztek energii i potu.

  

Szczecin rzadko ma szansę gościć tak dobre kapele, a po występie Kreatora i żywych reakcjach głodnych takiego grania fanów na pewno należy rozważyć to miasto na trasach koncertowych. W klubie rozpętało się naprawdę niezłe piekło, którego uczestnicy długo nie zapomną. Ja zaliczam ten wieczór do bardzo udanych i żałuję, że nie mogłem zaczekać, aż Milla i reszta składu wyjdą do ludzi, aby strzelić kilka fotek, jak to mają w zwyczaju. Niestety – taki już twój los, kiedy mieszkasz na prowincji i uzależniony jesteś od rzadko kursujących pociągów. Niemniej jednak mam nadzieję na częstsze eventy tego typu, tym bardziej że to miasto zasługuje na takie inwestycje.

Tagi: , , , , , , , , , , , , .