Laibach – Wrocław (19.11.2017)

Tako rzecze Laibach

Scenę spowija mrok, przerywany tylko snopami świateł z trzech projektorów.
Ściana ogłuszającego dźwięku leniwie pokonuje kolejne metry nawy w dawnej kaplicy klasztoru dominikanek.
Wtedy na scenę wchodzi On – jedyny w swoim rodzaju hipnotyzujący Milan Fraš. Jego wokal, podobnie jak dźwięki głaskanych smyczkiem strun gitary, wypełniały powierzchnię sali.
Zaczęło się.

Tegoroczna jesienno-zimowa trasa słoweńskiej grupy Laibach promuje album Also Sprach Zarathustra (pisownia oryginalna, stosowana przez grupę), który oparty jest na dziele nihilistycznego niemieckiego filozofa, Fryderyka Nietzschego. Dzieło to zawiera w sobie kompilację wszystkich jego poglądów filozoficznych, w których ogłaszana jest śmierć Boga, wola mocy i koncept nadczłowieka – czyli idealna tematyka dla Laibach. W końcu mamy do czynienia z zespołem, który otwarcie romansuje z totalitaryzmami („Jesteśmy narodowymi socjalistami w tym samym stopniu, co Hitler był malarzem” – zastrzegał jednak Fraš), oddaje hołdy innym artystom (bardzo specyficzne covery Queen czy Rolling Stones), ale przede wszystkim nie przebiera w środkach i ma niezaspokojoną ambicję. Bo jak inaczej nazwać koncertowy wyjazd do Korei Północnej jako jeden z pierwszych zachodnich zespołów, czy współpracę z wieloma grupami teatralnymi przy tworzeniu muzyki do ich spektakli? Ta ambicja właśnie przekuta została w Also Sprach Zarathustra, która debiutowała jako podkład muzyczny do sztuki Matjaža Bergera pod tym samym tytułem. Teraz Laibach chce nam przybliżyć ideę nadczłowieka, więc na(d)jechał nad Odrę, do wrocławskiego Starego Klasztoru 19 listopada dzięki uprzejmości agencji Noise Annoys Booking Agency & Records Label.

Publiczność zgromadziła się bardzo licznie i w niepokoju oczekiwała na rozpoczęcie audiowizualnej rozprawy nad najszerzej znanym dziełem Nietzschego.
Początek był głośny, mocny i nieprzewidywalny – po wielu latach dosyć stabilnego składu osobowo-instrumentalnego, doszło do wielu zmian. Największym zaskoczeniem był początkowy brak Miny Špiler i fakt, że do zespołu po wielu latach dominacji elektroniki, powróciły dźwięki gitary a elektrycznej.
Laibach zaczął… od końca. Pierwszym utworem był ostatni na albumie „Von den drei Verwandlungen”, który już na samym początku mocno skonfundował część widowni – choćby przez długość jego trwania i teatralne zachowanie wokalisty. Potem jednak zespół trzymał się kolejności, starając się ograniczać przerwy między utworami do minimum, co doprowadzało do ciekawych sytuacji (niektórzy klaskali w trakcie wykonywania poszczególnych części, a interwały de facto były ignorowane zarówno przez zespół, jak i publiczność).
Już po kilku utworach można było śmiało stwierdzić, że nie jest to show dla każdego. Ci, którym koncepcja nowego albumu odpowiadała i zostali do końca (tak, widziałem wiele rozczarowanych osób, które opuszczało Stary Klasztor w trakcie koncertu), mogli poczuć się zadowoleni – na przykład z części „filozoficznej”.
Złowroga melorecytacja chropowatym głosem Fraša to po prostu kolejny idealnie dopasowany element tej układanki. Ale nie można brać wszystkich jej części na poważnie: Laibach nie byliby sobą, gdyby nie skrywały się w tym choćby delikatne elementy ironii. Można paradoksalnie stwierdzić, że dużą część ospałej (bo nie do końca zdającej sobie z koncertowej koncepcji) publiczności obudziły pojawiające się w utworze „Das Nachtlied II” odgłosy… chrapania.
Całkowite przebudzenie jednak nadeszło „Ze Wschodem Słońca” (czyli pojawieniem się „Vor Sonnen-Aufgang”, czyli ostatniego utworu pierwszej części koncertu), gdy na scenę powolnym krokiem wkroczyła Ona – długo oczekiwana Mina Špiler. Piękny, prawie dziesięciominutowy utwór z cieszącymi oczy wizualizacjami był tak poruszający do głębi, że publiczność aż zamarła. Grobowa, mistyczna cisza po jego zakończeniu ogarnęła całą salę, lecz ogromnie entuzjastyczny aplauz po dobrej minucie tylko utwierdził mnie w tym, że brałem udział w niepowtarzalnym wydarzeniu.

Krótka przerwa i wrócili – tym razem z bardziej energetycznym materiałem. Ale czy na pewno?
Wątpliwości pojawiły się z powodu doboru utworów. Takie kawałki jak „Anti-Semitism”, „Ti, ki izzivaš” czy rzadko grany „Le Privilege Des Morts” cieszą ucho i oko, szczególnie starych wyjadaczy. Nie są to jednak numery, które pasowałyby jako dogrywka. Ich tempo zlało się całkowicie z odegranym materiałem z Also Sprach Zarathustra. Nieco sytuację poprawiło ponowne pojawienie się Miny i popisowe odegranie hitowej „Bossanovy” i coveru Blind Lemon JeffersonSee That My Grave Is Kept Clean”.
Po kakofonii sprzężeń i wykręcających gałki oczne miksach klipów pośpiesznie pożegnali się ze sceny, zapaliły się światła, puszczono wesołą muzykę i… To był koniec – przerwany jak cięciem noża, który ostrzył mikrofony na samym początku koncertu Milan.
Niemal natychmiast pojawił się zwykły ludzki niedosyt. Dwa bisy rozbudziły niezaspokojony apetyt. Czemuż, ach czemuż nie dane było nam usłyszeć więcej materiału ze „Spectre” czy choćby kultowego „Tanz Mit Laibach” – aż tak polaryzowałyby z głoszonymi przez Fryderyka Nietzschego hasłami? Chyba nie mnie o tym sądzić, bo im od koncertu dalej, tym lepiej go wspominam. Było głośno, mocno, intrygująco i mrocznie. Więc pełen pakiet – czegoż więcej chcieć od Słoweńców i głoszony przez ich prawd?

Podsumowując,
wydaje się, że niektórzy zapominają, czym jest show. To nie powinna być tylko ludyczna rozrywka, która ma zabawić widza i nic po sobie nie zostawić. Show musi widza omamić, zmęczyć, omamić – ma wykreować swoją szkatułkową rzeczywistość tu i teraz. Tej odsłonie Laibacha ta sztuka (dosłownie) się udała.
Bo patrząc z szerszej perspektywy wrocławskiego wydarzenia, to Laibach wyszedł obronną ręką. Jak zwykle z resztą.
Nie mogę się odczekać, aby ponownie z nimi kroczyć.

Autorem relacji jest gorb. (Der Bunker)
Autorem zdjęcia jest Diesel

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Latest posts by Piotr (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , .