Mastodon, Wolves Like Us, Proghma-C – Gdańsk (04.07.2017)

Zwykle lubię, kiedy imprezy koncertowe rozplanowane są na headlinerów i supporty, a już zupełnie najlepiej, jeśli tych poprzedzających występ gwiazdy głównej jest przynajmniej sztuk dwie. Raz, że przekrojowe repertuary i różnice między nimi stopniują napięcie, towarzyszące oczekiwaniom na gwiazdę wieczoru, dwa – można wyłowić prawdziwe perełki z morza muzycznych różnorodności. Taki piękny set trzech dość różnych grup artystycznych 4 lipca br. wraz z Knock Out Productions zafundował trójmiejski klub B90, w którym odbyły się koncerty lokalsów z Proghma-C, wikingów z Wolves Like Us i szaleńców z Mastodon. Obiektywnie rzecz ujmując, najliczniej stawili się fani tych ostatnich, zjeżdżając z całej Polski (to był jedyny koncert grupy w naszym kraju), ale tym razem koncertu bossów wyśmienitego łączenia progresywy, stonera i metalu jednak nie udało się wyprzedać. Nie zmienia to jednak faktu, że wieczór obfitował w piękne muzyczne wrażenia i brudne, soczyste riffy!

Na pierwszy ogień, jak zapowiedź sztormu, ruszyła trójmiejska formacja Proghma-C. Warto na wstępie zwrócić uwagę, że dla fanów Proghmy akurat ten koncert był wyjątkowy, ponieważ pierwszy raz od dłuższego czasu Panowie pojawili się na deskach sceny w zmienionym składzie – wokal obecnie dzierży Patryk Zwoliński (m.in. ex-Blindead), zmienił się też basista, którego na niniejszym koncercie zastąpił Matteo Bassoli  (ex-Blindead, Me and That ManSunwôrm). Proghma-C ku zdziwieniu niektórych wystąpiła z nowym materiałem, o ile „nowy” to pasujące określenie, bowiem z takim setem gościli już na festiwalu Euroblast vol.11 w 2015 roku. Żal, wielki żal, że zarejestrowanego materiału nigdzie nie można dostać, ponieważ to, co zaprezentowali tego wieczoru totalnie mnie zmiażdżyło. Jeden długi, prawie półgodzinny progresywny utwór ze stopniowaną dynamiką, podszyty potężnym wokalem, solidną, ekspresywną perkusją Łukasza „Kumana” Kumańskiego i riffami Pawła „Smagi” Smakulskiego, plus nieprzytłaczająca elektronika – esencja Proghmy. Muzyka trudna, wymagająca, niepodlegająca konkretnej klasyfikacji. Były emocje, napięcie, ciary, wszystko, czego jednostka ludzka powinna doświadczyć, oglądając sztukę, tudzież uczestnicząc w koncercie. Zdaję sobie sprawę, że dość niewielka grupa podziela moje odczucia, do tego często pierwszy występujący zespół nie zbiera tłumów pod sceną – i tak było tym razem. Niemniej jednak reakcje niewielkiej zgromadzonej publiki mogę określić w większości jako pozytywne, choć niejako na niektórych twarzach rysowało się ujmujące „wtf”. Po tym koncercie czekam na kolejne objawienia muzyczne Proghmy-C z wypiekami na twarzy. Panowie ogarnijcie się w końcu! (Ostatni i jedyny długograj grupy to „Bar-do Travel” z 2009 roku; obawiam się, że biały kruk). 

Kolejną porcję emocji, zgodnie z zapowiedziami, miał dostarczyć norweski zespół Wolves Like Us. Miał być ogień, energia, burza z piorunami – a tymczasem spadł jedynie lekki deszczyk i to po skosie. Formacja dwa dni wcześniej gościła w warszawskiej Hydrozagadce (pozdrawiam wszystkich z Deerhunter Booking) i narobiła takiego zamieszania, że liczyłam na co najmniej podobną młóckę, tym bardziej że Wilki ze swoim repertuarem bardziej niż poprzednicy wpisywali się w „mastodonową” stylistykę. Co zawiodło? Panowie wyglądali na zmordowanych, a zabrzmieli – delikatnie mówiąc – przeciętnie. Wokal Larsha Kristensena pozostawiał wiele do życzenia, a właściwie nie będę owijać w bawełnę – było źle, nieczysto, z fałszem. Rozumiem, że polska gościnność muzyków nieco dotknęła, ale chwalenie się wypiciem „tysiąca szotów” i przepraszanie publiki za słabą jakość swoich umiejętności wypadły dość blado i mało profesjonalnie. Przykro mi się przyznać, ale nie dotrwałam do końca norweskiego setu, oddając się przedklubowym dyskusjom. I nie byłam w tym posunięciu osamotniona.

 

Pozostając w poczuciu niedosytu, należało wraz z gęstniejącym tłumem ustawić się odpowiednim miejscu pod sceną. Na Amerykanów z Mastodon nie trzeba było długo czekać. Muzycy z właściwym sobie impetem i dynamiką rozpoczęli energetyczny, fantastyczny koncert. 21 utworów, ponad dwie godziny bardzo dobrego, intensywnego grania. Mastodon na trasie promuje swój najnowszy album The Emperor Of Sand (wydany 31 marca br.), ale nie zabrakło utworów z poprzednich wydawnictw, w tym najstarszych Remission (2002) czy Leviathan (2004), które o dziwo bardzo ładnie łączyły się w całym, tak zróżnicowanym przecież secie. A więc zabrzmiały zwarte i bardziej „piosenkowe” kompozycje, jak i rozbudowane, cięższe walce, a wszystko podkręcone do potęgi charyzmą nieocenionych, przesympatycznych dzikusów Brenta Hindsa i Troya Sandersa. Na dokładkę popisy świetnego perkusisty Branna Tailora ostatecznie przekonały mnie do poddania się mastodonowej demolce. No właśnie, należałoby się uczciwie przyznać, że nie liczyłam na tak dobrą formę ekipy z Atlany. Dane mi było doświadczyć zderzenia z koncertowym wcieleniem grupy i wrażenia za każdym razem były średnio pozytywne. Tym razem zwracam honor i kłaniam się w pas! Oczywiście, że były potknięcia, oczywiście, że drobne wokalne odchylenia, ale co z tego, skoro całościowo Panowie pokazali, co to znaczy porządne, mięsiste mielenie gitar, przy okazji fantastycznie się przy tym bawiąc, i emanując wręcz dystansem do sceny. Nie zabrakło więc komentarzy ze strony muzyków, podziękowań czy na koniec przyodziania ogromnego, meksykańskiego kapelusza, który z powodzeniem mógłby służyć za parasol. To był sztorm! Świetny, zalewający publikę sztorm! Kto odpuścił ten koncert – niech płacze w poduszkę.

Do następnego!

Setlista: 

Sultan’s Curse
Divinations
The Wolf Is Loose
Crystal Skull
Ancient Kingdom
Bladecatcher
Black Tongue
Colony of Birchmen
Ember City
Megalodon
Andromeda
Oblivion
Show Yourself
Precious Stones
Roots Remain
Chimes at Midnight
Steambreather
Mother Puncher
Circle of Cysquatch
March of the Fire Ants
Bis:
Blood and Thunder

Zdjęcia: własne, Karol „Tarakum” Makurat

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .