Me And That Man, Fertile Hump, Sasha Boole – Gdańsk (30.09.2017)

Sasha Boole, Fertile Hump, a na koniec głośny projekt firmowany przez Nergala i Johna Portera, czyli Me And That Man – taki zestaw czekał na mnie w sobotni wieczór w miejscu, które wydało mi się mimo wszystko nietypowe, bo w gdańskim Teatrze Szekspirowskim. Koncert w rodzinnym mieście lidera Behemoth był, czego można się było spodziewać, wyprzedany, ale tak naprawdę niewielu miało jako takie pojęcie, czego w zasadzie po MATM można się spodziewać.

 

Kolejka do wejścia do mrocznego Teatru Szekspirowskiego ustawiła się dość wcześnie. Epitet „mroczny” pojawia się tutaj nieprzypadkowo – gmach Teatru jest czarny i pozbawiony okien, przez co przypomina nieco więzienie. Wewnątrz to jednak luksusowa sala, która wciąż pachnie nowością. W tejże sali, stosunkowo niedużej, na początek zaprezentował się Sasha Boole. Oczywiście lekcji nie odrobiłam, więc nie miałam pojęcia co mnie czeka. Sasha, niepozorny Ukrainiec, wyszedł na scenę sam, uzbrojony w gitarę, harmonijkę ustną i stomp box pod stopą. Ludzi na sali było już sporo, kilkadziesiąt głów wyglądało też już ciekawsko z balkonów. Sasha był fantastyczny. Jak przystało na trubadura nie potrzebował biegać po scenie, buchać ogniem i robić fikołków, żeby przykuć uwagę słuchaczy. Wystarczyło, że opowiadał swoje historie tą swoją uroczą polszczyzną zdradzającą, że to nie jest jego macierzysty język. No i grał. Sasha mógłby być jakimś ukraińskim zapomnianym wnukiem Johnny’ego Casha z lewego łoża, który w dzieciństwie zainteresował się horrorem. Boole balansuje gdzieś pomiędzy dźwiękową gothic americaną, a klasycznym gitarowym folkiem. Jego opowieści raz zahaczają o Lonesome Wyatta (vide piosenka o otrutym mężu, który jednak postanowił, że dotrzyma przysięgi małżeńskiej nawet po śmierci), raz o protest songi Boba Dylana. Sasha jest jednocześnie uroczy, mroczny i romantyczny. Jeśli kiedykolwiek przypadkiem ze swoją gitarą, harmonijką i stomp boksem pojawi się w waszym mieście, koniecznie idźcie na jego koncert, nieważne jakiej muzyki słuchacie na co dzień.

 

Fertile Hump byli od Sashy jednocześnie blisko i daleko. Trio zaczęło niezachęcająco – przesterowane gitary i prosta perkusja brzmiały fajnie i obiecująco, ale skrzeczące głosy Magdy Kramer i Tomka Szkieli sprawiały dziwne wrażenie. Nie mam pojęcia, dlaczego akurat w taki sposób zabrzmieli na samym początku, ale miałam poczucie, że to nie to. Fertile Hump jednak z minuty na minutę robili się coraz ciekawsi, nagle też Magda i Tomek zaczęli śpiewać inaczej, wszystko zaczęło się kleić i stało się wciągające na swój podły, śmierdzący sposób. To brudna muzyka, bez dwóch zdań, tchnąca bluesem i rock’n’rollem wprost z bagien Nowego Orleanu. Szczególnie ciekawie robiło się, kiedy obowiązki wokalne przejmowała Magda, która śpiewa równie fajnie, co Rachel Brooke. Widać było, że Fertile Hump mają trochę porządnego materiału, który pewnie lepiej sprawdziłby się w zadymionym pubie niż wymuskanej i pachnącej nowością sali Teatru Szekspirowskiego. Sam duch Szekspira chyba nie był zresztą zachwycony, bo podczas koncertu warszawskiego trio zaczęły się problemy techniczne – w głośnikach coś ewidentnie strzelało, momentami znikały wokale. Nie zwiastowało to jednak jeszcze tragedii, jaka towarzyszyła gwieździe wieczoru, poza tym na scenie raczej nie było tego słychać, więc Fertile Hump zeszli ze sceny wyluzowani.

 

Me And That Man podpięli się szybko, a w zasadzie to byli podpięci już wcześniej. Kiedy ze sceny zwiesiła się biała przezroczysta zasłona z logiem grupy, a za nią zaczęli kolejno pojawiać się Łukasz Kumański, Matteo Bassoli, John Porter i Nergal. Zza tejże kotary ekipa zaczęła koncert od My Church Is Black. Publiczność w końcu poddała się nadchodzącemu entuzjazmowi, a technika zaczęła przechodzić swoje piekło. Jeszcze w My Church Is Black poziomy głośności nie były ustawione najlepiej – mikrofony Portera i Matteo były zdecydowanie głośniejsze od mikrofonu stojącego w centralnej części sceny Nergala, ale na dobrą sprawę dało się to przeżyć, poza tym to pierwszy numer, wiadomo, wszystko trzeba jeszcze poprawić. Największe problemy zaczęły się w zasadzie w momencie, kiedy kotara opadła, a zespół wyszedł do przodu, by przejść do dalszej części koncertu. Odcięci odsłuchami od sali muzycy nie mieli zielonego pojęcia, że przez dobre pół koncertu nagłośnienie po prostu szalało – pojawiało się i znikało, to pierdziało, to znów przestawało. Publiczność naprawdę próbowała to ignorować, zawierzyć technikom i cieszyć się występem Me And That Man, ale w pewnym momencie już się nie dało. Kiedy w końcu sala zaczęła skandować „NA-GŁOŚ-NIE-NIE!!!” sytuację zdezorientowanym muzykom wytłumaczył jeden z techników. Koncert został na moment przerwany, ale niezrażony taką sytuacją Nergal po prostu poinformował wszystkich, że trzeba wymienić jeden kabel. I faktycznie – podziałało. Druga część koncertu była już pod względem nagłośnienia miodna.

 

Pomińmy aspekty techniczne i skupmy się na tym, co działo się na scenie. O majstersztyku wykonawczym nie ma co mówić – Me And That Man to w końcu ekipa świetnych instrumentalistów, a moim skromnym zdaniem wymiana Mazolewskiego na Matteo Bassoli tylko dodała zespołowi charakteru. Wodzirejem był rzecz jasna Nergal – gadać facet lubi, toteż opowiadał wszystkie te historie (których połowy nie zrozumieliśmy przez nagłośnienie), pozdrawiał swoją mamę, perorował o gitarze i generalnie paplał te same anegdoty, które mogliście wyczytać w dziesiątkach wywiadów, których udzielił podczas promowania albumu Songs of Love and Death. Na dodatek biegał, machał do ludzi i przyjął na siebie rolę głównego showmana w całym tym rock’n’rollowym anturażu. Porter, czy tego chciał, czy nie, ustąpił mu miejsca. Momentami coś dopowiadał, czasami trudno go było zrozumieć, wydawał się zresztą nieco zmęczony, ale facet też nie należy do najmłodszych. Swoją robotę muzyczną wykonywał jednak świetnie. Fantastycznie wypadł, kiedy został na scenie sam, by zagrać Of Sirens, Vampires And Lovers. Z kolei na czas Cross My Heart And Hope To Die Porter ustąpił miejsca Sashy Boole i jego banjo. Trzeba też oddać honor bezbłędnej sekcji rytmicznej i dodać, że Matteo Bassoli robił świetną robotę w chórkach. A propos chórków – we wspomnianym Cross My Heart And Hope To Die na scenie pojawił się też dziecięcy chórek. Po zagraniu całego materiału z Songs of Love and Death oraz numeru Submission, bonus tracka na jednej z wersji albumu, grupa dobrnęła do bisów – standardowo na tej trasie Me And That Man zagrali petardę w postaci Psycho Killer Talking Heads i Refill Porter Bandu. Kawał dobrego rock’n’rolla.

 

Rzucało się w oczy, że motorem napędowym muzyki Me And That Man jest najstarszy w ekipie John Porter. Kipiący energią Nergal przyjął zaś na siebie rolę tego, który ma przykuwać uwagę widza. Nie bez powodu – dało się zauważyć, że spora część damskiej publiczności przyszła na koncert właśnie dla niego. Czułam się wręcz nieswojo słysząc zewsząd ochy i achy na jego temat przeplatane pijackimi piskami, jak tylko odwrócił się w kierunku piszczących. Tak czy inaczej w tym całym swoim showmaństwie Nergal wypadał przekonująco, choć mam wrażenie, że było to też nieco wystudiowane i nienaturalne. Może po prostu nie jestem przyzwyczajona do Nergala w jego rock’n’rollowym anturażu w miejsce blackmetalowego. Me And That Man w Teatrze Szekspirowskim byli bowiem ewidentnie ansamblem na wskroś rock’n’rollowym, choć osobiście spodziewałam się nieco więcej brudu i mroku, który na albumie jest słyszalny, a na żywo został przykryty przez luz i imprezowe podejście.

 

Autorką relacji jest Anna W.

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Tagi: , , , , , , .