Me And That Man – Warszawa (29.09.2017)

Me And That Man jest tworem na tyle ciekawym, że zwyczajnym nietaktem byłoby pominięcie jesiennej, krajowej trasy supergrupy. A ta, zdaje się, jest niemałym zaskoczeniem nie tylko dla samych muzyków, ale i dla publiki. Piątkowy koncert 29 września br. zapowiedziany w warszawskim Palladium okazał się gejzerem pozytywnych emocji, które muzycy stopniowo podkręcali od samego początku. Rasowy rock z elementami bluesa i dark country, doskonali, doświadczeni wyjadacze różnych scen muzycznych, mnóstwo energii, radość grania i w końcu frekwencja, której pozazdrościć może nie jeden sędziwy zespół, to elementy nie tyle wyjątkowości Me And That Man, co składowe formatu światowego. Czworo popularnych muzyków nadających rytm z pogranicza oldschoolowej stylistyki ściąga tłumy do klubów z całej Polski, a te tańczą dokładnie tak, jak im grają – z całkowitym luzem, euforią i autentycznością. Czy chodzi tu jedynie o dwa gorące nazwiska, czy może w tym ambarasie jest coś więcej? 

Żeby zrozumieć fenomen popularności tej formacji, przede wszystkim należałoby się przyjrzeć bliżej sylwetkom kwartetu. Me And That Man tworzą Adam Nergal Darski (Behemoth) i John Porter, wspomagani przez sekcję rytmiczną w postaci basowego Matteo Bassoli (ex blindeadSunwôrm) i perkusisty Łukasza Kumańskiego (Proghma-C, Fuzz). Największą ciekawość wzbudza zapewne pierwsze nazwisko – Nergal w końcu ściąga maskę „księcia ciemności” na rzecz wyrafinowanego image’u eleganta pokroju Nicka Cave’a (konotacje akurat z tym muzykiem nie są przypadkowe). Tym razem skandalów brak, nie ma też grzebania w okultyzmie, szatanów i tym podobnych prowokacji, w czym Nergal radzi sobie w naszym pięknym kraju bezbłędnie.

Na drugim końcu tej układanki mamy nieco starszego, stonowanego Walijczyka, znanego głównie z Porter Bandu i kolaboracji z Anitą Lipnicką, występującego na scenie od jakichś 40 lat. Jak tych dwóch zdołało złożyć projekt Me And That Man w całość, możecie przeczytać w licznych wywiadach, natomiast z mojej strony jeden podstawowy komentarz – to się sprawdziło. Nergal to prawdziwy szołman, zaczarował Palladium tryskającym humorem i energią, biegał po scenie z gitarą jak prawdziwy, doświadczony  rockendrolowiec (!), niczym nie przypominając swojej poważnej postaci z Behemoth. Za to Porter to dopiero pokazał, jak to się robi. Panie Porter, Pan byłeś prawie jak Mick Jagger! Przecierałam oczy ze zdziwienia, tym bardziej że dane mi było Pana Johna widzieć już na scenie parę razy w zupełnie innych pozach. Te sceniczne ruchy, podskoki, lekkość, z jaką sięgał po gitarę, i wokal ciągle na wysokim poziomie. Natomiast co do śpiewu kolegi po fachu nie mogę i nie chce się do niczego przyczepić, bo wszystkie odstępstwa od normy, drobne niedociągnięcia czy nawet fałsze musiały się pojawić – ta muzyka tego wieczoru żyła! Dudniało jak powinno, z przytupem i kopniakiem z półobrotu. Nie było w tym jednak żadnej teatralności. Po niniejszym koncercie daleka jestem od stwierdzeń, że cały projekt dźwiga Porter wraz resztą zespołu, a Darski jest jedynie dodatkiem PRowym. Nie. Absolutnie wszyscy dzielący tę scenę muzycy doskonale się uzupełniali i pokazali, po co w ogóle tworzyć taką muzykę na poważnie. A zapotrzebowanie na klasykę w takim melodyjnym, rockowym wydaniu, jak dało się zauważyć, jest dosyć duże. 

Panowie promowali swój jedyny dotychczasowy krążek Songs Of Love And Death. Całe show było fajnie przemyślane i  dopracowane. Koncert rozpoczął singlowy My Church Is Black, który muzycy zagrali zza białej firany. Gdy kotara opadła wybrzmiały dynamiczne Nightride i świetny Get Outta This Place. Nie obyło się bez smaczków i dodatków, w tym nieprzewidzianych, jak na przykład przygotowane przez znajomych Nergala tablice z napisem „We fuck love you Nergal„, na co sam zainteresowany zareagował co najmniej entuzjastycznie, czyt. wybuchnął śmiechem. Pojawiły się opowiastki i anegdoty, w tym o inspiracji do utworu Magdalene i tęsknocie za miłością, czy dziecięcy mini-chórek (pozdrawiam panny Zwolińskie) w utworze Cross My Heart And Hope To Die. Interesująco wybrzmiał zupełnie akustyczny Of Sirens, Vampires And Lovers zagrany tylko przez Portera oraz najlepsze chyba tego wieczoru SubmissionBetter The Devil I Know. Czapki i meloniki z głów dla Matteo i Łukasza, bo tutaj wybili się jeszcze bardziej swoim doskonałym warsztatem. Palladium wrzało, oklaski nie ustawały, bisy popłynęły obowiązkowo. Na koniec publika oszalała przy coverach Psycho Killer Talking HeadsRefill Porter Bandu. Całość przyjemnie smakowała, świetnie patrzyło się na muzyków roznoszących scenę i zwyczajnie cieszących się faktem obcowania ze sobą i fanami. Kto by pomyślał, że tak rozkręcą warszawskich cwaniaczków.

Słowo o supportach. Rozgrzewkę przed Me And That Man zapewnili  Sasha BooleFertile Hump. O ile pierwszy wykonawca nie utkwił mi w pamięci, to Fertile Hump i ich folkowo-bluesowa propozycja z dwoma wokalami okazała się całkiem interesująca. Na pewno przy innej okazji przyjrzę się grupie dokładniej. 

 

 

To by było na tyle. Nie omieszkam wyruszyć na kolejny koncert Me And That Man, szczególnie jeśli skład i forma pozostaną na swoim miejscu. Na koniec dodam, że jestem zaskoczona takim obrotem akcji – naprawdę tym razem nie liczyłam na tak wzniosłe wrażenia koncertowe. Sprawdźcie tę grupę na własnych uszach i nogach. Warto!

Do następnego!

 

Joanna Pietrzak

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam i sprawdzam. W końcu jesteś tym, czego słuchasz.
Joanna Pietrzak

Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)

Tagi: , , , , , , , .