Meshuggah, Decapitated – Kraków (05.06.2018)

Równe pięć lat temu miałem możliwość doświadczenia koncertu Meshuggah na żywo. Niestety, los nie był na tyle łaskawy, by spełnić moje życzenie. Bardzo żałowałem, że nie było mi dane posłuchać muzyki Szwedów na ich trasie promującej wydany w 2012 krążek o tytule Koloss. Co się odwlecze, to nie uciecze, dlatego też, gdy doszła mnie pierwsza plotka o powrocie gigantów ekstremalnego metalu do naszego pięknego kraju, data koncertu z marszu zapadła mi głęboko w pamięć, w rejony tych wydarzeń, o których absolutnie nie wolno zapomnieć. Tak się złożyło, że po raz kolejny krakowski klub Kwadrat został wybrany jako jeden z przystanków europejskiej trasy szwedzkich metalowców. Tym właśnie sposobem po raz kolejny stanąłem u progu budynku znajdującego się przy ulicy Stanisława Skarżyńskiego 1 w samym sercu Małopolski.

Gdy ogłoszono, że zespołem grającym przed Meshuggah ma być nasz rodzimy Decapitated, od razu wiedziałem, że będzie to koncert wyprzedany w całości. Znając możliwości akomodacyjne klubu, miałem niemałe obawy dotyczące tego, jak wyglądać będzie ten event. Akustyka Kwadratu nigdy nie powalała mnie na łopatki, a czasem wręcz zmuszony byłem sam odtwarzać sobie w pamięci linie wokalne niektórych zespołów z powodu fatalnego nagłośnienia. Jakiś tydzień temu, gdy organizator koncertu KnockOut Productions ogłosił, że bilety nie będą już sprzedawane, pomyślałem, że w Krakowie rozpęta się istne piekło. Nieskromnie przyznam, że absolutnie się nie myliłem.

Po dotarciu na miejsce zostałem mocno zaskoczony widokiem nadzwyczajnie długiej kolejki, która kończyła się dopiero za rogiem klubu. W Kwadracie byłem już jakieś 10 razy i nigdy nie natknąłem się na tak liczną watahę fanów. Frekwencja wydarzenia mówi sama za siebie, koncert cieszył się niesamowitym zainteresowaniem, czego zasługą było dodanie do składu ekipy dowodzonej przez riff mastera Wacława ‘Vogga’ Kiełtykę. O Decapitated powiedziano już wiele, że się skończyli wraz z tragiczną śmiercią Vittka, że grają muzykę dla pozerów, czy że powinni zmienić nazwę zespołu, co by nie bezcześcić dobrego imienia takich klasyków, jak Nihility czy Winds of Creation. Niemniej jednak, abstrahując od dziennikarskiej/plotkarskiej paplaniny, od razu stwierdzam, że na żywo Decapitated to rozpędzona maszyna, która nigdy nie traci prędkości. Ich koncert wywarł na mnie niesamowite wrażenie, a zaangażowanie, z jakim muzycy poruszają scenę i publiczność wymaga najwznioślejszych słów aprobaty.

Tym większe było moje rozgoryczenie, że z powodu niekończącej się kolejki przegapiłem pierwsze trzy utwory utalentowanej ekipy z Krosna. Zamiast płakać nad rozlanym mlekiem starałem się wchłonąć resztę koncertu całym sobą, aby zrekompensować sobie straconą część koncertu. Pierwszym utworem, jaki dane mi było usłyszeć był The Blasphemous Psalm to the Dummy God Creation z wydanej 4 lata temu Blood Mantry. I mimo że nie jestem fanem nowej inkarnacji Decapitated, materiał z ery  wokalisty Rafała ‘Rasty’ Piotrowskiego wypadł bardzo solidnie, jeśli nie znakomicie. To, co charakteryzuje występy polskiej ekipy na żywo, to przede wszystkim energia i poświęcenie. Fakt, że jeszcze niewiele ponad pół roku temu wszyscy czterej członkowie zespołu siedzieli w odległym więzieniu gdzieś na terenie Stanów Zjednoczonych wywołuje jeszcze większy podziw w moich oczach. Naprawdę wielki szacunek dla zespołu, który wychował się na naszym domowym podwórku. Fantastycznie zabrzmiały Earth Scar oraz Never, czyli utwory promujące najnowsze wydawnictwo zespołu, a mianowicie wydany w lipcu zeszłego roku Anticult. Jako że uważam się za osobę w miarę świadomą tego, co mówi i pisze, muszę przyznać się do pewnego błędu. Odkąd w zespole pojawił się wspomniany wcześniej wokalista Rafał Piotrowski uważałem, że nie jest to odpowiedni krzykacz dla tej ekipy. Po środowym koncercie z wielką skruchą przyznaję się do pomyłki i obiecuję, że w przyszłości nie będę wypowiadał podobnych herezji. Piotrowski dysponuje bardzo dobrym wokalem i w miarę szeroką skalą głosu, dzięki czemu jego wokalizy są uniwersalne i nie zanudzają słuchacza. W pewnym momencie wykonał bardzo długi i przenikliwy krzyk, po którym pomyślałem sobie: „no kurde, kupił mnie!”. Cały koncert oceniam bardzo pozytywnie, a moją jedyną obiekcją jest fakt, że zespół bardzo wyraźnie manifestuje, że nie zamierza odgrywać materiału z pierwszych płyt, jako że w większości nie są to ci ludzie, którzy uczestniczyli w nagrywaniu Nihility czy Winds of Creation. Cóż, Decapitated zawsze kojarzył mi się z technicznym death metalem i tak już raczej pozostanie. Chwalę sobie jednak nieustępliwość, z jaką Vogg i spółka kroczą naprzód. Występ zakończony został dwoma klasykami, a mianowicie utworami Spheres of Madness oraz Day 69. Warty odnotowania jest fakt, że pierwszy z nich wykonany został w stylu nowej ery Decapitated; pod koniec utworu Vogg dograł parę swoich groove metalowych hooków, do których Piotrowski dokładał swoje improwizowane wokale. I mimo że Spheres to niekwestionowany klasyk technical death metalu, ogólna atmosfera tworzona przez zespół dawała wyczuć coś zgoła innego. Ekipa ewidentnie odcina się od łatki tego, co było kiedyś i starają się oznaczać własne ścieżki. Koncert uważam za niezwykle udany i zawsze będę twierdził, że nie ma lepszego supportu dla gigantów z Meshuggah niż nasz własny polski Decapitated!

Set Decapitated, ok. 50 minut: 

Deathvaluation
Kill the Cult
Post(?) Organic
The Blasphemous Psalm to the Dummy God Creation
Blood Mantra
Nest
Never
Earth Scar
Amen
Spheres of Madness
Day 69

 

Dwadzieścia minut po zakończeniu koncertu chłopaków z Decapitated scenę spowił kompletny mrok. Z taśmy leciało niepokojące intro, które zwiastowało nadejście szwedzkiego armagedonu o nazwie Meshuggah. Chwilę później na scenie pojawił się bóg perkusji we własnej osobie, czyli Tomas Haake. Później na scenie pojawili się pozostali członkowie zespołu, jednak bez głównego kompozytora Fredrika Thordendala, który opuścił już drugą trasę swojej formacji. Swoją absencję tłumaczył pilną potrzebą eksploracji innych terytoriów muzyki w celu zgromadzenia materiału na swój solowy projekt. Jego miejsce zajął Per Nilsson, znany przede wszystkim z występów w grupie Scar Symmetry. Ostatni na scenie pojawił się wokalista Jens Kidman. Artysta został powitany gromkimi brawami oraz szaleńczymi okrzykami publiczności. Bez słowa przywitania muzycy ruszyli ostro z kopyta i już chwilę później Kwadrat został wypełniony pierwszymi dźwiękami Clockworks.

Było ciężko, było maniakalnie, ale przede wszystkim było niesamowicie duszno. Publiczność zgromadzona w Kwadracie dosłownie tonęła w skwarze, kiedy ze sceny dało się słychać niebywale ciężkie i mechaniczne odgłosy. Po pierwszych trzech utworach przyszedł czas na małą przerwę, podczas której Kidman przywitał krakowską publiczność i uroczyście stwierdził, że dobrze jest być z powrotem w Polsce po pięciu latach przerwy. Następnie doszło do niezwykle rzadkiego elementu koncertów szwedzkiej ekipy, a mianowicie charyzmatyczny wokalista ogłosił tytuł następnego utworu, którym był The Hurt That Finds You First. Kidman raczej rzadko wchodzi w szczegóły materiału grupy podczas występów na żywo, dlatego było to dla mnie niemałe zdziwienie. „I believe the next one is called The Hurt That Finds You fucking First” – deklamował jedyny głos zespołu. Chwilę po klimatycznym outrze wspomnianego utworu w Kwadracie rozbrzmiał pierwszy riff monumentalnego Rational Gaze. Nie mogłem opanować mięśni twarzy, które sprawiły, że moje usta wygięły się w niezwykle szerokim uśmiechu. Niby jest to oczywiste, że Szwedzi grają tę piosenkę praktycznie zawsze, ale doświadczenie tego fantastycznego riffu na własnej skórze (dosłownie!) to nie to samo, co na słuchawkach. Drugi utwór z kapitalnego Nothing rozgrzał publikę do czerwoności. Publika w Kwadracie chciała więcej i więcej, wydawało się wręcz, że nie chcieli tego wieczoru rozstawać się z zespołem. Niestety, w okolicach połowy setu Szwedów doszło do pewnego rodzaju monotonii i stagnacji, bowiem kolejne dwa utwory z przereklamowanego obZen nieco stłumiły zapał publiczności. Pravus oraz Lethargica nie należą do moich ulubionych, tak samo ma się rzecz z albumem, na którym zostały zamieszczone. Potem było troszkę lepiej, jako że usłyszeliśmy oczekiwany przeze mnie Nostrum oraz utwór tytułowy z najnowszego dokonania królów djentu. Główna część koncertu zwieńczona została tym, na co krakowska publiczność czekała najzagorzalej, a mianowicie kompozycją Bleed. „Are you ready?” – lakonicznie zapytał Kidman, po czym salę klubu wypełniły dźwięki o ciężkości parotonowego walca. Było tak ciężko, że w pewnym momencie głośnik znajdujący się po prawej stronie sceny przestał działać. Po odegraniu najbardziej znanego hymnu grupy wszyscy muzycy opuścili scenę, jednakże wszyscy w Kwadracie wiedzieli, że to jeszcze nie koniec. Tak też było, Szwedzi po chwili powrócili, by odegrać kapitalny Straws Pulled at Random i ‘przebojowy’ Demiurge. Ogromne wrażenie zrobił na mnie szczególnie ten pierwszy; po doświadczeniu go na żywo istnieje prawdopodobieństwo, że na długo będzie to mój ulubiony kawałek grupy. Następnie muzycy wspólnie oklaskiwali publiczność za ich czynny udział w koncercie. Ze sceny poleciały kostki, a także pałeczki perkusisty Tomasa Haake. Kidman podsumował, że był to fantastyczny koncert i cały zespół ma nadzieję na szybki powrót do naszego kraju. Muzycy jeszcze chwilę chodzili po scenie, oklaskując fanów, a następnie udali się na backstage. Tak zakończył się szósty koncert Szwedów w Polsce.

 

Set Meshuggah, ok. 1h i 20minut: 

Clockworks
Born in Dissonance
Do Not Look Down
The Hurt That Finds You First
Rational Gaze
Pravus
Lethargica
Nostrum
Violent Sleep of Reason
Bleed
————————————–
Straws Pulled at Random
Demiurge

 

Nie był to zdecydowanie najlepszy koncert, na jakim miałem szansę się pojawić, ale z pewnością było to bardzo ciekawe doświadczenie. Byłem pod wielkim wrażeniem występu naszej polskiej ekipy Decapitated, która diametralnie urosła w moich oczach. Koncert Meshuggah również stał na bardzo wysokim poziomie, ale jednocześnie czegoś mi w nim brakowało. Wiadomo, że są to bezprecedensowi profesjonaliści i mistrzowie swojego rzemiosła, jednakże oczekiwałem czegoś więcej. Biorąc pod uwagę fakt, że był to koncert całkowicie wyprzedany, liczyłem na to, że Szwedzi zagrają więcej utworów. Tymczasem wyszło na to, że na ich headlinerskiej trasie zagrali niemalże taki sam set, jak parę dni temu na festiwalach Rock am Ring czy FortaRock. Nie jest to do końca fair. Zabrakło takich hymnów, jak Future Breed Machine czy genialnego New Millenium Cyanide Christ, które wydawać by się mogło obok Bleed powinny być grane niemal na każdym przystanku trasy koncertowej zespołu. Ich miejsce zajmowały dwa utwory z miernego obZen, które delikatnie rzecz ujmując, zostały ograne do porzygu. Na plus wyszło dodanie do setu kapitalnego Nostrum, który jest moim zdecydowanym faworytem z najnowszego dokonania grupy. Po Szwedach widać, że jest to dopiero początek ich trasy i nie zamierzają wychodzić poza ustalone wcześniej normy. Nie ma też co ich za to winić, są to profesjonaliści pełną gębą i znają swój fach lepiej niż wszyscy inni. Tego wieczoru to jednak Decapitated wzbudzili we mnie większe zainteresowanie. Sam Jens Kidman określił ich występ jako niezwykły. Co tu dużo mówić, chyba nie można było wybrać lepszego zespołu otwierającego koncert przed Meshuggah. Mimo że muzyka Decapitated nie ma za wiele wspólnego ze stylem Szwedów, to jednak uważam, iż organizatorzy wydarzenia mieli fantastycznego nosa, by do trasy dołączyć nasz rodzimy zespół.  Podsumowując, bardzo dobry i równy gig. Czy ponownie wybrałbym się na koncert headlinowany przez Meshuggah? Prawdopodobnie nie, chyba że doszłoby do gruntownej zmiany setu. Nie wykluczam jednak możliwości, że nasze drogi przetną się na którymś z festiwali, na którym z uciechą po raz kolejny będę mógł obserwować poczynania legend ekstremalnego metalu.

Autorem zdjęć jest Marcin Fiń

Decapitated

 

Meshuggah

Marcel Szczepanik

Marcel Szczepanik

vocals so poor, like frogs in a moor
guitars like clouds of fruit flies

d e a t h h a m m e r
Marcel Szczepanik

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , .