Metal Hammer Festival 2017 – Katowice (21.07.2017)

Przyznam szczerze, że przez myśl mi nie przeszło, że 21 dzień lipca 2017 roku spędzę w katowickim Spodku. Gdy Metal Mind Productions ogłaszało po kolei artystów zaproszonych do udziału w Metal Hammer Festival 2017, wzruszałem ramionami. Nie widziałem powodu, dla którego warto byłoby rozbić świnkę-skarbonkę i wyciągnąć z niej trzymane na czarną godzinę 666 złotych. Może to przez koniunkcję planet, a może stężenie pyłu zawieszonego w katowickim powietrzu – jakimś trafem znalazłem się jednak w Spodku, gdzie miałem spędzić sześć godzin (pozdrawiam zmotoryzowanych nieszczęśników). Do rzeczy.

 

Piątek, godzina 16:00, koniec pracy, kluczyki, auto, gaz i droga z Gliwic do Katowic. Podczas gdy opel wypruwał z siebie flaki na autostradzie przy trzydziestostopniowym upale, na scenie katowickiego Spodka publiczność oczarowywał jeden z najciekawszych polskich projektów muzycznych ostatnich lat – ARRM. Towarzysze, obywatele, ludu pracujący stolicy! Z nami robolami nikt się nie liczy, ustawiając tak inspirujący zespół jako pierwszy na festiwalowej liście. Zgadza się – nie było możliwości zdążyć nawet na ostatnich parę dźwięków ARRM. Bardzo żałuję, bo wiem, że ten kwartet radzi sobie rewelacyjnie w mniejszych klubach, byłem zatem ciekaw, jak muzycy zaprezentują się na większej scenie. Mam nadzieję, że będzie jeszcze ku temu niejedna okazja.

Za to przyszło mi już w całości oglądać popisy bandy Percival Schuttenbach, którego występów na żywo do tej pory unikałem jak ognia. Tragedii nie było, choć na scenie zabrakło dwóch niewiast i być może nieco techniki. Momentami zespół grał nierówno, nieczysto, w odbiorze całości przeszkadzały denerwujące sprzężenia gitar. Legenda – jak by nie było –polskiego folk metalu sięgnęła też po zaskakujący cover. Ze sceny popłynęły dźwięki Roots Bloody Roots nieśmiertelnej Sepultury. Zabrakło mi w tym występie pazura, jaki muzycy potrafili wydobyć przy swoim oryginalnym repertuarze. Ogólnie koncert wypadł przeciętnie, ale prawdziwe rozczarowania miały dopiero nadjeść.

Bo oto na scenie zameldował się internetowy fenomen, który jest poza zasięgiem mojego zrozumienia. Grupa Zeal & Ardor powstała bardziej jako żart w wyniku komentarzy dwóch użytkowników serwisu 4chan, którzy zaproponowali liderowi, Manuelowi Gagneux, połączenie muzyki czarnych niewolników z black metalem. Tak powstał dziwny twór, który ma teraz swoje pięć minut. Zespół wydał długograja, jeździ po świecie i zdobywa rzeszę sezonowych fanów. Ich występ w Spodku był technicznie całkiem do zniesienia, natomiast samego formatu ich muzyki ja osobiście kompletnie nie kupuję. Sekstet zagrał poprawnie, upodabniając swoje brzmienie do tego z płyty, bez jakichś odlotów w stronę koncertowej improwizacji.

Następnie przyszedł czas na dominację płci pięknej. Na scenie pojawił się trve black metalowy zespół, nie jacyś przebierańcy. Założony przez Dunkę, Amalie Bruun, amerykański zespół Myrkur wniósł się na wyżyny swoich możliwości. Niestety pojawiły się drobne problemy techniczne, sample do jednego z numerów nie chciały grać, ale zespół w myśl zasady „przedstawienie musi trwać” pojechał dalej, zwyczajnie opuszczając jeden utwór. Naturalne piękno wokalistki w połączeniu z agresywną muzyką, czysty zaśpiew wymieszany z czarnym growlem, wszystko to dało niesamowity efekt. Nie mam nic do zarzucenia, chętnie posłuchałbym dłuższej setlisty w bardziej kameralnym klubie.

Kolejny zespół należał niegdyś do moich ulubionych, gdy w czasach licealnych przeżywałem okres fascynacji gothic/doom metalem. Obok Tiamat, Moonspell czy Therion, jarałem się właśnie Paradise Lost, a szczególnie ich krążkami Gothic i Shades of God. Od paru lat nie śledzę jednak tej sceny z takim zapałem, jak kiedyś, więc nie do końca wiedziałem, czego mogę się spodziewać po występie Brytyjczyków. Choć ich nowa płyta zapowiada się bardzo dobrze, to ja i tak zawsze z przyjemnością będę wracał do As I Die, które miałem nadzieję usłyszeć w Katowicach. Niestety, problemy techniczne spowodowały obsuwę występu o dziesięć minut. Absolutne legendy metalu grały tylko trzy kwadranse, podczas których grupa postarała się o przekrój gatunków, z jakimi miała do czynienia przez ostatnich niespełna trzydzieści lat. Nick Holmes nie zdołał jednak porwać katowickiej publiczności, która nawet nie domagała się bisu. Wiem, że podobno muzycy Paradise Lost sami zdecydowali się skrócić swój set, by nie przeciągać występu, ale mimo wszystko oczekiwałem potężniejszej bomby. To nie była ta kapela, której uwielbiałem słuchać dekadę temu. Po takim występie trudno będzie pozbyć się niesmaku w uszach i sercu. Wielka szkoda.

Spodek zaczął się zaludniać podczas ostatnich czterdziestu minut, które przeznaczone były na przygotowanie sceny dla gwiazdy wieczoru – zespołu Marilyn Manson. Nigdy nie byłem fanem, nie kręcił mnie wizerunek sceniczny samego Mansona, a jego muzyka nie przeszkadzała mi, ale nie uważałem jej za jakieś wielkie osiągnięcie. Mój stosunek zmienił się nieco in plus, gdy grupa wydała bardzo dojrzały muzycznie album The Pale Emperor z 2015 roku, jak dla mnie najciekawszy w całym dorobku amerykańskiego zespołu. Średnia wieku publiczności oscylowała wokół 15 roku życia, więc z fascynacji Mansonem chyba jednak się wyrasta. Gdy opadła kurtyna, a na scenie pojawił się podstarzały już niegdysiejszy skandalista, dzieciaki w Spodku oszalały. Wokal gdzieś się zatracił pod okropnie niedopracowanym nagłośnieniem, które jest chyba problemem wszystkich koncertów metalowych w tym miejscu. Pomyślałem, że jeżeli tak ma wyglądać cały koncert, to chyba sobie odpuszczę. Posłuchałem jeszcze pod sceną This is the New Shit, a przy trzecim numerze odszedłem na koniec płyty, by sprawdzić, czy może tam znajdę lepsze brzmienie. Niestety, nie dało się tego słuchać. Manson śpiewał tak, jakby mu się kompletnie nie chciało, instrumentaliści grali swoje, a on swoje, i tak każdy sobie rzepkę skrobie. Czy należy winić dźwiękowców? Cholera wie, może w Spodku dobrze brzmi tylko blues?

Metal Hammer Festival 2017 przeszedł do historii. Nie zapisze się w niej jednak złotymi zgłoskami. Zero konferansjerki na scenie, problemy techniczne, bardzo złe nagłośnienie, sztywna publiczność, atmosfera taka, że można było siekierę powiesić. Horda gimbusów, którzy przyszli jedynie dla swojego tymczasowego idola, o którym zapomną w ciągu paru lat ma jeszcze czelność krytykować w sieci pozostałe zespoły, że niby „co to za muzyka, fuj”. Jak by tego było mało, brakowało telebimów – widzowie, którzy wydali prawie 400 złotych, by zasiąść w super ekstra loży naprzeciw sceny, bez lornetek nie byli w stanie chyba nic dojrzeć. Może warto zainwestować więcej czasu w przygotowania, a nie w samą tylko promocję eventu, by ostatecznie nie robić takiej wiochy. Przykro, że nikt na bieżąco nie wyciągał wniosków i nie starał się ratować dobrego imidżu. Przecież sądząc po komentarzach uczestników, problem z nagłośnieniem nie był wyimaginowanym i jednorazowym kłopotem. Cóż, pozostaje liczyć, że w przyszłym roku po zakończonym festiwalu, fani metalowej muzyki będą wracać do domów w lepszym nastroju.

Autorem zdjęć jest Dariusz Ptaszyński.

Wadim Filiks

Wadim Filiks

W poszukiwaniu łabędzich pieśni.
Wadim Filiks

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .