Metalmania 2018 – Katowice (07.04.2018)

Festiwalu Metalmiania nie trzeba przedstawiać nikomu. I nie myślę tu wyłącznie o ludziach „ze światka”, ale w ogóle o populacji wychowanej w naszym rejonie. Może nie jest to event tak rozsławiony, jak Przystanek Woodstock czy Open’er, ale jeśli chodzi o gatunki tak zwane metalowe, to jest jednym z najstarszych i najlepiej znanych przedsięwzięć.

Katowicki Spodek przyjmował Metalmaniaków już od roku 1986, czyli w czasach, kiedy Brutale i inne Wackeny nie istniały jeszcze pewnie nawet w głowach ich twórców! A u nas, za żelazną kurtyną, w jednym z najlepszych na tamte czasy aren pod czujnym okiem partii wystąpiły kapele, jak Turbo, Killer, Kat czy Vader. Chwała tego festiwalu trwała (prawie) nieprzerwanie do roku 2009 (wliczając w to Metalmanię Fest w warszawskiej Stodole). Co prawda w międzyczasie festiwal wielokrotnie przenoszono, a jego dwudniowa formuła zmieniła się w festiwal jednego dnia. Niemniej jednak Tomasz Dziubiński aż do swojej śmierci w roku 2010 niestrudzenie ciągnął metalmaniacki wózek, dając radość kolejnym pokoleniom metalowców. Przez te wszystkie lata na scenach Metalmanii wystąpiły takie gwiazdy, jak Overkill, Running Wild, Helloween, Sepultura, Paradise Lost, Samael, Morbid Angel, Cannibal Corpse, Tiamat, Judas Priest, Dimmu Borgir, Moonspell, Enslaved, Epica, Cradle of Filth, Amon Amarth, Testament, Megadeth czy Satyricon. A to naprawdę zaledwie czubek góry lodowej, która rok rocznie rosła ku chwale szeroko pojętego metalu.

Niestety wraz ze śmiercią pomysłodawcy Metalmanii skończył się i festiwal, i przez kolejne osiem lat fani metalu musieli radzić sobie bez spotkań w Spodku. Aż do roku 2017, w którym Metal Mind Productions, prawny spadkobierca festiwalu wskrzesił go na nowo. Pamiętam oburzenie i zdziwienie internautów pomieszane z niedowierzaniem i zaciekawieniem, gdy na festiwalowych plakatach wylądowali między innymi Vader, Moonspell czy Samael. Faktycznie wielkie to było wydarzenie i na tyle niespodziewane, że chodziły słuchy, że festiwal w ogóle się nie odbędzie. A jednak zażarło. I to tak, że w tym roku osobiście postanowiłem sprawdzić, czy wielki come back Metalmanii nie jest tylko pogłoską czy snem.

Ale nie to było podstawowym powodem mojej obecności w katowickim Spodku. Gwiazdą wieczoru miał być wielki Emperor, a zobaczyć ten nieistniejący już zasadniczo band, na którego płytach wykarmiła się moja czarna dusza było nie lada gratką. Zresztą zeszłoroczny Brutal Assault pokazał, że Ihsahn i Samoth są wciąż w wielkiej formie.

A ludzi pojawiło się sporo. W kluczowym momencie płyta zapełniona była chyba w stu procentach, a i trybuny nie świeciły pustkami. I choć każdy pojawił się w Katowicach z innego powodu (od chęci konfrontacji nostalgicznych wspomnień z rzeczywistością poprzez chęć wypicia kilku piw ze starymi kumplami czy zobaczenie swojej ulubionej kapeli na żywo), to trzeba przyznać jedno: Metalmania żyje i ma się dobrze.

To, że ma się naprawdę dobrze, widać było również po szeroko pojętym merczu. Ten podstawowy może nie powalał na kolana, ale w „zestaw podstawowy” każdej z kapel można się było zaopatrzyć. A i ceny (koszulka wspomnianego Emperora za 100 zł) nie zwalały z nóg. Natomiast wiadomo było, że przy ponad dwudziestu kapelach ciężko mieć wybór dziesięciu różnych koszulek każdej z nich. Taka norma.

Poza stoiskiem oficjalnym było kilkadziesiąt innych, na których można się było ubrać od stóp do głów, zrobić sobie tatuaże i oczywiście złamać się pod ciężarem kupionych płyt. Tego ostatniego asortymentu było tyle, że w celu ograniczenia autoberserka postanowiłem ograniczyć się do oglądania wyłącznie płyt winylowych. I choć bardzo starałem się wyłącznie „odbębnić” ten punkt programu, to pięć czarnych placków zagościło w mojej głowie na dobre.

Poza ciuchami, płytami, dobrą kawą, piwem i niezłymi burgerami organizatorzy przygotowali również strawę dla ducha. Na korytarzu galerię swoich grafik wystawił Christophe Szpajdel, czyli jeden z najsławniejszych projektantów logo kapel metalowych z całego świata. Oprócz oglądaniem części jego dorobku (z logiem Emperora na czele) można było nabyć książkę z jego pracami, a nawet uciąć sobie pogawędkę czy cyknąć fotkę ze sławnym Lord of the Logos. A że Szpajdel korzenie ma „nasze”, to nie trzeba się było zbytnio wysilić, żeby usłyszeć historię loga Emperora czy Moonspella.

Na koniec dodam jeszcze, że prowadzącym cały ten cyrk był Jarek Szubrycht, co dzięki jego wiedzy i ciętemu językowi dodatkowo wzmocniło rangę wydarzenia.

Redaktorski obowiązek każe mi wymienić główne kapele, które pojawiły się tego dnia w Katowicach. Poza Emperorem ważnymi punktami programu byli Napalm Death, Asphyx, Blaze of Perdition, Wolf Spider, Kult Mogił, Terrordome, Alastor, Voidhanger, InSammer, Xentrix, Skyclad, Dead Congregation, Mekong Delta, Destroyer 666, Kat z Romanem Kostrzewskim, Ketha, Roadhog, Minetaur, Shodan, Inverted Mind, Vicsera, Anima Damnata, i Regehammer. Ogólnie zestaw mocarny i niejeden stał pomiędzy scenami i drapał się po głowie, pod którą z nich zawitać.

Pierwszą z występujących kapel, którą miałem ochotę zobaczyć był brytyjski Skyclad. Co prawda moje zauroczenie tą kapelą zniknęło już lata temu, niemniej jednak bardzo chciałem sobie przypomnieć, co też tak mnie pociągało w ich muzyce lata temu. Panowie (i Pani) zapromowali nam kilka utworów ze swojego najnowszego krążka Forward Into the Past, ale zasadniczo skupili się na przypomnieniu swoich najlepszych kawałków. Ludzi pod sceną było trochę, a część z nich żywo reagowała na odgrywane kolejno numery. Z pierwszych rzędów leciały nawet propozycje na kolejne utwory, ale muzycy wiedzieli swoje. Dobry był to występ, i choć Skyclad nie zagrał mojego ulubionego Emeralda (może dlatego, że nie jest to ich własny kawałek), to i ja nieźle bawiłem się na tym thrashowo-folkowym przedstawieniu.

Kolejnym musikiem wieczoru (po genialnym koncercie Mekong Delta, i nie wiem, czy nie drugim najlepszym na Metalmanii anno domini 2018 Destroyerze 666) był występ Romana z Katem. Legenda rodzimej sceny metalowej, która w dodatku na scenie Spodka czuła się jak u siebie w domu, nie mogła wypaść inaczej niż genialnie. Zwłaszcza, że setlista była chyba spełnieniem marzeń każdego fana tej kapeli. Otwierające set Czarne Zastępy pięknie komponowały się z granym później Diabelskim Domem, a Mag – Sex i Głos z Ciemności dobiły wszystkich na amen. Na mnie największe wrażenie zrobiły chyba kawałki z BastardaPiwniczne Widziadła i Łza dla Cieniów Minionych, która to ballada dzięki genialnej tego wieczoru gitarze Jacka Hiro zabrzmiała z dziesięć razy lepiej niż oryginał. Rzadko aż tak się uginają pode mną nogi, ale przez te kilka minut stałem chyba tylko siłą woli. A i Roman mimo swojego wieku wił się i tańczył na scenie jak opętany. A jego głos brzmiał jak dzwon. Świetnie.

Po takim koncercie i takiej podróży w przeszłość musiała nastąpić chwila wytchnienia, która niestety zbyt szybko zamieniła się w nerwowe wyczekiwanie. Jak się rzekło, widziałem ostatnio Emperora jakieś pół roku temu w Jaromierzu, ale ta kapela zajmuje w moim sercu miejsce szczególne. W końcu gdyby nie In the Nightside Eclipse, to kto wie, kim byłbym dzisiaj…

Ustawiłem się więc zawczasu na środku pod sceną tak, żeby widzieć i słyszeć wszystko. Żeby móc spokojnie wchłonąć te emocje i tę energię, którą za chwilę miał przekazać nam Ihsahn. Stanąłem więc i przyglądałem się skromnemu wystrojowi sceny, znanemu mi ze wspomnianego Brutala.

W klimat wprowadziło nas intro, które znam na pamięć. Zaraz po nim oczywisty wstęp, następstwo The OathYe Entrancemperium. Jezu Malusieńki, jakże potężnie brzmiały te akordy. Jakże prawdziwie i wiernie odśpiewywał swoje wersety Ihsahn. To była Puritania, tyle że w wykonaniu Cesarza black metalu. Jak się później okazało, Emperor odegrał tego wieczoru cały Anthems to the Welkin at Dusk i był to set idealny. W końcu poza wspomnianą wcześniej „jedynką” Anthems… jest moim drugim ulubionym albumem Emperora. To takie berło i jabłko – insygnia władzy cesarza.

Oczywiście ze spokojnym wchłanianiem energii ze sceny zapomniałem już w pierwszych taktach Ye Entrancemperium. Pod sceną tuż obok mnie rozpętał się huragan, który z siłą bomby wodorowej niszczył wszystko i wszystkich. Ludzie szaleli pod sceną i to było szaleństwo zupełnie zrozumiałe. Może i Ihsahn nosi hipsterskie okulary i wełniany sweter, ale to nie ciuchy i corpse paint stanowiły, że jest geniuszem. W jeansach i podkoszulku także potrafił pokazać, kto tu rządzi.

Na bis poleciały kolejne oczywistości, czyli Curse You All, Men! I nieśmiertelne trio z „jedynki”: The Majesty of the Nightsky, I Am the Black Wizards i oczywiście Inno a Satana odśpiewane chóralnie wraz z kilkoma tysiącami gardeł pod sceną.

Na koniec Panowie jednym krótkim ruchem podzielili się z tłumem pomocami muzycznymi (pałeczki, kostki), po czym tak po prostu zeszli ze sceny…

A ja przez długą chwilę stałem jeszcze oniemiały i powtarzałem w myślach, że teraz mogę już umrzeć. I choć zabrakło mojego ukochanego Into the Infinity of Thoughts, to Emperor przedstawił set idealny. I do tego idealnie zagrany, nagłośniony i oświetlony. Absolutny.

Dodam jeszcze tylko, że spory wkład w to wydarzenie miał Jorgen Munkeby z norweskiego Shining, który gościnnie wspierał zespół na scenie. I wypadł po prostu genialnie!

Dla mnie przeżyciem wieczoru był oczywiście Emperor, ale nasza silna reprezentacja Kvlt także dorzuca co nieco do pieca. Oddajmy głos redaktorowi Jackowi Klatce:

Festiwal Metalmania AD 2018 rozpoczął się na małej scenie od koncertu zespołu Ketha. Dotychczas podchodziłem do twórczości Krakowian bez należytej uwagi, co po występie na Metalmanii uważam za sporą wtopę. Ketha kupiła mnie w ułamku sekundy. Stałem pod małą sceną z rozdziawioną gębą, chłonąc każdy dźwięk tej połamanej awangardy. Oczu nie mogłem oderwać od Bartka Kaliszczaka, który grając na gitarze, szalał nie tylko na scenie, ale i w fosie, albo wspinając się na barierki. Z przyjemnością patrzyłem także, jakie fantastyczności wyczynia na perkusji Maciek Dzik. Powtarzam – zostałem kupiony w stu procentach. To był wspaniały występ, zasługujący na dużą scenę w prime-time, a nie na początek małej sceny. Cóż, być może jest więcej takich ignorantów, jak ja, którzy wcześniej Kethę mało znali.

Dzień na dużej scenie zaczął się natomiast od występu legendarnego Wilczego Pająka. Zespół miał okazję występować już na Metalmanii w latach 1986-1990, grał na niej czterokrotnie, o czym zresztą w czasie koncertu przypominali. Tegoroczny festiwal był dobrą okazją do przedstawienia nowego wokalisty – Jaśka Popławskiego. Grupa zadbała jednak o element zaskoczenia i pierwszy utwór zagrała w maskach oraz kapturach. Podobał mi się ten pomysł, był jednak jeden minus – przez tę maskę Jaśka nie było słychać wokalu, nie dosłyszałem nawet czy słucham polsko czy angielskojęzycznej wersji It`s Your Time. Nie była to jedyna dźwiękowa niedogodność – przez dość przeciętne nagłośnienie słabo było słychać gitary. Szkoda. Żałuję też, że Wolf Spider poskąpił utworów z zamierzchłej przeszłości. Myślę, że akurat podczas najstarszego metalowego festiwalu w Polsce można było poszaleć bardziej i zaprezentować Księcia Wojny czy Manifestants. Zresztą gorąca reakcja publiczności na zagrane na koniec Memento Mori oraz Zemstę Mściciela mówi sama za siebie. Występ mimo wszystko mi się podobał, bowiem Wilczy Pająk słabych koncertów nie gra. Świetnie było patrzeć z jaką energią gra Mańkover (przy okazji: świetna, stylowa broda), a Beata Polak jak zawsze z uśmiechem wygrywała partie, przy których niejeden bębniarz mógłby nabawić się kompleksów.

Jeżeli w przypadku Wilczego Pająka narzekam, że za mało czuć było ducha lat 80., to w przypadku krakowskiego Roadhog odczułem ten klimat w nadmiarze. Obowiązkowe białe adidasy, obcisłe spodnie, fryzury jak u Iron Maiden sprzed trzydziestu lat i muzyka, która ani na moment nie wchodzi we współczesne rejony. Dobrze to czy źle? Sam nie wiem. Fajnie było usłyszeć fragmenty na przykład np. Metal Militia, z drugiej strony wolę Metallikę. Skłamałbym jednak twierdząc, że źle się bawiłem. Występ był energetyczny, piosenki przebojowe, a frontman zespołu, Krzysztof Tabor, ma rozbrajający sposób zapowiadania utworów.

Występ szwedzkiego InSammer postanowiłem sobie podarować, wstąpiłem pod dużą scenę na zaledwie kilka minut. Ci, którzy zostali, zachwycali się głównie elementami wizualnymi w postaci nóg Viki Dali (że piękne), mniej muzyką (że nudna), a ja sam, po tych dziesięciu minutach obecności na gigu, nie jestem w stanie dodać nic więcej.

Zupełnie inne emocje towarzyszyły mi na koncercie Xentrix! W latach 80. i na początku 90. to była naprawdę duża nazwa, ich klipy latały na Headbangers Ball, a thrashowi maniacy rozgrzewali gramofony do czerwoności, katując albumy Shattered Existence i For Whose Advantage? I te właśnie klasyki postanowili przypomnieć Brytyjczycy. Szkoda, że mieli tylko 30 minut do dyspozycji i tylko 6 utworów w secie (4 z debiutu i 2 z dwójki). Mimo to, po koncercie nie mogłem znaleźć szczęki. Te numery to prawdziwe killery, na dodatek wykonane soczyście i precyzyjnie. Nieźle spisał się Jay Walsh. Zastąpić za mikrofonem Chrisa Astley`a to nie jest łatwa sztuka, ale Jay`owi się udało, mimo że jak sam mówi, nie jest wokalistą, tylko gitarzystą, który śpiewa z konieczności. To była pierwsza wizyta Xentrix w naszym kraju i mam nadzieję, że nie ostatnia. Widać było ich radość, kiedy fani domagali się bisu.

Shodan zaczęli swój występ, kiedy jeszcze na dużej scenie szalał Xentrix, więc spóźniłem się na początek. Nie dotrwałem też do końca – było tak nieludzko głośno, że ewakuowałem się po kwadransie. Takie życie, kiedy się zapomni stoperów do uszu. Jednak te 15 minut pokazało, dlaczego Shodan jest jedną z najbardziej energetycznych zespołów w naszym kraju. Wrocławianie spuszczali fanom pod sceną regularny wpierdol. Brylował w tym przede wszystkim śpiewający gitarzysta, Szczepan Inglot. Nie wiem skąd ten facet czerpie energię, ale zachowuje się jakby przed gigiem ktoś mu dożylnie podawał Red Bulla. Było więc pysznie i żałuję, że dla mnie tak krótko.

Nie było łatwo wejść w występ Mekong Delta. Zespół potrzebował czasu, aby osiągnąć pełne obroty, widać było, że Panowie nie grali koncertów od przeszło trzech lat. Na dodatek Erika Gröscha prześladował pech – jego gitara odmawiała posłuszeństwa i Erik stracił dobrych parę minut zanim uporał się z problemem. Co ciekawe, zespół nie przestał w tym czasie grać, a zestresowany gitarzysta radził sobie z kłopotem sam, bez wsparcia technicznych. Martin LeMar zażartował w pewnym momencie, że lepiej, aby to był koniec wtop, bo w przeciwnym wypadku Ralph Hubert (lider Mekong Delta) naprawi Erika. Nie było na szczęście takiej potrzeby. Po niemrawym początku Niemcy rozwinęli skrzydła i pokazali pełnię swoich umiejętności. Muzyka Mekongów nie jest łatwa, nie ma też wybitnego potencjału koncertowego. To bardziej dźwięki do kontemplacji zawiłych łamańców, a nie do szaleństw w mosh picie, część ludzi uciekła więc spod sceny. Myślę, że ci, którzy zostali, nie żałują. Koncert oparty głównie na starszych kompozycjach był pierwszorzędny.

Redaktor Marcel Szczepanik zapamiętał tegoroczną Metalmanię natomiast w ten sposób:

Greccy deathmetalowi rzemieślnicy z Dead Congregation na scenie pojawili się około 15:40. Weszli, pozamiatali, zeszli – tak w pigułce opisać można występ tego niezwykle utalentowanego zespołu. Mimo że oglądający ich tłum jeszcze nie był tak gęsty, jak w przypadku zespołów występujących po nich, Grecy przypadli do gustu publiczności. Niestety, ich występ został skażony dosyć słabym nagłośnieniem, przez co trzeba było wyjątkowo mocno wytężać słuch, by usłyszeć niski wokal Anastasisa Valtsanisa. Niemniej jednak, Panowie z Dead Congregation zagrali bardzo solidnie, a na szczególne słowa pochwały zasługuje perkusista Vagelis Voyiantzis. Jego gra to było coś, co przeniosło występ Greków na zupełnie inny poziom. Był to zdecydowanie najlepszy popis perkusyjny tego dnia. Przekrojowa setlista obejmowała wszystkie dotychczasowe dokonania grupy, od debiutanckiej EPki Purifying Consecrated Ground po wydawnictwo Sombre Doom wydane dwa lata temu. Tak jak się spodziewałem, niesamowicie na żywo wypada utwór Teeth into Red, którym Grecy zazwyczaj kończą swoje koncerty. W Katowicach nie było inaczej, zgromadzona w Spodku publiczność miała szansę doświadczyć bestialsko ciężkiego riffu, który wgniata w podłogę. Dead Congregation zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i chyba nikt nie dziwi się już, dlaczego to właśnie ta grupa została zaproszona na 24. edycję Metalmanii.

Destroyer 666 planowo na scenie mieli pojawić się o godzinie 18:05. Niestety, z powodu kłopotów technicznych, grupa K.K. Warsluta zaczęła swój występ dopiero 15 minut później. Lider zespołu, stosownie ubrany w koszulkę występującego zaraz po nich Kata, był z tego powodu wściekły. Na szczęście problemy sprzętowe w żaden sposób nie wpłynęły na jakość koncertu australijskiej ekipy. Pan Keith ze złością zakomunikował, że żadna siła nie zdoła go powstrzymać przed zagraniem koncertu przed polską publicznością. Jak powiedział, tak się stało i już po chwili cały Spodek wypełniły pierwsze dźwięki Wildfire. Istny kocioł rozpętał się na płycie Spodka. Szybkie thrashowe riffy i przepełniony furią wokal wprowadziły publiczność w niezwykle bojową atmosferę, dzięki czemu doświadczyć mogliśmy największego tego wieczora circle pita. Zresztą set „niszczyciela” nie był zbyt łaskawy, bo wszystkie z siedmiu zagranych utworów skłaniały do ostrej jazdy bez trzymanki. Zaraz po Wildfire zagrano A Breed Apart oraz klasyk z Unchain the Wolves, czyli Satan’s Hammer. Gdyby na Metalmanii miało powstać live video, to musiałby to być kadr z utworu I Am the Wargod (Ode to the Battle Slain), który został odegrany jako kolejny. Ta klasyczna kompozycja z Phoenix Rising została zaprezentowana perfekcyjnie w każdym detalu. O tym, jak dobrze bawiła się katowicka publiczność świadczyć może niesamowity circle pit utworzony podczas pierwszego riffu tego utworu. Oj dawno się tak dobrze nie bawiłem, jak podczas występu Destroyera. Następnie K.K. zaprosił publiczność do wspólnego oddania hołdu zmarłym. „Dołączcie do nas w oddawaniu czci i honoru zmarłym” – deklamował lider zespołu. Jego epitafium, czyli monumentalny Trialed by Fire, to kolejny mocny punkt tego występu. Kapitalnie wyszło połączenie czystego wokalu Rolanda C. z dzikimi krzykami Warsluta. Ten drugi, podczas jednego ze spokojniejszych momentów utworu, dał pokaz swym nietuzinkowym umiejętnościom wokalnym, prezentując niesłychanie długie i brutalne wrzaski. Szkoda jednak, bo z powodu początkowych problemów ze sprzętem, set Destroyera został skrócony o jeden utwór. Na koniec zagrany został kolejny wielki klasyk Lone Wolf Winter, którym muzycy po raz kolejny zaprosili wszystkich do moshowania. Tym właśnie akcentem grupa prowadzona przez K.K. Warsluta zakończyła swój występ, który obok koncertów Asphyx i Emperora podobał mi się chyba najbardziej spośród wszystkich zagranych na Metalmanii. Koncert Destroyera był potwornie elektryzujący – tak solidna dawka energii powinna wystarczyć na bardzo długo.

Holenderscy deathmetalowi wyjadacze z Asphyx są dla mnie największymi wygranymi katowickiego festiwalu. Ekipa Martina van Drunena udowodniła wszystkim niedowiarkom, że wciąż grają muzykę na najwyższym światowym poziomie. Młodsze zespoły powinny brać przykład z tego, jak grać death metal od tych doświadczonych muzyków. „Polsko, jesteście gotowi na kawał oldschoolowego death metalu?” – zapytał frontman zespołu zanim rozpętało się piekło. Holendrzy rozpoczęli bardzo ostro utworem Vermin z debiutanckiego The Rack. Przez bitą godzinę muzycy nie ściągali nogi z gazu i nie dawali odpocząć katowickiej publiczności. Co więcej, van Drunen przez cały czas trwania koncertu zachęcał tłum do czynnego udziału w circle pitach. Biegał od jednego końca sceny do drugiego i wykrzykiwał w stronę uczestników koncertu. Ku czci głosu tego faceta powinno się pisać peany. To niesamowite, że jego wokal przez ponad trzydzieści lat nie stracił ani trochę na sile i brutalności. Jego wrzaski robiły wrażenie chyba na każdym uczestniku imprezy. Po odegraniu trzech utworów z ostatniej płyty, czyli wydanego w 2016 roku Incoming Death, Panowie z Asphyx zaprezentowali trzy niepodważalne klasyki, a mianowicie Death the Brutal Way, Asphyx (Forgotten War) oraz Deathhammer. Byłem zdumiony faktem, że po trzech tak intensywnych walcach moja szyja dalej była w stanie utrzymać głowę. To niesamowite, ile ciężkich a zarazem chwytliwych riffów „płynęło” ze sceny. Martin van Drunen był bardzo zadowolony z tego, jak bawiła się polska publiczność. „Metalmania, fucking great”! – wołał frontman zespołu. Pomimo licznych zmian w składzie na przestrzeni lat, Asphyx to niezwykle zgrany ansambl, co potwierdza fantastyczny występ w katowickim Spodku. Po kolejnym utworze promującym ostatnie dokonanie holenderskiej ekipy, nadszedł czas na dwa największe klasyki zespołu. Na pierwszy ogień poszedł dziewięciominutowy crusher, czyli utwór tytułowy z debiutanckiego albumu grupy. Bezpośrednio po nim artyści zaprezentowali monumentalny Last One on Earth, czyli kwintesencję death metalu zawartą w 6 minutach. Idealne zwieńczenie magicznego koncertu. Kapitalny występ, doskonały kontakt z publicznością, miażdżące riffy i doskonały wybór utworów. Tak w skrócie można opisać występ Asphyx na 24. Metalmanii. Czego chcieć więcej? Czapki z głów przed ekipą dowodzoną przez legendarnego Martina van Drunena.

Chwilę po północy na scenie zameldowali się muzycy Napalm Death. Nie ukrywam, że jest to zespół, na koncercie którego najbardziej mi zależało spośród wszystkich uczestników tegorocznej Metalmanii. Z małym jednak żalem muszę stwierdzić, że był to najsłabszy z trzech dotychczasowych koncertów angielskiej ekipy, których dane mi było doświadczyć. Pomimo stosunkowo mocnego rozpoczęcia klasycznym intrem Multinational Corporations przechodzącym w Instinct of Survival, muzycy nie byli w stanie utrzymać równego poziomu przez cały czas trwania koncertu. Królowie grindcore’u zaprezentowali trzy dosyć chłodno przyjęte utwory z wydanej zaledwie dwa tygodnie wcześniej kompilacji utworów zapomnianych, zatytułowanej Coded Smears & and More Uncommon Slurs. Ja sam, będąc ogromnym fanem Napalmów, nie miałem nic przeciwko takiemu obrotowi spraw. Publiczność natomiast czekała chyba głównie na szlagiery zespołu z początku jego działalności. Trochę to smutne, ponieważ Napalm Death to nie tylko pierwsze trzy klasyczne albumy. Zespół nie kończy się na utworach Scum, (niezagranym) Unchallenged Hate czy Suffer the Children. Niestety, były to jedyne kompozycje zespołu, które wydawały się rzeczywiście uczestnikom koncertu. Publiczność, która chyba wciąż była zaczarowana występem Emperora, w dużej odległości obserwowała scenę. Jeszcze tak niedawno, w po brzegi wypełnionym circle picie, teraz znajdowało się maksymalnie 20 osób. I podobnie jak przy okazji występu anglików na scenie OFF Festivalu 2 lata wstecz, muzyka kapeli zdawała się przerastać katowicką audiencję. Podczas zwyczajowych pogadanek wokalisty Marka ‘Barneya’ Greenwaya o wspólnym dobru tego świata, czyli zwierzętach, dało się słyszeć okrzyki typu ‘zamknij już mordę’, ‘skończ pierdolić i zacznijcie w końcu grać’. Polska, panie. Jako że był to już mój trzeci gig Napalmów pozwolę sobie na stwierdzenie, że był to niestety tylko kolejny z koncertów dla tego zasłużonego zespołu. Nie było fajerwerków ani niczego, co pozwoliłoby wykuć się temu wydarzeniu w pamięci przeciętnego słuchacza. Panowie w trasie są już od dawna i niestety nie traktują każdego z przystanków tak, jakby miało nie być jutra. Był to po prostu kolejny, ale ciągle stojący na solidnym poziomie występ. Po setliście spodziewałem się dużo więcej, szczególnie dlatego, że jeszcze niedawno basista Shane Embury wyznał, że w ramach koncertu na Metalmanii zespół zaprezentuje utwory, które nigdy wcześniej nie były grane na żywo. Wprawdzie tak się stało, odegrane zostały Oh So Pseudo, Standardization oraz Call That an Option?, jednakże nie były to kompozycje, na które czekała publiczność. W programie Napalmów brakowało przede wszystkim konsekwencji. Po cóż po raz kolejny w Polsce grać How the Years Condemn czy Smash a Single Digit, gdy cierpią na tym klasyczne utwory z Utopia Banished i Enemy of the Music Business. Żeby nie wyglądało to jak diatryba, warto powiedzieć też słów kilka o jasnych stronach tego koncertu. Zdecydowanie na plus wypadł rzadko grywany Self Betrayal z zapomnianej EPki Greed Killing. Co więcej, na prośbę jednego z widzów odegrany został Practice What You Preach, którego nie było na setliście kartkowej. Całkiem nieźle w roli koncertowego closera wypadła również utrzymana w średnim tempie kompozycja Inside the Torn Apart. Muzycy zaprezentowali również dwa covery, pierwszym z nich był Victims of a Bomb Raid szwedzkiej crust punkowej ekipy Anti-Cimex oraz stały punkt programu, czyli Nazi Punks Fuck Off od Dead Kennedys. Podsumowując, występ Anglików nie należał do najlepszych na tegorocznej Metalmanii, ale wciąż stał na wysokim poziomie. Z pewnością będę miał teraz duży niedosyt, który mam nadzieje zostanie zaspokojony przy okazji kolejnej wizyty Napalmów w Polsce. Po koncercie wszczęta została dyskusja na temat tego, dlaczego Napalm Death grają na żywo piosenkę o punkach-nazistach. Ech, obudź się Polsko!

Na koniec kilka refleksji, które męczyły mnie pośród nocy pomiędzy Katowicami a miejscem mojego spoczynku. Po pierwsze, wielki szacun dla Metal Mind za to, że wskrzesił legendę, i że zrobił to z na pełny gwizdek. Gdyby żył Tomasz, byłby dumny z takiego festiwalu. Wszystko zapięte na ostatni guzik, żadnych ekscesów przy wejściu czy w środku. Wszystko przemyślane pod kątem tak licznej publiczności. Po drugie, technika. Jak się rzekło, na koncertach, na których byłem nie zaszwankowało nic. Może i były drobne wpadki dźwiękowe, ale przy takim evencie tak drobne i nieliczne niewypały to sukces. Po trzecie, kapele, które dały z siebie wszystko i widać było, że żaden z muzyków nie oszczędza się na scenie. No i po czwarte, publika, która naprawdę się bawiła i z rzadka jedynie widać było tych, którzy nie dorośli jeszcze do tak dużych festiwali z tak dużą ilością alkoholu.

I za to wszystko chciałem Wam wszystkim podziękować. W przyszłym roku także stawię się niechybnie.

Wszystkich ciekawych odsyłam też do naszych galerii pokazujących pięknie to, co działo się na scenie małej i dużej.

 

Autorem zdjęć jest Łukasz MNTS Miętka.

Galerie zdjęć: 

Metalmania 2018 – duża scena – Katowice (07.04.2018)

Metalmania 2018 – mała scena – Katowice (07.04.2018)

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .