Metalmania – Katowice (22.04.2017)

Festiwal Metalmania regularnie organizowany od 1986 roku w końcu wrócił na mapę polskich wydarzeń koncertowych po 9-letniej przerwie. Pomimo rosnącej ilości organizowanych lokalnych koncertów muzyki tzw. ciężkiej, jak i klubowych festiwali, brakowało wydarzenia, na które organizatorzy byliby w stanie zaprosić większego kalibru zespoły. I stało się, Metal Mind Productions ma zarówno wieloletnie doświadczenie, większe możliwości finansowe, renomę, jak i kontakty.

Poniżej przedstawimy Wam relację kilku redakcyjnych wizytatorów Metalmanii 2017, które miały przyjemność rozkoszować się metalowymi dźwiękami w stolicy Górnego Śląska, rzecz jasna w katowickim Spodku.

Piotr:

Za punkt honoru postawiłem sobie, aby zdążyć i nie przegapić pierwszego koncertu, czyli występu sosnowieckiej grupy Mentor na małej scenie. Kapela odegrała w sposób idealny swój debiutancki materiał. Wszystko zabrzmiało tak, jak powinno, więc już na samym początku poprzeczka była zawieszona dość wysoko. Kto nie był, niech żałuje i liczy na klubowy event. Z resztą, jeśli tylko zagrają w Poznaniu, nie omieszkam wybrać się ponownie.
Następną formacją już z dużej sceny była śląska grupa Animations, którą kojarzyłem, że gra progresywną odmianę metalu. Na żywo okazało się, że zespół przeszedł metamorfozę  i obecnie gra metalcore. Niektóre utwory były miksem prog metalu z metalcorem, a wokalnie czysty i progresywny śpiew przeplatany był screamem. Jak dla mnie taki mariaż nie wyszedł zbyt dobrze. Albo jedno, albo drugie. Stricte progresywne kawałki broniły się bez dwóch zdań, i gdyby Animations zagrał w 100% w tym stylu, to po każdym utworze „klaskałbym jak u Rubika”.
Nieco zdegustowany postanowiłem odpowiednio wcześnie zainstalować się przed małą sceną, gdzie zniszczenia miał dokonywać Stillborn. W ciągu ostatniego roku widziałem ich 2-3 krotnie i za każdym razem ten zespół na koncertach siał totalne spustoszenie. Kapitalnie dobrana setlista, na której wisienką na torcie był nowy kawałek zapowiadający nowy mini-album. W tym miejscu należałoby szczególnie podkreślić pracę dźwiękowca, który wykonał swoją robotę w 666%. Bez dwóch zdań występ podkarpackiego zespołu był jednym z najlepiej nagłośnionych koncertów.
Chcąc złapać nieco oddechu i sprawdzić możliwości stoisk z merchem, odpuściłem sobie koncerty Tygers of Pan Tang i Thermit, a na koncert Sinister wpadłem w połowie. 
Natomiast ze zdecydowanie większym entuzjazmem skierowałem się ponownie na małą scenę, gdzie swój koncert miał dać poznański kwintet o nazwie In Twilight’s Embrace. Ostatni album formacji The Grm Muse to solidna dawka szwedzkiego i melodyjnego death metalu, na który teraz czekałem. Kapela kupiła mnie od samego początku, przy ich muzyce nie da się spokojnie stać. Riffy koszą aż miło, a sceniczny wyraz twarzy wokalisty Cypriana – obłędny. Maksimum wkur**** i agresji. Kapitalny koncert, wstyd się przyznać, że widziałem ich dopiero pierwszy raz. Pełna rekomendacja! Na koniec oczywiście cover zespołu Armia „Opowieść zimowa”. Totalny sztos!
Następnie na dużej scenie miał grać Arcturus. Z awangardowym metalem jest tak, że albo się go uwielbia, albo słysząc go na żywo, ucieka się jak najdalej. Ja uciekłem J
Kolejne dwa koncerty, czyli Entombed A.D. i Mord’a’Stigmata potraktowałem po macoszemu. Pora była co najmniej obiadowa.
Nie mogłem jednak pominąć koncertu częstochowskich bluźnierców z Infernal War. Ich koncert to istna pożoga i soniczny wprdl! To black metalowa koncertowa maszyna. Kto nie widział ten trąba! Pomimo feralnego umiejscowienia małej sceny i bliskiej odległości sceny do metalowego filaru schodów, nie brakowało metalowych szaleńców, których porwała muzyka. To chyba cud (nie przypadek, że zespół jest z Częstochowy, hehe), że nikt w tym starciu nie został ranny. Infernal – Infernalem, ale należało się ewakuować, aby móc zalogować się w dobrej lokalizacji przed koncertem legendy polskiego metalu – grupą Vader. Mam wielki szacunek dla Petera, który niezmiernie dowodzi zespołem, jednak w mojej ocenie świętowanie wydania pierwszej płyty The Ultimate Incantation na festiwalu, to nie jest najlepszy pomysł. Setlista powinna być totalnie przekrojowa, np. po jednym kawałku z każdej płyty.  Również mam – całkiem spore -„ale” do brzmienia – brakowało mi w gitarach soczystości i jadu. Takiego zabójczego brzmienia, jak miał Infernal War i Stillborn. Sumarycznie, koncert Vadera ocenię tylko jako dobry.
Kiedy tylko mam okazję zobaczyć Thaw na żywo, to rzucam wszystko i idę na koncert. Cała reszta nie istnieje. Pamiętam kiedy pierwszy raz kiedy widziałem ich koncert. Konsumowałem każdy dźwięk, moje oczy były zapatrzone na scenę, na to, co się tam dzieje. I nie inaczej było tym razem! Nie wiem za bardzo co powiedzieć o tym koncercie. Tego trzeba doświadczyć. Szczękę zbierałem z podłogi jeszcze długo po koncercie. To był najlepszy koncert na Małej Scenie!
Po Thaw na dużej scenie mieli grać weterani thrash metalu: Coroner i Sodom. Jako że do fanów tego gatunku (oprócz kilku wyjątków) nie należę, to rzeczowe sztuki sobie odpuściłem. Pomiędzy nimi na małej scenie zagrał Obscure Sphinx. Zespół ten, jak wiadomo, jest na fali i można było się spodziewać sporej publiki. Niestety koncert nie brzmiał, jak powinien, przez co występ stracił na swojej mocy. Nie sposób wspomnieć o końcówce koncertu, kiedy to publika żegnając zespół, skandowała „duża scena, duża scena!”. Komentarz jest tutaj raczej zbędny :).
Koniec koncertu OS oznaczał długo oczekiwany koncert portugalskiej gwiazdy, zespołu Moonspell. Do tego zespołu mam niesamowity sentyment, więc tym bardziej liczyłem na dobry występ. Fernando anonsował, że zagrają cały album Irreligious. Świetnie było usłyszeć najlepszy album w ich  dyskografii na żywo. Jednak po zagraniu 10 z 11 utworów, oczekując na Full Moon Madness, nagle Moonspell zagrał trzy kawałki z Wolfheart, a dokładnie Wolfshade, Vampiria oraz Alma Mater. I to podczas tych kompozycji miałem ciary, przez cały czas. Po powrocie do przeszłości zespół zagrał Full Moon Madness i w ten sposób uwieńczył swoje show. Dla mnie był to najlepszy koncert na Dużej Scenie.
Podczas koncertu CETI zrobiłem sowite merchowe zakupy, oczekując na koncert kolejnej gwiazdy, czyli szwajcarskiego Samaela. Bardzo mi się spodobał minimalistyczny wystrój sceny. Nie sposób nie wspomnieć o wyświetlanych wizualizacjach, które były świetnym dodatkiem do całego show. Słyszałem dość skrajne opinie nt. tego koncertu, i sam muszę przyznać, że „szału nie było”. Ponarzekać muszę na „schowane” gitary, bowiem dość mocno zaakcentowana była elektronika. A okraszanie starych utworów w elektronikę? Mogli sobie to podarować.

Niestety pod koniec koncertu miało miejsce apogeum mojego fizycznego zmęczenia, więc z wielkim bólem musiałem odpuścić ostatnie koncerty zespołów Entropia oraz Furia. Słyszałem, że śląska horda była fenomenalnie nagłośniona. Cóż, nie pozostaje mi nic innego jak odliczać dni do występu Furii na Metal Mine w Wałbrzychu.

Pochwały i zażalenia:

Na kilku koncertach na Dużej Scenie spotkałem się z tym, że oświetleniowiec nie miał za bardzo pojęcia o swoich obowiązkach. Tak jakby została uruchomiona funkcja random i „niech się dzieje co chce”.
Mała Scena pod względem technicznym prezentowała się jak scena na Dniach miasta Swarzędza 15 lat temu. Biedni fotografowie musieli się przeciskać między sobą, aby zrobić jakiekolwiek zdjęcia. Przy okazji tych sytuacji fani, stojący przed barierkami, mieli mocno utrudnioną wizję tego, co się dzieje na scenie. Ponadto scena była niska oraz umiejscowiona przed rusztowaniem schodów, więc zabawy na bezpieczny a zarazem szalony mosh nie było za dużo. Czy nie lepiej byłoby zrobić dwóch scen w miejsce Dużej? Na koncercie Obscure Sphinx aż się prosiło o zamontowanie zasłon w oknach, z których co rusz przebijało się słońce.
Co do strefy gastronomicznej również mam kilka uwag. Pseudo piwo….no szkoda, że nie dało się załatwić jakiegoś dobrego piwka na tak zacną imprezę. Serwowane jedzenie też nie zachwycało.
Kolejną rzeczą do poprawy to sposób wchodzenia na płytę. Każdorazowe sprawdzanie biletu? No nie, wystarczyłyby opaski o odpowiednich kolorach z podziałem na trybuny i płytę.

Zdecydowanie wielkie brawa należą się za bardzo bogatą strefę merchandise wraz z wystawą zdjęć! 10/10!
Koncerty zapowiadał Łukasz Orbitowski. Oby po raz ostatni, chyba, że zmieni formę. W tej kwestii ciepło wspominam i jednocześnie polecam Remigiusza Mielczarka, który fenomenalnie wykonuje swoją robotę na Summer Dying Loud.

Summa summarum, reaktywowany festiwal Metalmania w szkolnej skali oceniam jako dobry. W mojej ocenie spory udział miał przede wszystkim Mała Scena, o składzie której na długo przed festiwalem fani grzmieli, że jest co najmniej ciekawszy niż Duża Scena. Liczę, że Metal Mind jako organizator festiwalu  weźmie pod uwagę niektóre sugestie i za rok będziemy dzielić się wrażeniami w samych superlatywach.


Jacek Klatka:

Cieszę się z powrotu Metalmanii. Edycja z 2008 roku była naprawdę udana, skład był mocny, frekwencja bardzo dobra, więc z nadzieją patrzyłem w przyszłość tego legendarnego festiwalu. Okazało się jednak, że musieliśmy czekać blisko dekadę na XXIII odsłonę tej imprezy. Przy okazji posypało się trochę, i słusznie, negatywnych komentarzy odnośnie składu. Lata 90 dawno mamy za sobą, a headlinerem zostaje ogłoszony Samael? Magnesem mającym przyciągnąć  fanów do Spodka (mogącego pomieścić 9 tysięcy fanów) mają być Arcturus, Moonspell, Vader, Sodom i Coroner? Kiepsko to widziałem. Cieszę się zatem, że zrezygnowano z absurdalnego pomysłu zapraszania na drugą scenę kogokolwiek, kto dysponuje nadmiarem gotówki i postawiono na zestaw „Teraz Polska” (no, z małym wyjątkiem), czyli na to, co na naszym krajowym podwórku najbardziej ekscytujące. Do tego wystawy zdjęć, mnóstwo stoisk z merchem, spotkania z artystami… Udało się organizatorom zbudować wokół festiwalu naprawdę dobrą atmosferę.

Nie udało się jednak zadbać o komfortowe warunki wokół wspomnianej małej sceny. Wciśnięta gdzieś pod schody, mała i niska, dla fanów niewiele przestrzeni pod nią. Trzeba jednak przyznać, że to co tego dnia się wydarzyło najciekawszego, odbyło się właśnie tam.

Świetny, energetyczny  występ Mentora na sam początek. Tak jak Guts, Graves and Blasphemy kopie w tyłek z płyty, tak kopie i na żywo.

W przypadku In Twilight`s Embrace było o to trudniej, bo i muzyka gęściejsza, więc mankamenty nagłośnieniowe mocniej wpłynęły na odbiór muzyki poznaniaków, ale im także udało się zagrać znakomity gig, tym bardziej, że Cypriana na wokalu zastąpił młody Lemmy Kilmister, hehe. No i jeszcze Opowieść Zimowa na koniec…Dosłownie nie było co zbierać.

Najjaśniejszym punktem Metalmanii był dla mnie jednak koncert Mord`A`Stigmata. Z Hope, ich ostatnim albumem, się nie osłuchałem, bo za bardzo jestem uzależniony od Ansii i mój organizm nie przyjmuje jeszcze niczego innego, a to Hope właśnie zdominował setlistę. Dałem się jednak porwać. Nic w tym jednak dziwnego- Morda z każdą kolejną płytą gra coraz bardziej intrygującą muzykę i z miesiąca na miesiąc coraz lepiej wypada na żywo.

Po raz kolejny zaczarował Obscure Sphinx. Dopiero co widziałem ich we Wrocławiu, teraz jeszcze na Metalmanii, a nadal nie czuję się nasycony. Lubię ten ich trans, lubię w czasie ich koncertów zamknąć oczy i odpłynąć. Tego chciałem i to właśnie dostałem.  

Trochę mniejsze emocje wywołał Stillborn. To był bardzo dobry koncert, tylko po prostu „konkurencja” zagrała doskonałe. Ponadto miałem wrażenie, że Killer obecny jest tylko ciałem. W czasie gry czy śpiewu jakby się wyłączał, wpatrzony gdzieś w jakiś punkt w oddali. Przyznaję jednak, że ich death/black/thrash żarł zawodowo i przy okazji po raz kolejny chylę czoła przed Testimonio de Bautismo, ich ostatnim albumem, który opanował set.

Ostatnim zespołem jaki widziałem na małej scenie był Ceti. Padałem już ze zmęczenia , ale przyznaję, że gig mógł się podobać. Grzegorz Kupczyk w świetnym nastroju, szalał na scenie tak, że nawet grająca na klawiszach Maria Wietrzykowska pukała się ze śmiechem w czoło. Bartek Sadura co chwilę wyskakiwał z coraz to bardziej porywającymi solówkami, a Mucek jak zwykle bez litości okładał bębny. Żałuję te trzy kwadranse minęły tak szybko, bo to był naprawdę dobry koncert. I mojej oceny nie zmieni także nienajlepsze wykonanie Dorosłych Dzieci.

 

Występy na dużej scenie zaczęły się dla mnie od legendarnego Tygers of Pan Tang. Niektórzy fani czekali na hity z debiutanckiego Wild Cat (były, a owszem), czy klasycznego Spellbound (nie zabrakło i tego), ale ja najbardziej ostrzyłem sobie zęby na nowości z ostatniego, bardzo udanego eponimicznego krążka. Mogę więc narzekać, bo doczekałem się tylko singlowego Only the Brave. Koncert był jednak udany, pełen rockowej energii, szkoda tylko, że przyjęcie publiczności nie rzucało na kolana. Cóż, taki chyba jednak urok koncertów w porze przedobiedniej.

Na miano żenady dnia zasłużył w moim mniemaniu Arcturus. Zaciekawili mnie na La Masquerade Infernale, skończyli ciekawić na The Sham Mirrors, więc to była krótka znajomość, ale na koncert, przyznam, czekałem. Nie „kupiłem” go jednak. Ta muzyka strasznie się zestarzała, tak samo nie przekonuje mnie image a`la Kelly Family. Nie dotrwałem do końca występu Norwegów, uciekłem na piwo. 

Świetnie się jednak bawiłem na Vaderze. Peter obiecywał sporo numerów z debiutu plus na dokładkę nowości z The Empire (przy okazji- czy mogę odszczekać swoje narzekania z recenzji? Ten album naprawdę wali po mordzie!), ale okazało się, że dodatkowo dorzucił coś jeszcze z Litany (oczywiste Wings i nie tak oczywiste Cold Demons), oraz po jednym hicie z Black to the Blind i De Profundis (odpowiednio Carnal i Sothis). Rarytasem na pewno była obecność w secie One Step to Salvation. Przyjęcie publiki świetne, Peter więc w świetnym nastroju, Marek jak zwykle olśniewał solówkami, James znów bez wysiłku zachwycał swoimi partiami. Słowem- można heheszkować, że skoro Vader, to hełm za ciasny, więc ciśnie w głowę panzergenerała, ale na koniec dnia  i tak okazuje się, że tenże Vader ciśnie taki set, że kapcie spadają.

Heheszkować nie można jednak z Sodom, co najwyżej z niektórych ich fanów, którzy zarzygani czy obsrani nie doczekali godziny 18:30 i koncertu swoich ulubieńców. Zastanawianie się po co płacić 170 zł za bilet i leżeć nawalonym pod Spodkiem sobie odpuszczę, skupię się na najważniejszym- Sodom skopał dupę! Jak zwykle zresztą. Czy to były klasyki z Agent Orange, In the Sign of Evil i Persecution Mania, czy raczej nowości z Decision Day albo nadal świeżego In War and Pieces, wszystko brzmiało potężnie i chłostało prawdziwie thrashową siłą.

Fernando z Moonspella obiecywał, że w czasie Metalmanii usłyszymy w całości album Irreligious, cieszyłem się więc, że w końcu, po tylu latach, usłyszę na żywo Raven Claws. No i co? No i nic. Fernando zmienił zdanie i całej dwójki nie było. Przyznam jednak, że sam za najlepszy album Portugalczyków uważam debiut, więc szalenie mnie ucieszyły Alma Mater, Vampiria i Wolfshade i to te numery, grane na dodatek w jednym bloku, były najlepszym fragmentem tego koncertu.   

Nie potrafię jednak wskazań najlepszego momentu występu Samael, bo takiego po prostu nie było. Przyznaję, że oprawa mogła się podobać, wizualizacje naprawdę robiły wrażenie, ale dźwięki… Straciłem zainteresowanie muzyką Szwajcarów blisko dwadzieścia lat temu. I chyba słusznie- dodam. Passage jeszcze się bronił, ale to co nastąpiło później, brnięcie w umca-umca z automatu i zarzynanie klasyków na koncertach, to już ponad moje siły. Nie uratowała tego koncertu setlista i odważniejsze sięgnięcie do klasyków z dwóch pierwszych płyt oraz zaprezentowanie niemal całego Ceremony of Opposites, bo to już nie są „te” utwory. Szkoda.

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Tagi: , , , , , , , , , , .