Midge Ure (of Ultravox) & the Band – Warszawa (04.05.2018)

Midge Ure, a któż to taki? Zdaję sobie sprawę, że może paść takie pytanie z ust współczesnego przeciętnie osłuchanego fana muzyki. Na hasło  Ultravox części z tych osób już coś zaświta. Dla słuchaczy natomiast radiowej Trójki Midge to postać równie kultowa, co audycje słuchane namiętnie z ulubionej stacji od dobrych parunastu lat.

Otóż, nie dziwne więc, że Ure, a właściwie James Ure, Szkot, wokalista i gitarzysta, ma u nas bardzo szczególny status – może i wynikający z sentymentalnej pogoni za wspaniałymi czasami młodości, a może jednak za słusznie uznawany kunszt jego dokonań. Warto nadmienić, że Ure był współorganizatorem akcji Live Aid i współtwórcą (wraz z Bobem Geldofem) przeboju „Do They Know It’s Christmas?”. Współorganizował też Live 8 Tworzył z Kate Bush, Visage i  Slik.

Kilkukrotne wizyty Brytyjczyka u nas w kraju może nie były oszałamiającym sukcesem frekwencyjnym, ale zawsze gromadziły słuszną liczbę absolutnie oddanych fanów w przyjaznej atmosferze. Artysta zaś oddaje im za każdym razem całego siebie, w zamian za wspaniałe przyjęcie, głośne, entuzjastyczne wykonania i wyczekiwanie na po-koncertowe podpisywanie płyt, czyli to,  co powinien. Obecnie występuje solo, w nieco bardziej rockowej aranżacji.

Mimo iż Mistrz (to określenie padało chyba najczęściej wśród widowni ) jest aktywnym muzykiem, to płyta wydana z macierzystym zespołem Ultravox BRILLIANT doczekała się niewielkiej trasy koncertowej, niestety omijającej Polskę. Pytany w wywiadach często zasłaniał się faktem znacznych odległości zamieszkania pomiędzy poszczególnymi  członkami zespołu i indywidualnymi zajęciami  muzyków. Wspominał też, że nadal ma nadzieję na kolejne płyty z kolegami i oczywiście trasy promujące.  Fani, również mając taką nadzieję, przychodzą jednak na koncerty Midge’a śpiewającego utwory również z repertuaru Ultravox.
Już na wstępnie zaznaczę, że moim zdaniem za mało jednak w tych rockowych wersjach elektronicznej przestrzeni, magii  new romantic. Może niektórym brakuje też charakterystycznego małego wąsika nad wargą Mistrza i fantazyjnie przyciętych wąskich bokobrodów? Może i można powynajdywać sporo innych, równie ważkich powodów do narzekania, tak po naszemu, ale ci, którzy odwiedzili Progresję w całkiem pogodny piątek 4 maja br. po kilku utworach dali się porwać chwili. Śpiewali razem większość znanych na pamięć tekstów, dogrywając sobie w głowie niezapomniane partie klawiszowych „parapetów” w syntezatorowej wibracji. Część miała potrzebę zamknąć oczy, aby dopełnić salę dymem i nisko świecącym światłem laserów. Niektóre z pań przy barierkach wyobrażały sobie Midge’a jak za dawnych lat – z bujną fryzurą, podkreślonymi czarną kreską oczami i charakterystycznym szarmanckim wąsikiem, ubranego w obszerne spodnie zebrane w pasie i dopełniającą ten wizerunek wpuszczoną koszulą z szerokimi ramionami. Tak, to wszystko. Wspomnienia, marzenia, wyobraźnia i teraźniejszość, bo koncert był porywający, dobrze nagłośniony, perfekcyjnie zaśpiewany i przypieczętowany autografami dla najwierniejszych. Czegóż chcieć więcej od idola?

 
No dobrze, ale chyba powinnam wrócić na koncert, napisać co zaśpiewał Ure i w jakiej kolejności? Choć raczej lista tych utworów jest przewidywalna, to fani mają nadzieję na usłyszenie TYCH swoich „naj”.

Fotografowie, czekając pod sceną mieli okazję zerknąć na przyklejoną do podłogi setlistę. Czas na zdjęcia był zarezerwowany podczas Death In After, I Remember, I See Hope, od którego rozpoczął się koncert 4 lata temu.  Przy dźwiękach Dear God wychodziłam z tzw fosy.  Potem było Call of the Wild. Publiczność już była bardzo rozgrzana i z mocą śpiewała refren Fade to Grey.  Koncert się rozwijał z każdą kolejną petardą, wszyscy jednak czekali na nieśmiertelny hit –  VIENNA.
Na zakończenie „Hymn”….  Artysta z zespołem schodzi ze sceny.
EUFORIA publiczności i wstrzymany oddech. Muzycy wracają, Midge zajmuje miejsce u boku klawiszowca Charliego RoundTurnera, rezygnuje z gry na gitarze, więc to nie może być nic innego- tak! – The Voice na bis.  To było dopełnienie.  Były więc klawisze na cztery ręce i  ten GŁOS  wypełniający całą Progresję, jego głos i nasze! Wtedy wszyscy mogliśmy  już tylko „zatańczyć ze łzami w oczach”… Pięknie! Było pięknie. Czy są to słowa fana, tylko fana ? Moim zdaniem każdego uczestnika koncertu, nawet przypadkowego.

Niech na dowód zabrzmią słowa rozentuzjazmowanego właściciela klubu ProgresjaMarka Prezesa Laskowskiego , który złapał mnie przed bisem za ramię w momencie oklasków i z rozświetlonymi oczami wykrzyczał: To nieprawdopodobne!! Ten Midge!!!  On jest po prostu fenomenalny! Koncert roku!

Tekst i zdjęcia : Justyna „justisza” Szadkowska

P.S. Ogromne podziękowania dla klubu Progresja i agencji HQ44 za możliwość uczestnictwa w koncercie!

Tagi: , , , .