Obituary, Absu, Beheaded – Poznań (10.07.2017)

Gdy lata temu wieszałem plakat Obituary z Metal Hammera – okres World Demise – mogłem tylko pomarzyć o zobaczeniu ekipy twórców The End Complete. Tymczasem minęło ponad 20 lat i oto grają w poznańskim klubie U Bazyla, który od samego początku przenosin do nowej siedziby mocno zaznaczył się na mapie metalowych tras. Sama kapela zagrała w Poznaniu niemal 25 lat wcześniej. Zatem to była świetna okazja, by zobaczyć legendę death metalu na żywo. Podobnie oceniła ten zamysł spora rzesza ludzi, bo koncert wyprzedał się szybko.
Od czasu zobaczenia zespołu braci Tardy w gdańskim B90 utwierdziłem się w przekonaniu, że słusznie upatrywałem Obituary za liderów amerykańskiego death metalu. Tym chętniej odliczałem kolejne dni do poznańskiego koncertu.

Na początek przedsmak. Maltańskich Beheaded chyba nie trzeba mocno zachwalać? To klasa sama w sobie. Ich pozornie chaotyczny death metal ma w sobie tę nutę okiełznanego chaosu, który tak cenię chociażby w Immolation. Stanowczo Beheaded nie nadaje się jako muzyka tła. Za to obcując z takimi produkcjami, jak Never to dawn (genialna okładka) i najnowszy Beast Incarnate, trudno nie dać się porwać ich pasji i emocjom. Te zaangażowanie Beheaded oddali w pełni na poznańskim koncercie. Może zespół był nieco statyczny momentami, a solowe zagrywki okazały się trochę chaotyczne (w tym złym rozumieniu), ale za to cała reszta zabrzmiała bez zarzutu. Rewelacyjnie, że Beheaded dostali szansę na stosowne zaprezentowanie się u nas. Myślę, że nikt, komu nie są obce ekstremalne rejony death metalu nie wyszedł rozczarowany. Kawałki typu Lament of a sord nie pozostawiały cienia wątpliwości, że Beheaded jest w odpowiednim miejscu, grając przed Obituary.

Tymczasem U Bazyla ludzi przybywało i zaczęło się robić nieco duszno. To był jednak zaledwie początek piekła. Niestety nie tylko muzycznego.
Absu -to kapela typu- jak to mawiają „Angole” – love it or hate it. Chyba nie można przejść obok nich obojętnie. Cały występ Amerykanów to starannie podtrzymywany klimat starych czasów black metalu. Ponadto wątek kultu starych wierzeń był mocno akcentowany. To wszystko złożyło się na idealne warunki do czerpania przyjemności z obcowania z nietuzinkową ekipą i ich muzyką.
Oczywiście, że można pomarudzić, że jeden z muzyków wyglądał jakby urwał się z Bolkowa, o wokaliście i jego specyficznej manierze nie wspomnę. Ale tu się liczyła MUZYKA i z każdą nutą czuć było pasję, oddanie temu, w co sami muzycy wierzą. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, czy są jeszcze koncerty, które się pamięta, nie są one tylko maszynką dla robienia kasy dla zespołu, to musi zobaczyć Absu.
Występ Absu to oddają trzy słowa: pasja, klimat, zaangażowanie. Zresztą po reakcji publiki czuć było, że dla wielu to Absu było powodem, by przybyć do Bazyla w ten poniedziałkowy wieczór.

Tymczasem klimat u Bazyla zaczął coraz mocniej zbliżać się do tego, jaki panuje na bagnach Florydy. Na szczęście muzycznie też Floryda zawładnęła klubem. Bowiem na deski wyszli Amerykanie z Obituary.
Sprawnie, bez przeciągających się strojeń weszli i zagrali. Nie, wróć! ZAGRALI! Obituary, kapela od 25 lat dla mnie wyjątkowa. Teraz, po paru płytach posuchy, znów wydają krążki, których się słucha z czystej przyjemności, nie zaś dla sentymentu.
I taki też był ich set, oparty nie tylko o historię: wspomnę choćby Chopped In half, Dying (było!!!), Rotting Ways, czy genialne – moim zdaniem z nieco niedocenionego World DemiseDon’t Care. O poszczególnych kawałkach z debiutu nie mogę nie wspomnieć. Co ważne, przez cały koncert niemal wszystko selektywnie było słychać. Zresztą podczas koncertów wcześniejszych kapel nie odczułem, by inne kapele zostały słabiej potraktowane. Brzmienie było klarowne, a zarazem z nieodzowną chropowatością i brudem.

Niezmiennie Obituary to doskonale zgrana ekipa, bezbłędnie odtwarzająca poszczególne utwory. Trochę irytowały przerwy pomiędzy poszczególnymi utworami, ale z drugiej strony można było wówczas na chwilę odetchnąć. Twórcy Slowly we rot zagrali w pełni przebojowo (bo tak naprawdę Obituary można sobie zanucić bez problemu nawet o 4 nad ranem). Sam występ był bez żadnych zbędnych ozdobników, a muzycy w stałym kontakcie z publiką. Obituary bez wątpienia zasługują na miano legendy, do tego kapeli w pełni wartościowej, nie zaś odcinającej kupony od minionej sławy. Pomijam fakt, że muzycy z Obituary są przesympatyczni i nie ma w nich nic z bufonów dystansujacych się od fanów. Po koncercie, kto chciał, ten mógł pozadręczać swoją osobą muzyków z Nekrologu, ja się załapałem na pierwszą turę, która złożyła życzenia urodzinowe Trevorowi, co sam mi zresztą rzekł w swoim rubasznym stylu.

Powiedzieć, że to był świetny koncert, to banał. Tylko klimat w klubie osiągnął piekielną temperaturę i wilgotność. Ciekawie dobrane suporty, do tego każda ekipa potraktowała poważnie ten koncert. U Bazyla to mały klub i ten koncert to już był szczyt możliwości frekwencji lokalu. Jeszcze duszna aura tego wieczoru stosownie podwyższyła temperaturę i zaduch, w efekcie w środku klubu był klimat jak w delcie Mekongu. Czymże jest to jednak w obliczu zaje…ście spędzonego wieczoru. Wszystko hiper profesjonalnie. Left Hand Sounds – liczę na dalsze takie składy!

Tomasz

Tomasz

Jako totalne beztalencie muzyczne mogłem zostać tylko internetowym krytykantem, tfu, recenzentem. W wolnych chwilach nabijam kabzę spekulantom sprzedającym płyty CD.
Tomasz

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .