Oranssi Pazuzu, Cobalt, Entropia – Kraków (12.05.2017)

To moje trzecie spotkanie z finaldzką psychodelią, którą serwuje Oranssi Pazuzu. Kolejny raz dzięki staraniom Left Hand Sounds w kooperacji z Knockout Productions, krakowski Kwadrat na kilka godzin zamienił się w miejsce pełne skrajnych emocji jakie niosła za sobą muzyka. 

Tym razem zjawiłem się punktualnie, nie ukrywam że byłem bardzo ciekaw koncertowej formy zespołu Entropia, reprezentującego naszych rodzimych kuców. Póki co nie miałem okazji widziech ich w akcj dlatego też miałem nadzieję że nagłośnienie nie położy całego występu. Piątka młodocianych muzyków bez najmniejszych kompleksów. Zarówno materiał z debiutanckiego Vesper jak i ubiegłorocznego Ufonaut broni się na żywo. Mało tego! Precyzja i zaangażowanie z jakimi „entropiści” podeszli do swojego występu są naprawdę godne podziwu. Decyzja o ich udziale na tej trasie jest dla mnie strzałem w dziesiątkę. Kto odpuścił ma czego żałować. Niestety w krakowskim Kwadracie było takich osób całkiem sporo, a sala nieco świeciła pustkami. Dla karłów jak ja to duży plus by obejrzeć całe show bez stawania na palcach, gorzej z zespołem który mógł poczuć lekki niedosyt z tej strony. 

W przypadku Cobalt nie wiedziałem czego się tak naprawdę spodziewać. Nie będę snuł opowieści, że dyskografia to dla mnie kvlt i winylowe albumy stawiam na ołtarzyku. Powiem wprost: wyrywkowo znam Eater of Birds oraz Grin, na przesłuchanie Slow Forever do tej pory nie znalazłem czasu (prawdziwkowe szkalowanie pozera za 3,2,1…). Dlatego też postanowiłem spokojnie usiąść i sprawdzić w jaki sposób panowie Wunder i Fell mają w planach zaskoczyć publikę. W asyście krwistej czerwieni jaka płynęła z estradowego oświetlenia mogę rzec tylko tyle, że Cobalt pokazał klasę przez duże K. Black metal serwowany przez Amerykanów bujał niczym byk na rodeo i jednocześnie smagał po pysku jak piaskowa bryza na pustyni w Colorado. Nie mogę pominąć kwestii brzmienia, które w ich przypadku było nie tylko potężne i przestrzenne. Wielkie ukłony dla nagłośnieniowca, bo już dawno miałem okazje słyszeć tak „czysty” występ stojąc naprawdę blisko barierek. Myślę, że nikomu nie powinno nawet przyjść do głowy iż ten występ miał jakieś minusy poza krótkim czasem trwania (a jednak, ale o tym nieco później).

Jeżeli chodzi o Oranssi Pazuzu to podobnie jak w relacji z ostatniego koncertu w Krakowie (link), nie ma sensu skupiać się na poszczególnych utworach. Set został niezwykle przemyślanie ułożony, a płynne przejścia połączone z improwizacjami i niekontrolowanym szaleństwem, czynił ten koncert po prostu idealnym misterium. Nie ten zespół, nie ta muzyka i na pewno nie ten poziom. Zarówno nowa EP jak i starsze kompozycje z Valinoleu i Värähtelijä przeniosły całą salę w głąb finladzkiego boru, gdzie płatające figle psychika to chyba najmniejszy problem. Szaleństwo płynące z kolejnych kawałków idealnie komponowało się z hałasem i wirtuozerią jaką zaprezentowali Finowie. Pasja i zaangażowanie bijące ze sceny były po prostu fenomenalne. Widać było, że zespół oprócz zagrania świetnego koncertu ma w planach dodatkowo przywołać samego diabła. Co do nagłośnienia, nie było źle lecz wydaje mi się że mogło być nieco lepiej. Inna sprawa, że muzyka Oranssi Pazuzu też posiada swoją specyfikę i jest trudna do okiełznania. Dla mnie odbiór koncertu była nieco lepszy niż dwa lata temu w Rotundzie. No i to zakończenie, czarna chata znów została otworzona dla wszystkich zagubionych i szukających nowej wersji samego siebie.

Ten kto czyta moje relacje, wie że zwykle w tym miejscu przechodzę do podsumowania. Tym razem jednak poświęcę nieco miejsca zgromadzonym niewiernym, którzy (nie uogólniając – wszystko to na bazie tego co miałem okazję usłyszeć w trakcie i po koncercie) moim zdaniem trącili malkontenctwem. Rozumiem częste narzekanie na koncertach, że drogi merch, piwo przechrzczone wodą, a nagłośnienie nie daje rady. Co zatem tym razem nie pasowało? W trakcie występu Entropii parokrotnie usłyszałem opinie, że muzyka świetna lecz image niemetalowy i psuje odbiór bądź metalowcy tak nie wyglądają. Serio? Po występie Cobalt kilku „dojrzałych” szalikowców stwierdziło że światła mogły być o wiele lepsze dla takiego zespołu. Natomiast czekając na powrotny autobus kilka razy padło stwierdzenie Oranssi to dobry black metal, ale do Immortal nie mają startu i w sumie występ był średni. Pytam się więc: czego oczekujecie od życia? Naprawdę nie żal mi takich ludzi, żal mi po prostu organizatorów którzy dwoją się i troją by sprowadzić do Polski naprawdę fenomenalne zespoły za rozsądną cenę. To i tak pojawi się grupa argonautów szukających przysłowiowej „drugiej dziury w dupie”.

Jeżeli o mnie chodzi to wyszedłem spełniony. Myślę, że Ci którzy przyszli po prostu przeżyć ten wieczór zostali napełnieni odpowiednią dawką tego czego szukali. Magii czy też po prostu solidnej metalowej muzyki. Kolejny raz dziękuję Left Hand Sounds i Knockout Productions za świetny wieczór, a na sam koniec mogę jedynie powiedzieć: WYKONAŁO SIĘ!

Autorem zdjęć użytych w relacji jest ONE MAN FOTO (Facebook).

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .